M
mr_kai
Nowy użytkownik
- Dołączył
- 01.2012
- Odpowiedzi
- 2
Witam,
zakładam nowy temat pomimo podobnych zagadnień na forum, ponieważ nie znalazłem wszystkich odpowiedzi na nurtujące mnie pytania. Sprawa dotyczy naszego synka, który ma w chwili obecnej 17 miesięcy. Opis mojej sytuacji:
Razem z byłą dziewczyną mieszkaliśmy wspólnie od momentu urodzenia naszego synka. Po roku czasu z wynajmowanego mieszkania przenieśliśmy się do domku moich rodziców 300 km od Łodzi (całe piętro dla nas - osobna sypialnia, pokój dzienny, łazienka, nawet kuchnię nową nam zasponsorowali), gdyż zapewniał on lepsze warunki do życia dla naszej rodziny, a zwłaszcza dla wychowania naszego synka - miasto małe i bezpieczne (decyzję podjęliśmy wspólnie). Od samego początku się nam nie układało różowo, ale byliśmy razem. Starałem się ją nakłonić do wspólnej terapii, bez skutku. W połowie września 2011 roku moja była partnerka (ślubu nie braliśmy) powiedziała, że musi pozałatwiać kilka spraw w rodzinnej Łodzi i chce wyjechać do rodziców na tydzień. Kilka dni później dostałem maila, że ma w Łodzi pracę i zapisała się do szkoły oraz nie zamierza wracać do mnie do domu.
Po kilku awanturach ustaliliśmy, że na razie Olek będzie trochę u mnie, trochę u niej (wstępnie po 2 tygodnie). Zaoferowała, że ja będę go woził w jedną stronę, ona w drugą - skończyło się na tym, że co miesiąc robiłem 2 trasy żeby syna zabrać do siebie i odwieźć do mamy. Po podburzaniu przez rodzinę zaczęły się problemy. Straszenie sądem, prawnikami itp. Stwierdziła, że "jej" synek nie będzie jak piłeczka jeździł to tu, to tam. Zasięgnąłem opinii psychologa dziecięcego, który przyznał jej rację - wg pani psycholog dziecko nie może mieć dwóch domów. Podpowiedziała mi jednak, że aby dziecko dalej wytwarzało więź emocjonalną z obojgiem rodziców może przebywać 3 tygodnie z matką (nie dała mi możliwości nawet, aby został ze mną na stałe), 1 tydzień u mnie - nie zgodziła się jednak wystawić zaświadczenia, bo w ogóle tego nie robi. Początkowo się zgodziła, jednak zmieniała terminy jak jej pasowało. Cały listopad był u niej, a cały grudzień u mnie - pasowało jej to ze względu na wyjazdy weekendowe do "kolegów" (jaka jest prawda nie wiem).
Do chwili obecnej wymusiła na mnie następujące rzeczy: ja pokrywałem koszty transportu z Łodzi do mnie i ode mnie do Łodzi - w dodatku sam go woziłem, dostaje co miesiąc pieniądze na synka, nie ważne czy był u mnie, czy u niej. Na skype'a (żeby nasz synek widział mnie chociażby przez internet) wchodzi w miarę regularnie, choć nie zawsze dotrzymuje terminów.
Od stycznia sytuacja diametralnie się zmieniła. Zabroniła mi zabierać go w ogóle do mojego domu, nawet na te kilka dni w miesiącu. Twierdzi, że spotkała się z panią psycholog, która jest równocześnie prawnikiem - pani psycholog/adwokat stwierdziła, że dziecka nie można wozić tyle km i że opinia jest aktualnie w przygotowaniu i będzie wystawiona na piśmie. Zaproponowała, żebym odwiedzał synka tylko w Łodzi u niej - nawet mogę się u niej zatrzymywać (to też na pewno do czasu, aż zmieni zdanie albo znajdzie nowego chłopaka). Mieszka nieoficjalnie w mieszkaniu ojca (jej rodzice żyją bez ślubu, matka jest "na papierze" samotna), oficjalnie u rodziców. Oboje mają meldunek stały u jej rodziców w Łodzi - w mieszkaniu "babci", gdzie na ścianach widać grzyba i mają lewą instalację gazową (ogrzewanie, ciepła woda), którą dziadek na czas inspekcji rozmontowuje, natomiast meldunek czasowy mają u mnie (dziadek jest trzeźwym alkoholikiem - w 4 miesiącu ciąży pobił ją do nieprzytomności, ostatnio pisała, że znowu pił i się boi - mam tego smsa).
