P
Pulemiot
Użytkownik
- Dołączył
- 11.2025
- Odpowiedzi
- 71
Sąd I instancji orzekł wobec mnie karę jednego roku pozbawienia wolności w zawieszeniu na cztery lata, choć prawidłowy okres próby mógł wynosić maksymalnie trzy lata. Następnie prokurator wniósł apelację właśnie w tym segmencie, a Sąd II instancji „skorygował” ten błąd.
Trudno mi uwierzyć, że sędzia z wieloletnim stażem orzeczniczym popełnia taki szkolny błąd, jak określenie okresu próby na cztery zamiast trzech lat. Są to paragrafy, które przy wieloletniej praktyce orzeczniczej powinny być recytowane na pamięć, w nocy o północy. Powstaje więc u mnie wrażenie, że umieszczenie w wyroku tak oczywistego elementu wymagającego korekty stworzyło wszystkim pozostałym uczestnikom postępowania wygodną podstawę do odegrania swoich nominalnych ról – prokuratorowi dało podstawę do wniesienia apelacji, a Sądowi II instancji do jej uwzględnienia.
W efekcie stworzyło to iluzję, że wyrok został poddany rzeczywistej kontroli instancyjnej. Z zewnątrz wszystko wyglądało bowiem legitnie: był wyrok, była apelacja prokuratora, była rozprawa odwoławcza i była korekta wyroku. W mojej ocenie była to jedynie tania sztuczka mająca za zadanie nadać procesowi pozoru rzetelności. Osoba z zewnątrz – w tym adwokat, RPO lub przedstawiciel organizacji pozarządowej czy Kancelaria Prezydenta RP – patrząc na sprawę z perspektywy całego postępowania może odnieść wrażenie, że wyrok został rzeczywiście poddany ponownej, merytorycznej kontroli: był wyrok, była apelacja prokuratora, odbyło się postępowanie odwoławcze i zapadło kolejne rozstrzygnięcie. Tymczasem bliższa analiza apelacji prokuratora obnaża ten mechanizm. Jej zakres był skrajnie ograniczony – dotyczył wyłącznie okresu próby i środka probacyjnego, pomijając kluczowe kwestie podnoszone przez mojego obrońcę: rzekome nękanie telefoniczne, groźby oraz podstawy dowodowe przypisania mi tych czynów, które Sąd II instancji sprowadził do lakonicznych stwierdzeń, że zarzuty obrony były „niezasadne” lub „chybione”.
Reasumując: apelacja oskarżyciela publicznego posłużyła jedynie jako formalny pretekst do uruchomienia kontroli instancyjnej, tworząc fasadę rzetelnego procesu. W rzeczywistości jej zakres ograniczał się wyłącznie do kosmetycznej korekty okresu próby z czterech do trzech lat oraz odpowiedniego skrócenia środka probacyjnego. Taki zabieg proceduralny skutecznie rozgrzeszył i zwolnił sąd od merytorycznego rozpoznania kluczowych zarzutów podnoszonych przez moją obronę, co doprowadziło do usankcjonowania wadliwego wyroku.
Dlatego określam tę apelację jako teatr dla uwierzytelnienia prawidłowości procesu. W mojej ocenie taki przebieg postępowania nie powinien być przedstawiany jako argument przemawiający za tym, że moja sprawa została poddana pełnej i rzeczywistej kontroli instancyjnej. Przeciwnie – pokazuje on, że sam fakt istnienia apelacji i wydania wyroku przez sąd II instancji nie oznacza jeszcze, że doszło do wszechstronnej kontroli całego rozstrzygnięcia.
Trudno mi uwierzyć, że sędzia z wieloletnim stażem orzeczniczym popełnia taki szkolny błąd, jak określenie okresu próby na cztery zamiast trzech lat. Są to paragrafy, które przy wieloletniej praktyce orzeczniczej powinny być recytowane na pamięć, w nocy o północy. Powstaje więc u mnie wrażenie, że umieszczenie w wyroku tak oczywistego elementu wymagającego korekty stworzyło wszystkim pozostałym uczestnikom postępowania wygodną podstawę do odegrania swoich nominalnych ról – prokuratorowi dało podstawę do wniesienia apelacji, a Sądowi II instancji do jej uwzględnienia.
W efekcie stworzyło to iluzję, że wyrok został poddany rzeczywistej kontroli instancyjnej. Z zewnątrz wszystko wyglądało bowiem legitnie: był wyrok, była apelacja prokuratora, była rozprawa odwoławcza i była korekta wyroku. W mojej ocenie była to jedynie tania sztuczka mająca za zadanie nadać procesowi pozoru rzetelności. Osoba z zewnątrz – w tym adwokat, RPO lub przedstawiciel organizacji pozarządowej czy Kancelaria Prezydenta RP – patrząc na sprawę z perspektywy całego postępowania może odnieść wrażenie, że wyrok został rzeczywiście poddany ponownej, merytorycznej kontroli: był wyrok, była apelacja prokuratora, odbyło się postępowanie odwoławcze i zapadło kolejne rozstrzygnięcie. Tymczasem bliższa analiza apelacji prokuratora obnaża ten mechanizm. Jej zakres był skrajnie ograniczony – dotyczył wyłącznie okresu próby i środka probacyjnego, pomijając kluczowe kwestie podnoszone przez mojego obrońcę: rzekome nękanie telefoniczne, groźby oraz podstawy dowodowe przypisania mi tych czynów, które Sąd II instancji sprowadził do lakonicznych stwierdzeń, że zarzuty obrony były „niezasadne” lub „chybione”.
Reasumując: apelacja oskarżyciela publicznego posłużyła jedynie jako formalny pretekst do uruchomienia kontroli instancyjnej, tworząc fasadę rzetelnego procesu. W rzeczywistości jej zakres ograniczał się wyłącznie do kosmetycznej korekty okresu próby z czterech do trzech lat oraz odpowiedniego skrócenia środka probacyjnego. Taki zabieg proceduralny skutecznie rozgrzeszył i zwolnił sąd od merytorycznego rozpoznania kluczowych zarzutów podnoszonych przez moją obronę, co doprowadziło do usankcjonowania wadliwego wyroku.
Dlatego określam tę apelację jako teatr dla uwierzytelnienia prawidłowości procesu. W mojej ocenie taki przebieg postępowania nie powinien być przedstawiany jako argument przemawiający za tym, że moja sprawa została poddana pełnej i rzeczywistej kontroli instancyjnej. Przeciwnie – pokazuje on, że sam fakt istnienia apelacji i wydania wyroku przez sąd II instancji nie oznacza jeszcze, że doszło do wszechstronnej kontroli całego rozstrzygnięcia.