B
benekbenkowy
Nowy użytkownik
- Dołączył
- 01.2013
- Odpowiedzi
- 25
Duże miasto w środkowej części Polski.
Środek jednej z dzielnic.
W okół same blokowiska, przedwojenne, powojenne, lata 70 XX wieku.
I domek.
Jednorodzinny.
A w domku piesek. Już piąty rok obecny na posesji. "Premierą" jego obecności był październik 2016 roku, gdy przy ówczesnych dość niskich temperaturach piesek, jeszcze jako szczeniak pozostawiony w nocy na zewnątrz ujadał pod drzwiami domku trzęsąc się z zimna. Przybyła na miejsce policja wynegocjowała, że Pan Właściciel, dalej zwany Januszem, weźmie psiaka do środka.
Piąty rok. Piesek praktycznie przez ten czas nie opuścił terenu posesji. Wyprowadzili go w ciągu ostatniego roku może 10 razy na spacer poza terenem posesji. Resztę czasu przesiaduje albo wewnątrz domku, albo na skrawku posesji. Na skrawku, bo resztę Janusz przerobił na ogólnodostępny parking dla sąsiadów, mieszkańców okolicznych bloków. I żeby uniknąć ryzyka ataku psa na sąsiada lub niekontrolowanej ucieczki psa z posesji, zamykany jest, jak wspomniałem, na zaledwie drobnym skrawku. I szczeka, gdy wyczuje przechodzące obok psy.
Przechodzący obok pies dawno zdąży zapomnieć, że tędy przechodził, a "posesyjny" psiak dalej będzie ujadał.
Niezależnie od pory dnia i nocy.
Janusz dostał swego czasu list od sąsiadów, w którym napisano, by ogarnął zwierzaka, by nie robił nocnych kilkugodiznnych koncertów.
Raz wezwanej do ujadającego wieczorem psa policji tłumaczył, że zmęczyło go szczekanie psa wewnątrz domku, więc wypuścił go na teren posesji.
Janusz miał brata. Brat niestety najprawdopodobniej nie żyje. Chociaż z perspektywy okolicznych mieszkańców jest to pewnie kwestia dyskusyjna.
Brat Janusza miał w swoim zwyczaju, że tydzień w tydzień, niezależnie od pory roku i pogody, co czwartek, a później co sobotę, około godizny 6.30 rano... trzepał dywan. Pac, pac, pac. Jeden malutki dywanik. Trzepany prawie godzinę.
Janusz, gdy już brata, mieszkającego w drugiej części domku zabrakło, tę drugą część domku remontował. W czerwcu. Tydzień w tydzień, weekend w weekend. Co niedziela, od 7 rano... na posesji przycinał płytki.
A piesek ujadał i ujadał, dniami i nocami.
Aż w końcu Janusz dostał drugi list od okolicznych sąsiadów, w którym ponowiono prośbę o ogarnięcie sytuacji, bo w przeciwnym razie sprawa będzie skierowana do wyższych instancji.
Co ciekawe Janusz chyba zrozumiał, że sąsiedzi mają dość szczekająco-ujadającego po nocach godiznami psa, więc na szczęście na noc go już zamykał w domku.
Przyszła zima. Mrozy. Temperatury spadają poniżej -10 stopni. A piesek godzinami, w ciągu dnia, na skrawku posesji szczeka, biega i ujada.
Wezwane służby przybyły, by namówić Janusza, by psa w takich temperaturach jednak nie przetrzymywał godzinami na mrozie, co powoduje ciągłe ujadanie.
Janusz posłuchał. Psa do domku wpuścił.
Po czym wyszedł i w miejscu gdzie stała januszowego brata ulubiona trzepaczka do dywaniku postawił i uruchomił ku uciesze okolicznych mieszkańców... megafon. Z pulsującym alarmem.
Sąsiedzi wezwali policję. Policja przybyła dość szybko. Radiowóz zatrzymał się w pobliżu wjazdu na posesję, policjanci wyposażeni w latarki ruszyli do źródła dźwięku. Gdy ustalili, że to rzeczywiście megafon ustawiony na posesji, poszli do bramy i szybko przekonali Janusza, by megafon wyłączył. Ten posłuchał, tamci odjechali.
Po około 10 minutach Janusz megafon włączył znów.
Wył w oczekiwaniu na przyjazd kolejnego radiowozu ponad godzinę. Temperatura spadła poniżej -12 stopni. Przez ten cały czas po posesji biegał, szczekał i ujadał pies.
Na kilkadziesiąt sekund przed pojawieniem się drugiego radiowozu do Janusza będącego cały czas na zewnatrz doszedł Janusz Junior i chyba namówił ojca, by wyłączył alarm.
Dzień następny. Temperatura spadła poniżej -10 stopni. Pies na skrawku posesji biega, szczeka i ujada.
---
Co Państwo na to?
Czy takie traktowanie psa jest prawnie "dopuszczalne"?
Jak skutecznie zwalczyć taką cebuliadę?
Środek jednej z dzielnic.
W okół same blokowiska, przedwojenne, powojenne, lata 70 XX wieku.
I domek.
Jednorodzinny.
A w domku piesek. Już piąty rok obecny na posesji. "Premierą" jego obecności był październik 2016 roku, gdy przy ówczesnych dość niskich temperaturach piesek, jeszcze jako szczeniak pozostawiony w nocy na zewnątrz ujadał pod drzwiami domku trzęsąc się z zimna. Przybyła na miejsce policja wynegocjowała, że Pan Właściciel, dalej zwany Januszem, weźmie psiaka do środka.
Piąty rok. Piesek praktycznie przez ten czas nie opuścił terenu posesji. Wyprowadzili go w ciągu ostatniego roku może 10 razy na spacer poza terenem posesji. Resztę czasu przesiaduje albo wewnątrz domku, albo na skrawku posesji. Na skrawku, bo resztę Janusz przerobił na ogólnodostępny parking dla sąsiadów, mieszkańców okolicznych bloków. I żeby uniknąć ryzyka ataku psa na sąsiada lub niekontrolowanej ucieczki psa z posesji, zamykany jest, jak wspomniałem, na zaledwie drobnym skrawku. I szczeka, gdy wyczuje przechodzące obok psy.
Przechodzący obok pies dawno zdąży zapomnieć, że tędy przechodził, a "posesyjny" psiak dalej będzie ujadał.
Niezależnie od pory dnia i nocy.
Janusz dostał swego czasu list od sąsiadów, w którym napisano, by ogarnął zwierzaka, by nie robił nocnych kilkugodiznnych koncertów.
Raz wezwanej do ujadającego wieczorem psa policji tłumaczył, że zmęczyło go szczekanie psa wewnątrz domku, więc wypuścił go na teren posesji.
Janusz miał brata. Brat niestety najprawdopodobniej nie żyje. Chociaż z perspektywy okolicznych mieszkańców jest to pewnie kwestia dyskusyjna.
Brat Janusza miał w swoim zwyczaju, że tydzień w tydzień, niezależnie od pory roku i pogody, co czwartek, a później co sobotę, około godizny 6.30 rano... trzepał dywan. Pac, pac, pac. Jeden malutki dywanik. Trzepany prawie godzinę.
Janusz, gdy już brata, mieszkającego w drugiej części domku zabrakło, tę drugą część domku remontował. W czerwcu. Tydzień w tydzień, weekend w weekend. Co niedziela, od 7 rano... na posesji przycinał płytki.
A piesek ujadał i ujadał, dniami i nocami.
Aż w końcu Janusz dostał drugi list od okolicznych sąsiadów, w którym ponowiono prośbę o ogarnięcie sytuacji, bo w przeciwnym razie sprawa będzie skierowana do wyższych instancji.
Co ciekawe Janusz chyba zrozumiał, że sąsiedzi mają dość szczekająco-ujadającego po nocach godiznami psa, więc na szczęście na noc go już zamykał w domku.
Przyszła zima. Mrozy. Temperatury spadają poniżej -10 stopni. A piesek godzinami, w ciągu dnia, na skrawku posesji szczeka, biega i ujada.
Wezwane służby przybyły, by namówić Janusza, by psa w takich temperaturach jednak nie przetrzymywał godzinami na mrozie, co powoduje ciągłe ujadanie.
Janusz posłuchał. Psa do domku wpuścił.
Po czym wyszedł i w miejscu gdzie stała januszowego brata ulubiona trzepaczka do dywaniku postawił i uruchomił ku uciesze okolicznych mieszkańców... megafon. Z pulsującym alarmem.
Sąsiedzi wezwali policję. Policja przybyła dość szybko. Radiowóz zatrzymał się w pobliżu wjazdu na posesję, policjanci wyposażeni w latarki ruszyli do źródła dźwięku. Gdy ustalili, że to rzeczywiście megafon ustawiony na posesji, poszli do bramy i szybko przekonali Janusza, by megafon wyłączył. Ten posłuchał, tamci odjechali.
Po około 10 minutach Janusz megafon włączył znów.
Wył w oczekiwaniu na przyjazd kolejnego radiowozu ponad godzinę. Temperatura spadła poniżej -12 stopni. Przez ten cały czas po posesji biegał, szczekał i ujadał pies.
Na kilkadziesiąt sekund przed pojawieniem się drugiego radiowozu do Janusza będącego cały czas na zewnatrz doszedł Janusz Junior i chyba namówił ojca, by wyłączył alarm.
Dzień następny. Temperatura spadła poniżej -10 stopni. Pies na skrawku posesji biega, szczeka i ujada.
---
Co Państwo na to?
Czy takie traktowanie psa jest prawnie "dopuszczalne"?
Jak skutecznie zwalczyć taką cebuliadę?