Gdyby sytuacja była niejasna, proszę dopytywać o szczegóły. Oto moje pytania:
1. Czy moja była partnerka może mi zabronić zabierać do siebie syna? (nie było sytuacji, żeby Olek został bez kontaktu ze mną - tak jak pisałem, był u mnie cały grudzień ostatnio)
2. Czy kiedy złoży papiery do sądu będzie na jej plus czy minus? (nawet nie wiem o co dokładnie chce wnioskować - pieniądze dostaje co miesiąc, ale chce mieć alimenty zasądzone przez sąd - zaoferowałem jej, że jeśli wydaje więcej niż dostaje, niech przygotuje paragony za cały miesiąc i dodatkowo dam jej połowę na żłobek; dotrzymywałem terminów z odwożeniem go do niej, umiem się nim zająć tak samo, jeśli nie lepiej od niej)
3. Czy może mi ograniczyć prawa rodzicielskie? (twierdzi, że odeszła ze względu na chorą atmosferę w moim domu, że wolę kolegów, puby i palenie z nimi marihuany, życie kawalera - prawnik stwierdził że to pomówienia, że w sądzie musiałaby to udowodnić. Ona naturalnie ma skłonności do przesady, wyolbrzymiania problemów, manipulacji dwoma rodzinami - moją i jej)
4. Czy jeśli ja założę sprawę o uregulowanie widzeń, mam szansę na przyznanie kilku dni w miesiącu u mnie w domu, nie u niej w Łodzi? (chodzi głównie o fakt, że jest to 300km, gdybym nadal mieszkał w tym samym mieście, nie robiłbym z tego powodu problemów, bo mógłbym go widywać regularnie kilka razy w tygodniu - przeszkodą jest tylko odległość i pieniądze, jakie trzeba przeznaczyć na paliwo - jedna trasa do Łodzi to jakieś 250-300zł)
5. Podobno wiek ma dla sądu znaczenie, czy to prawda? - ja jako 26-letni właściciel działalności gospodarczej jestem człowiekiem poważniejszym, niż ona - 19-letnia dziewczyna (aktualnie pracuje u dziadka).
Reasumując, nie chcę jej odbierać praw, nie chcę jej zabrać syna (chociaż uważam, że lepiej miałby ze mną, ale jestem realistą - bez podstaw, że dziecku dzieje się krzywda nie dostanę prawa do opieki), nie chcę w niczym ograniczać jej macierzyństwa (chociaż chciała usuwać ciążę, a kiedy okazało się za późno, oddać do adopcji - dopiero ja z jej rodziną jej to wyperswadowaliśmy), nie chcę utrudniać życia ani jej, ani naszemu wspaniałemu synkowi (nie tylko "jej" synkowi) - sądy i prawnicy oznaczają zgrzyty i krzywdę dziecka. Uważam, że ograniczając moje wyjazdy z Olkiem do mnie chce krzywdzić i ogrywać się na mnie, nie chronić dziecko. Używa go jako karty przetargowej.
Teraz tak finalnie - czy mam realne szanse na to, żeby od sądu w ostateczności otrzymać to, co myślałem, że z nią ustaliłem:
a) Stałą kwotę i stałą datę przelewu pieniędzy na Olka
b) Rozmowy na skype - żeby cały czas odświeżać kontakt, nawet jeśli jest w Łodzi (za mały jest żeby sam obsługiwał komputer czy telefon)
c) Regularne, kilkudniowe wizyty u mnie w domu do momentu, kiedy pójdzie do szkoły - teraz wywiązuje się dla dziecka najważniejsza więź emocjonalna.
