O absurdzie alimentów słów kilka

  • Autor wątku Autor wątku Miklasz
  • Data rozpoczęcia Data rozpoczęcia
M

Miklasz

Nowy użytkownik
Dołączył
10.2023
Odpowiedzi
6
Cześć.
Powiem Wam kilka słów o tym, jak system alimentacyjny może zniszczyć człowieka, jego potencjał.
Od zawsze cierpię na fobię społeczną, przez co jedyny sposób przekazania informacji większej liczbie osób to pisanie lub ośmielenie się alkoholem. Alkoholikiem jednak nie jestem, gdyż nie stać mnie na takie rarytasy.
Miałem dziewiętnaście lat, kiedy jedna z kobiet poprosiła mnie o "przysługę". Chodziło o to, aby podpisać, uznać jej dziecko, które oczywiście nie było moje. Obiecała, że będziemy tworzyli związek, a ja, w swojej przypadłości psychicznej, bardzo tego pragnąłem. Poszliśmy do urzędu, podpisałem. Kobieta zniknęła, byłem sam, o sprawie zapomniałem.

Minęło kilka lat, kiedy schwytała mnie policja. Doszło do przesłuchania, gdzie wyjawiłem prawdę, następnie wyrok sądowy. Prace społeczne w maksymalnym wymiarze, 40 godzin tygodniowo przez 12 miesięcy. Oczywiście na sprawie nie byłem z uwagi na to, że bałem się kontaktu z kimkolwiek, zapewne stąd taki, a nie inny wyrok. Na prace chodziłem, nawet mi się podobało. Zrozumiałem wówczas, że muszę zacząć spłacać jakieś kwoty tytułem obcego dziecka. Nie wiedziałem jak, gdzie. Dotychczas pracowałem głównie dorywczo, bo w domu się nie układało, mieszkaliśmy na działkach, w skrajnym ubóstwie. Bez prądu, wody. Ciężko było podjąć pracę z płatnością raz na miesiąc, żyjąc ze złomu i prac porządkowych, otrzymując dniówki, z dnia na dzień. Wiecie o co chodzi - jak wytrwać miesiąc, nie mając pieniędzy na jedzenie, ani warunków do przebrania, umycia się?
Starałem się jednak. Z racji na moje ograniczenia umysłowe, nie miałem odwagi zasięgnąć pomocy w lokalnym MCPS, który - jak się okazało - ścigał mnie za Fundusz Alimentacyjny. Byłem tam więc na starcie "spalony". W pewnym momencie mieszkanie na działkach się skończyło, a ktoś mi pomógł. Dostałem zapas jedzenia na miesiąc, dzięki czemu mogłem pójść do normalnej pracy. Okazało się, że za tą pracę-zlecenie, po miesiącu... nie otrzymałem ani grosza, ponieważ komornik wszystko pociągnął na spłatę długu. Ponownie stałem się bezdomny, głodny. Robiłem co w mojej sile, by móc zacząć zarabiać, ponownie podjąłem pracę, tym razem w zakładzie, na umowę normalną. Znalazłem z bólem pomoc u obcych ludzi, którzy mnie dokarmiali i pozwalali spać w piwnicy. Z wypłaty otrzymałem tylko 40 jej procent, co nie pozwoliło na wynajem jakiegokolwiek mieszkania, o przetrwaniu nie wspominając. Wpadłem w depresję, czując - ponownie lądując "na ulicy" - że nie wyjdę z tego problemu nigdy. A przecież chciałem płacić. Chciałem sobie radzić. Samemu z tego kłopotu nie wyszedł chyba nikt.
Nie mając meldunku ani domu, walcząc o przetrwanie w bezdomności, pragnąc zarobić uczciwe pieniądze na narastające do miesiąc długi (absurdalne, maksymalna kwota z F.A. 500 zł, gdzie moim dochodem miesięcznym w bezdomności było maksymalnie 150 złotych), odbywały się kolejne sprawy.
Trafiłem do więzienia. Na, rzecz jasna, maksymalny czas. Rok. Nie miałem prawa do obrony, nie miałem prawa odbioru pism, poza tym fobia społeczna i tak by na to nie pozwoliła. Siedząc w więzieniu, w międzyczasie "wpadł" kolejny wyrok. Kolejny rok. Polubiłem to miejsce. Tam zniknął problem walki o przetrwanie, zimna, głodu. Tylko, że w międzyczasie dług narastał i narastał, zaś po wyjściu... trafiłem na bruk.

