Witam. Mialem juz doczynienia z polskim sadownictwem i nie wspominam tego mile. Jestem w nastepujacej sytuacji:
Zlapano mnie kiedys z mala iloscia marichuany, za ktora dostalem prace spoleczne w wymiarze 300h/10 miesiecy, ktore zdazylem juz odrobic jakis czas temu.
Niewiele ponad rok pozniej zostalem wplatany w "nieudolna probe osiagniecia korzysci majatkowej" mialem jakoby wyludzac pieniadze przez telefon podajac sie za kobiete

, w rzeczywistosci probowalem przechytrzyc pewnych chlopakow, ktozy zaaranzowali cala sytuacje wczesniej wchodzac w posiadanie moich danych. Obronca z urzedu olal moja sprawe (wkoncu tyle samo dostanie za wygrana jak i przegrana) i chwile przed rozprawa wywarl na mnie nacisk zebym sie przyznal, co ja glupi i zrezygnowany zrobilem. W nagrode dostalem 1/3 w zawieszeniu.
Dluzszy czas pozniej mialem spokoj.
W zeszla jesien po moim powrocie z zagranicy i tymczasowym wprowadzeniu sie do matki, ktoregos ranka wpadli "skuteczni", zrobili przeszukanie i zabrali mnie na komende. Podczas przeszukania nic nie znalezli, a na samej komendzie uslyszalem zazut kupowania i sprzedawania marichuany 1,5 roku wczesniej.
Trawe jak najbardziej kupowalem, ale na wlasna, a byla duza, potrzebe. Diler byl zawiniety pare miesiecy wczesniej, a mnie szukali na podstawie podsluchu w jego telefonie oraz jego zeznan. Prokurator powiedzial, ze juz dwa razy mi sie noga powinela z narkotykami i ze trzecim razem bede "lezal". Dostalem od niego dozor 3 razy w tygodniu.
Wiem, ze sie rozwinalem, ale chcialem wszystko dokladnie opisac.
Jak sadzicie? W jakiej sytuacji jestem?
Pozdrawiam i bede wdzieczny za kazda odpowiedz.