T
TaxiDriver
Nowy użytkownik
- Dołączył
- 04.2023
- Odpowiedzi
- 4
W sobotnie wczesne popołudnie wybiegł mi przed samochód kot. Jechałem przepisowo i wyhamowałem przed nim do zera, wybiegł mi spod samochodu i początkowo wydawał się zdrowy tylko przestraszony. Po chwili zauważyłem na nim trochę krwi a kot uciekł pod samochód zaparkowany w trawie.
Zadzwoniłem do weterynarza w miejscowości, w której doszło do zdarzenia, ale był po (własnej) operacji i odmówił nie tylko interwencji (bo sam bym kota spod samochodu nie wydostał, póki by nie zemdlał z utraty krwi) ale też leczenia po przywiezieniu.
Żaden z trzech lekarzy w pobliskiej (10 km) miejscowości nie odbierał. Żaden z lekarzy w kolejnej miejscowości (30 km) nie odbierał.
Zadzwoniłem do mojej klientki prowadzącej sklep zoologiczny i miłośniczki zwierząt, co się robi w takich sytuacjach, przekazała mi nr do pani doktor która zawsze leczy, ale odległej o 65 km od zdarzenia. Ta doktor poinstruowała mnie o tym, że wg. ustawy o ochronie zwierząt każda gmina poprzez straż miejską ma podpisaną umowę z dyżurnym weterynarzem.
Straż miejska była nieczynna w soboty. W tym samym budynku urzędowała policja, więc tam się udałem. Życzliwy policjant miłośnik zwierząt, słysząc, że sam i własnym kosztem chcę go wieźć 65 km, zgodził mi się wyjąć tego kota. Potem obdzwonił weterynarzy i schroniska i rzeczywiście nie dało się znaleźć nic bliżej - kolejną opcją była doraźna pomoc kotu po 2h, który jak się okazało miał złamane dwie nogi (na jednej odsłoniętą kość) i zdartą mocno skórę na obu oraz krwawił, oraz operacja następnego dnia.
Zawiozłem kota do lekarki. Nie spodziewałem się, że od razu wykona całą operację. Koszt miał wynieść 600 PLN. Zapłaciłem z góry 480 i zostawiłem kota na noc.
Następnego dnia znalazła się właścicielka. Deklaruje ona zwrot kosztów dla mnie. Te jednak urosły już niespodziewanie i nieumówienie, bo cena leczenia wzrosła już do 700 PLN a pobyt u Pani doktor 2 dni wyniósł niespodziewanie 500 PLN.
Na ten moment kot jest u weterynarza a właścicielka nie kwapi się go odebrać. Koszty pobytu będą rosły. Jestem gotów machnąć ręką na dotychczasowe 480 PLN a nawet owe 600, i załóżmy nawet na dodatkowe koszty jednodniowego pobytu. Ale nie zamierzam ponosić kolejnych. Tylko co w tej sytuacji zrobić. Powiedzieć pani weterynarz, że "hotel do dziś" i albo właścicielka płaci albo ma wyrzucić za drzwi? Co się robi w takich sytuacjach?
Zadzwoniłem do weterynarza w miejscowości, w której doszło do zdarzenia, ale był po (własnej) operacji i odmówił nie tylko interwencji (bo sam bym kota spod samochodu nie wydostał, póki by nie zemdlał z utraty krwi) ale też leczenia po przywiezieniu.
Żaden z trzech lekarzy w pobliskiej (10 km) miejscowości nie odbierał. Żaden z lekarzy w kolejnej miejscowości (30 km) nie odbierał.
Zadzwoniłem do mojej klientki prowadzącej sklep zoologiczny i miłośniczki zwierząt, co się robi w takich sytuacjach, przekazała mi nr do pani doktor która zawsze leczy, ale odległej o 65 km od zdarzenia. Ta doktor poinstruowała mnie o tym, że wg. ustawy o ochronie zwierząt każda gmina poprzez straż miejską ma podpisaną umowę z dyżurnym weterynarzem.
Straż miejska była nieczynna w soboty. W tym samym budynku urzędowała policja, więc tam się udałem. Życzliwy policjant miłośnik zwierząt, słysząc, że sam i własnym kosztem chcę go wieźć 65 km, zgodził mi się wyjąć tego kota. Potem obdzwonił weterynarzy i schroniska i rzeczywiście nie dało się znaleźć nic bliżej - kolejną opcją była doraźna pomoc kotu po 2h, który jak się okazało miał złamane dwie nogi (na jednej odsłoniętą kość) i zdartą mocno skórę na obu oraz krwawił, oraz operacja następnego dnia.
Zawiozłem kota do lekarki. Nie spodziewałem się, że od razu wykona całą operację. Koszt miał wynieść 600 PLN. Zapłaciłem z góry 480 i zostawiłem kota na noc.
Następnego dnia znalazła się właścicielka. Deklaruje ona zwrot kosztów dla mnie. Te jednak urosły już niespodziewanie i nieumówienie, bo cena leczenia wzrosła już do 700 PLN a pobyt u Pani doktor 2 dni wyniósł niespodziewanie 500 PLN.
Na ten moment kot jest u weterynarza a właścicielka nie kwapi się go odebrać. Koszty pobytu będą rosły. Jestem gotów machnąć ręką na dotychczasowe 480 PLN a nawet owe 600, i załóżmy nawet na dodatkowe koszty jednodniowego pobytu. Ale nie zamierzam ponosić kolejnych. Tylko co w tej sytuacji zrobić. Powiedzieć pani weterynarz, że "hotel do dziś" i albo właścicielka płaci albo ma wyrzucić za drzwi? Co się robi w takich sytuacjach?