Miałem już 30 lat, w międzyczasie jeszcze kilka odsiadek za alimenty. Poznałem wówczas kobietę, która chciała mi pomóc. W końcu ktoś mnie zauważył, odkrył potencjał, który zniszczyło życie - bezdomność, bezlitosne długi, brak perspektyw. Dała mi mieszkanie. Dzięki temu, poza tym, że pokochałem w końcu kogoś, miałem dom, prawdziwy dom. Śniadania, obiady, ciasto co weekend, a do tego - pierwszy raz w życiu - normalną pracę. Zacząłem pracować, z polecenia kobiety, na czarno. Zarabiałem aż 2500, co było dla mnie niebywałą kwotą. 1500 przeznaczałem na spłatę długów, zaś 1000 zostawiałem na nasz dom, na inwestycję w siebie. Wówczas spełniłem swoje marzenie, zrobiłem prawo jazdy, aby móc dojeżdżać do pracy (8 kilometrów od domu, dotąd jeździłem rowerem lub chodziłem pieszo, nie było to dla mnie wyczynem, całe życie dotąd chodziłem wszędzie pieszo). Przy pierwszej kontroli drogowej okazało się jednak, że... jestem poszukiwany za alimenty (standardowo - rok..., zaś prawo jazdy jest zatrzymane za owe alimenty).
Jedyne osiągnięcia życia - prawdziwy dom, prawo jazdy, normalna praca z możliwością spłaty długów w kilka lat, przepadły.
Po wyjściu z więzienia nic już na mnie nie czekało. Znowu byłem bezdomny.
Cieszę się, że chociaż przez chwilę mogłem żyć tak, jak "normalni". A jednocześnie oddawać znaczną część na dług, który jest teraz niebotyczny.

Absurd alimentów polega na tym, że komornik, zabierając 60% wynagrodzenia, pokrywa alimenty zaległe, zaś jednocześnie ja muszę płacić bieżące, na które już, zwyczajnie, brakuje. O wynajmie mieszkania - zapomnij. Jedzenie? Zapomnij. I tak, licząc względem moich długów, jakieś 12 lat życia "za darmo", oddając wszystko. I wieczne zamykanie "bo nie płaci". A z czego ma płacić?
A jaki tego efekt? Państwo płaci "za mnie" na dziecko, państwo utrzymuje mnie w więzieniu, a do tego ja chcę, ale co rusz podcina mi się skrzydła.

Jak osoba wykluczona społecznie może stanąć na nogi po 16 latach bezdomności i więzienia? Jedyna szansa? Ucieczka za granicę? Po co? Samobójstwo? To trzeba mieć odwagę.
Przecież nie pójdę do sądu, nie powiem, że uznałem nie swoje dziecko, bo to przestępstwo, a dług i tak zostanie...

Przestrzegam Was, drodzy mili, abyście nie podpisywali pochopnie żadnych dokumentów, ani nie bali się chodzenia na sprawy sądowe.
Piszę ten tekst, siedząc w pewnym miejscu, możecie się domyślać w jakim, w oczekiwaniu na co. Ja już nie wyjdę z bezdomności, cieszę się jednak, że mój wyrok obecny przypadł na zimę. I chyba z litości, tym razem sędzia "zarzucił" tylko 6 miesięcy, nie zaś 12. Może zrozumieli, że to nie ma sensu...?
 
O ile liczysz na odpowiedź, skróć to do kilku zdań
 
kiedy jedna z kobiet poprosiła mnie o "przysługę". Chodziło o to, aby podpisać, uznać jej dziecko, które oczywiście nie było moje.
Przecież od początku wiedziałeś na co się piszesz uznając dziecko za swoje. Nikt nie gwarantuje czy luźny związek czy nawet małżeństwo przetrwa próbę czasu. A wtedy musisz liczyć się z obowiązkiem utrzymania własnego dziecka. Nic nowego nie podałeś.
 
wiegol napisał:
Przecież od początku wiedziałeś na co się piszesz uznając dziecko za swoje. Nikt nie gwarantuje czy luźny związek czy nawet małżeństwo przetrwa próbę czasu. A wtedy musisz liczyć się z obowiązkiem utrzymania własnego dziecka. Nic nowego nie podałeś.

Tak jest, wiadomo. Tylko jak człowiek ma te 18 czy 19 lat, to nie jest jeszcze świadom tego, co będzie, gdy będzie mieć 40 lat. ;)
 
Powrót
Góra