A
Arestro
Nowy użytkownik
- Dołączył
- 03.2014
- Odpowiedzi
- 9
Dzień dobry,
na początku stycznia 2019 wracając do Polski autem osobowym, autostradą, od rodziny, z Amsterdamu zostaliśmy wraz z narzeczoną zatrzymani do kontroli po przekroczeniu granicy holendersko-niemieckiej. Jechaliśmy zgodnie z przepisami, nie popełniliśmy żadnego wykroczenia. Zjechaliśmy na parking przy autostradzie, na miejscu czekała już służba celna wraz z policją niemiecką. Obydwoje nie znamy języka niemieckiego w stopniu komunikatywnym (rozumiem, tylko niektóre słowa), więc porozumiewaliśmy się z policjantami w języku angielskim. Zostały sprawdzone dokumenty - wszystko w porządku. Zostaliśmy poproszeni o opuszczenie samochodu, a następnie policja przeszukała samochód wraz z psem. Nic nie znaleziono. Myślałem, że to już koniec kontroli. Jako, że był to styczeń, godzina wieczorna to było całkiem chłodno i byliśmy zmarznięci. Moja narzeczona trochę się już trzęsła z zimna, zauważył to jeden z policjantów i zaczęło się wypytywanie, "czego się tak boisz?", a następnie docinki "jak wracacie z Amsterdamu to na pewno macie coś do ukrycia". Usłyszałem jak jeden z policjantów mówi do drugiego po niemiecku (na tyle ile zrozumiałem): "To młodzi Polacy, oni zawsze kombinują, zrobimy im testy". Po chwili wyciągnęli testy na mocz i poinformowali nas, że musimy je wykonać, inaczej nie puszczą nas w dalszą drogę. Testy zostały wykonane w przy parkingowej toalecie przy obecności policjantów. Test narzeczonej wyszedł negatywny, mój niestety dał wynik pozytywny (paliłem dzień wcześniej, w godzinach porannych). Zostałem poinformowany, że musimy udać się na komisariat celem pobrania próbki mojej krwi i zostanie na mnie nałożona grzywna za kierowanie pod wpływem THC. Byłem trochę zdziwiony, zastanawiałem się czy taki test na mocz jest miarodajny, ale nie chciałem wdawać się w dyskusję z policjantami w obcym kraju. Po powrocie na parking, do samochodu, z komisariatu policjant powiedział, że nie mogę kierować i muszę zapłacić część kwoty na poczet przyszłego mandatu, inaczej nie odda mi dokumentów (prawo jazdy, dowód osobisty, które od początku kontroli policjant trzymał przy sobie). Na początku nie chciałem się na to zgodzić, pytałem czy nie ma innej możliwości. Policjanci powiedzieli, że ktoś mieszkający na terenie Niemiec musiałby za mnie poręczyć, albo mogę wykonać przelew bankowy (teraz natychmiast!), inaczej nie ma opcji. Po parunastu minutach, w końcu się zgodziłem. Zapytałem się ile musiałbym zapłacić. Policjant powiedział, że co najmniej 500 euro. Przeraziłem się. To były całe pieniądze jakie wtedy miałem. Po kolejnych parunastu minutach stanęło na 400 euro. Policjantom powiedziałem, że 100 euro potrzebuję na paliwo, żeby dojechać do domu, przystanęli na to. Spisali wszystkie moje dane, dane narzeczonej jako świadka. Dali mi do podpisania papiery w języku niemieckim. Nie zgodziłem się na podpisanie czegoś, czego nie rozumiem. Po parunastu minutach przynieśli papiery w języku polskim. Okazało się, że muszę podpisać się pod przyznaniem się do winy i potwierdzeniem o zapłacie 400 euro na poczet przyszłej kary grzywny. Nie chciałem tego zrobić, ale policjanci powiedzieli, że jeżeli tego nie zrobię to będą musieli mnie zatrzymać, a grzywna może wzrosnąć. Zapytałem wtedy czy jeżeli to podpiszę to będę musiał dopłacać więcej po powrocie do domu. Powiedzieli, że nie, że tylko przyjdzie potwierdzenie o zapłacie. W nerwach przystałem na to. Podpisałem się pod papierami. Oryginał w języku polskim wzięła policja, dla mnie zostało kopia-potwierdzenie w języku niemieckim (takie na różowym papierze "Niederschrift über eine Sicherheitsleistung (Ordnungswidrigkeit)") oraz rachunek - potwierdzenie zapłaty 400 euro. Ruszyliśmy w dalszą drogę - oczywiście całą drogę kierowała już moja narzeczona.