Bardzo proszę was o pomoc.
Kochający tata.
zakładam nowy temat pomimo podobnych zagadnień na forum, ponieważ nie znalazłem wszystkich odpowiedzi na nurtujące mnie pytania. Sprawa dotyczy naszego synka, który ma w chwili obecnej 17 miesięcy. Opis mojej sytuacji:
Razem z byłą dziewczyną mieszkaliśmy wspólnie od momentu urodzenia naszego synka. Po roku czasu z wynajmowanego mieszkania przenieśliśmy się do domku moich rodziców 300 km od Łodzi (całe piętro dla nas - osobna sypialnia, pokój dzienny, łazienka, nawet kuchnię nową nam zasponsorowali), gdyż zapewniał on lepsze warunki do życia dla naszej rodziny, a zwłaszcza dla wychowania naszego synka - miasto małe i bezpieczne (decyzję podjęliśmy wspólnie). Od samego początku się nam nie układało różowo, ale byliśmy razem. Starałem się ją nakłonić do wspólnej terapii, bez skutku. W połowie września 2011 roku moja była partnerka (ślubu nie braliśmy) powiedziała, że musi pozałatwiać kilka spraw w rodzinnej Łodzi i chce wyjechać do rodziców na tydzień. Kilka dni później dostałem maila, że ma w Łodzi pracę i zapisała się do szkoły oraz nie zamierza wracać do mnie do domu.
Po kilku awanturach ustaliliśmy, że na razie Olek będzie trochę u mnie, trochę u niej (wstępnie po 2 tygodnie). Zaoferowała, że ja będę go woził w jedną stronę, ona w drugą - skończyło się na tym, że co miesiąc robiłem 2 trasy żeby syna zabrać do siebie i odwieźć do mamy. Po podburzaniu przez rodzinę zaczęły się problemy. Straszenie sądem, prawnikami itp. Stwierdziła, że "jej" synek nie będzie jak piłeczka jeździł to tu, to tam. Zasięgnąłem opinii psychologa dziecięcego, który przyznał jej rację - wg pani psycholog dziecko nie może mieć dwóch domów. Podpowiedziała mi jednak, że aby dziecko dalej wytwarzało więź emocjonalną z obojgiem rodziców może przebywać 3 tygodnie z matką (nie dała mi możliwości nawet, aby został ze mną na stałe), 1 tydzień u mnie - nie zgodziła się jednak wystawić zaświadczenia, bo w ogóle tego nie robi. Początkowo się zgodziła, jednak zmieniała terminy jak jej pasowało. Cały listopad był u niej, a cały grudzień u mnie - pasowało jej to ze względu na wyjazdy weekendowe do "kolegów" (jaka jest prawda nie wiem).
Do chwili obecnej wymusiła na mnie następujące rzeczy: ja pokrywałem koszty transportu z Łodzi do mnie i ode mnie do Łodzi - w dodatku sam go woziłem, dostaje co miesiąc pieniądze na synka, nie ważne czy był u mnie, czy u niej. Na skype'a (żeby nasz synek widział mnie chociażby przez internet) wchodzi w miarę regularnie, choć nie zawsze dotrzymuje terminów.
Od stycznia sytuacja diametralnie się zmieniła. Zabroniła mi zabierać go w ogóle do mojego domu, nawet na te kilka dni w miesiącu. Twierdzi, że spotkała się z panią psycholog, która jest równocześnie prawnikiem - pani psycholog/adwokat stwierdziła, że dziecka nie można wozić tyle km i że opinia jest aktualnie w przygotowaniu i będzie wystawiona na piśmie. Zaproponowała, żebym odwiedzał synka tylko w Łodzi u niej - nawet mogę się u niej zatrzymywać (to też na pewno do czasu, aż zmieni zdanie albo znajdzie nowego chłopaka). Mieszka nieoficjalnie w mieszkaniu ojca (jej rodzice żyją bez ślubu, matka jest "na papierze" samotna), oficjalnie u rodziców. Oboje mają meldunek stały u jej rodziców w Łodzi - w mieszkaniu "babci", gdzie na ścianach widać grzyba i mają lewą instalację gazową (ogrzewanie, ciepła woda), którą dziadek na czas inspekcji rozmontowuje, natomiast meldunek czasowy mają u mnie (dziadek jest trzeźwym alkoholikiem - w 4 miesiącu ciąży pobił ją do nieprzytomności, ostatnio pisała, że znowu pił i się boi - mam tego smsa).
Gdyby sytuacja była niejasna, proszę dopytywać o szczegóły. Oto moje pytania:
1. Czy moja była partnerka może mi zabronić zabierać do siebie syna? (nie było sytuacji, żeby Olek został bez kontaktu ze mną - tak jak pisałem, był u mnie cały grudzień ostatnio)
2. Czy kiedy złoży papiery do sądu będzie na jej plus czy minus? (nawet nie wiem o co dokładnie chce wnioskować - pieniądze dostaje co miesiąc, ale chce mieć alimenty zasądzone przez sąd - zaoferowałem jej, że jeśli wydaje więcej niż dostaje, niech przygotuje paragony za cały miesiąc i dodatkowo dam jej połowę na żłobek; dotrzymywałem terminów z odwożeniem go do niej, umiem się nim zająć tak samo, jeśli nie lepiej od niej)
3. Czy może mi ograniczyć prawa rodzicielskie? (twierdzi, że odeszła ze względu na chorą atmosferę w moim domu, że wolę kolegów, puby i palenie z nimi marihuany, życie kawalera - prawnik stwierdził że to pomówienia, że w sądzie musiałaby to udowodnić. Ona naturalnie ma skłonności do przesady, wyolbrzymiania problemów, manipulacji dwoma rodzinami - moją i jej)
4. Czy jeśli ja założę sprawę o uregulowanie widzeń, mam szansę na przyznanie kilku dni w miesiącu u mnie w domu, nie u niej w Łodzi? (chodzi głównie o fakt, że jest to 300km, gdybym nadal mieszkał w tym samym mieście, nie robiłbym z tego powodu problemów, bo mógłbym go widywać regularnie kilka razy w tygodniu - przeszkodą jest tylko odległość i pieniądze, jakie trzeba przeznaczyć na paliwo - jedna trasa do Łodzi to jakieś 250-300zł)
5. Podobno wiek ma dla sądu znaczenie, czy to prawda? - ja jako 26-letni właściciel działalności gospodarczej jestem człowiekiem poważniejszym, niż ona - 19-letnia dziewczyna (aktualnie pracuje u dziadka).
Reasumując, nie chcę jej odbierać praw, nie chcę jej zabrać syna (chociaż uważam, że lepiej miałby ze mną, ale jestem realistą - bez podstaw, że dziecku dzieje się krzywda nie dostanę prawa do opieki), nie chcę w niczym ograniczać jej macierzyństwa (chociaż chciała usuwać ciążę, a kiedy okazało się za późno, oddać do adopcji - dopiero ja z jej rodziną jej to wyperswadowaliśmy), nie chcę utrudniać życia ani jej, ani naszemu wspaniałemu synkowi (nie tylko "jej" synkowi) - sądy i prawnicy oznaczają zgrzyty i krzywdę dziecka. Uważam, że ograniczając moje wyjazdy z Olkiem do mnie chce krzywdzić i ogrywać się na mnie, nie chronić dziecko. Używa go jako karty przetargowej.
Teraz tak finalnie - czy mam realne szanse na to, żeby od sądu w ostateczności otrzymać to, co myślałem, że z nią ustaliłem:
a) Stałą kwotę i stałą datę przelewu pieniędzy na Olka
b) Rozmowy na skype - żeby cały czas odświeżać kontakt, nawet jeśli jest w Łodzi (za mały jest żeby sam obsługiwał komputer czy telefon)
c) Regularne, kilkudniowe wizyty u mnie w domu do momentu, kiedy pójdzie do szkoły - teraz wywiązuje się dla dziecka najważniejsza więź emocjonalna.
Bardzo proszę was o pomoc.
Kochający tata.