Sporo czasu minęło, wiele razy wracałem do tego wydarzenia myślami. Zastanawiałem się czy policjanci nie przekroczyli swoich uprawnień, czy rzeczywiście musiałem zapłacić za mandat na miejscu, ale byłem również świadomy, że trzeba brać odpowiedzialność za swoje czyny - także mea culpa i trudno, stało się. Żadne potwierdzenie nie przyszło, po 3 miesiącach pomyślałem - cóż, widocznie policjanci mówili prawdę, wszystko jest w porządku.
Byłem już spokojny, do dzisiaj. W dniu dzisiejszym po prawie 7 miesiącach od wydarzenia dostałem pismo informacyjne w języku polskim. Pismo wstawiłem na stronę:
https://zapodaj.net/fbf9516f16f9f.jpg.html
https://zapodaj.net/8ef0b8b5ee1ec.jpg.html
Po pierwsze: dziwi mnie dlaczego chcą ode mnie dane osoby popełniającej wykroczenie skoro wszystkie dane zostały spisane na miejscu.
Po drugie: na piśmie wszystkie kwoty podane w euro są zamazane markerem, co to oznacza?
Po trzecie: pismo przyszło na adres pod którym nie jestem już zameldowany (nowy nabywca mi je przekazał), a nazwisko zostało napisane z błędem (zjedzona jedna literka), bez polskich znaków.
Chciałbym dowiedzieć się co mogę zrobić w takiej sytuacji. Odesłać wypełniony formularz? Nic nie robić, czekać na kolejny list, na grzywnę? Zapłacić? A jeżeli tak to ile (skoro zapłaciłem 400 euro na miejscu)? Czy w takiej sytuacji wykroczenie nie powinno być już przedawnione?
Edit: Zapomniałem napisać, że auto jest zarejestrowane na narzeczoną, nie na mnie. W sumie nie wiem czy to istotne, ale wolałem o tym wspomnieć.
na początku stycznia 2019 wracając do Polski autem osobowym, autostradą, od rodziny, z Amsterdamu zostaliśmy wraz z narzeczoną zatrzymani do kontroli po przekroczeniu granicy holendersko-niemieckiej. Jechaliśmy zgodnie z przepisami, nie popełniliśmy żadnego wykroczenia. Zjechaliśmy na parking przy autostradzie, na miejscu czekała już służba celna wraz z policją niemiecką. Obydwoje nie znamy języka niemieckiego w stopniu komunikatywnym (rozumiem, tylko niektóre słowa), więc porozumiewaliśmy się z policjantami w języku angielskim. Zostały sprawdzone dokumenty - wszystko w porządku. Zostaliśmy poproszeni o opuszczenie samochodu, a następnie policja przeszukała samochód wraz z psem. Nic nie znaleziono. Myślałem, że to już koniec kontroli. Jako, że był to styczeń, godzina wieczorna to było całkiem chłodno i byliśmy zmarznięci. Moja narzeczona trochę się już trzęsła z zimna, zauważył to jeden z policjantów i zaczęło się wypytywanie, "czego się tak boisz?", a następnie docinki "jak wracacie z Amsterdamu to na pewno macie coś do ukrycia". Usłyszałem jak jeden z policjantów mówi do drugiego po niemiecku (na tyle ile zrozumiałem): "To młodzi Polacy, oni zawsze kombinują, zrobimy im testy". Po chwili wyciągnęli testy na mocz i poinformowali nas, że musimy je wykonać, inaczej nie puszczą nas w dalszą drogę. Testy zostały wykonane w przy parkingowej toalecie przy obecności policjantów. Test narzeczonej wyszedł negatywny, mój niestety dał wynik pozytywny (paliłem dzień wcześniej, w godzinach porannych). Zostałem poinformowany, że musimy udać się na komisariat celem pobrania próbki mojej krwi i zostanie na mnie nałożona grzywna za kierowanie pod wpływem THC. Byłem trochę zdziwiony, zastanawiałem się czy taki test na mocz jest miarodajny, ale nie chciałem wdawać się w dyskusję z policjantami w obcym kraju. Po powrocie na parking, do samochodu, z komisariatu policjant powiedział, że nie mogę kierować i muszę zapłacić część kwoty na poczet przyszłego mandatu, inaczej nie odda mi dokumentów (prawo jazdy, dowód osobisty, które od początku kontroli policjant trzymał przy sobie). Na początku nie chciałem się na to zgodzić, pytałem czy nie ma innej możliwości. Policjanci powiedzieli, że ktoś mieszkający na terenie Niemiec musiałby za mnie poręczyć, albo mogę wykonać przelew bankowy (teraz natychmiast!), inaczej nie ma opcji. Po parunastu minutach, w końcu się zgodziłem. Zapytałem się ile musiałbym zapłacić. Policjant powiedział, że co najmniej 500 euro. Przeraziłem się. To były całe pieniądze jakie wtedy miałem. Po kolejnych parunastu minutach stanęło na 400 euro. Policjantom powiedziałem, że 100 euro potrzebuję na paliwo, żeby dojechać do domu, przystanęli na to. Spisali wszystkie moje dane, dane narzeczonej jako świadka. Dali mi do podpisania papiery w języku niemieckim. Nie zgodziłem się na podpisanie czegoś, czego nie rozumiem. Po parunastu minutach przynieśli papiery w języku polskim. Okazało się, że muszę podpisać się pod przyznaniem się do winy i potwierdzeniem o zapłacie 400 euro na poczet przyszłej kary grzywny. Nie chciałem tego zrobić, ale policjanci powiedzieli, że jeżeli tego nie zrobię to będą musieli mnie zatrzymać, a grzywna może wzrosnąć. Zapytałem wtedy czy jeżeli to podpiszę to będę musiał dopłacać więcej po powrocie do domu. Powiedzieli, że nie, że tylko przyjdzie potwierdzenie o zapłacie. W nerwach przystałem na to. Podpisałem się pod papierami. Oryginał w języku polskim wzięła policja, dla mnie zostało kopia-potwierdzenie w języku niemieckim (takie na różowym papierze "Niederschrift über eine Sicherheitsleistung (Ordnungswidrigkeit)") oraz rachunek - potwierdzenie zapłaty 400 euro. Ruszyliśmy w dalszą drogę - oczywiście całą drogę kierowała już moja narzeczona.
Sporo czasu minęło, wiele razy wracałem do tego wydarzenia myślami. Zastanawiałem się czy policjanci nie przekroczyli swoich uprawnień, czy rzeczywiście musiałem zapłacić za mandat na miejscu, ale byłem również świadomy, że trzeba brać odpowiedzialność za swoje czyny - także mea culpa i trudno, stało się. Żadne potwierdzenie nie przyszło, po 3 miesiącach pomyślałem - cóż, widocznie policjanci mówili prawdę, wszystko jest w porządku.
Byłem już spokojny, do dzisiaj. W dniu dzisiejszym po prawie 7 miesiącach od wydarzenia dostałem pismo informacyjne w języku polskim. Pismo wstawiłem na stronę:
Po pierwsze: dziwi mnie dlaczego chcą ode mnie dane osoby popełniającej wykroczenie skoro wszystkie dane zostały spisane na miejscu.
Po drugie: na piśmie wszystkie kwoty podane w euro są zamazane markerem, co to oznacza?
Po trzecie: pismo przyszło na adres pod którym nie jestem już zameldowany (nowy nabywca mi je przekazał), a nazwisko zostało napisane z błędem (zjedzona jedna literka), bez polskich znaków.
Chciałbym dowiedzieć się co mogę zrobić w takiej sytuacji. Odesłać wypełniony formularz? Nic nie robić, czekać na kolejny list, na grzywnę? Zapłacić? A jeżeli tak to ile (skoro zapłaciłem 400 euro na miejscu)? Czy w takiej sytuacji wykroczenie nie powinno być już przedawnione?
Edit: Zapomniałem napisać, że auto jest zarejestrowane na narzeczoną, nie na mnie. W sumie nie wiem czy to istotne, ale wolałem o tym wspomnieć.
Ostatnia edycja: