M
MasterDaroo
Nowy użytkownik
- Dołączył
- 01.2014
- Odpowiedzi
- 10
Witam!
Mam pewien problem, gdyż: w lipcu 2013 roku kupiłem auto [pierwsze w zyciu] i był to Daewoo Lanos z 99 roku z gazem za 3000zł. Korzystałem z auta pół roku, cały czas były jakieś naprawy na bieżąco, wizyty u gazownika kupowanie drobnych części i naprawy we własnym zakresie, no ale nie można sądzić ze kupie takie auto i będę jeździć bez usterek.
Przy kupnie pojazdu oczywiście było powiedziane przez sprzedawce (podstępnego handlarzyka), że auto nie bite jakąś małą sarenkę tylko trzepnęło ale ogólnie nic poważnego itp. (nawet dodaliśmy wcześniej zakupioną uszczelkę pod miskę olejową, której nie zdążyłem wymienić)
8 marca 2014 sprzedałem samochód jakiejś babce z ojcem, ogólnie laicy tacy jak ja z tatą. Podczas sprzedaży powiedzieliśmy, że samochód traci olej, trzeba dolewać, bo to było taką główną wadą, poza starym akumulatorem, o czym powiedzieliśmy klientom. Kupili oni auto za 2000zl.
Dziś, tj. 24 lipiec 2014, dostałem list z kancelarii prawnej od radcy tamtego państwa, w którym żąda odstąpienia od umowy i zwrotu kosztów zakupu oraz naprawy (4 500 zl). Prawnik wymienia szereg usterek typu: zużyte pierścienie na tłokach, głowice do remontu, poszarpany pasek rozrządu, nieszczelna instalacja gazowa (mimo, że wiele razy byłem u gazowników i żaden tego nie stwierdził mimo poprawiania instalacji gazowej), niedziałająca pompa paliwa (wymieniona została około miesiąca przed sprzedażą i dołączyłem do umowy 12 mieś. gwarancję). Tej pani auto podczas użytkowania zaczęło się palić i wg oględzin wadliwa instalacja elektryczna była przyczyną zapłonu - o której nic mi nie wiadomo.
W liście radca prawny oskarża nas o celowe zatajenie usterek (o których pojęcia nie mieliśmy !!!) a niektóre z tych usterek jak np, nieszczelna instalacja gazowa czy pompa paliwa były nowe - więc możliwe, że te wady są pisane na wyraz. Prawnik zasłania się, nieznajomością klientów na mechanice i że to był powód dla którego wcisnęliśmy im kit. Ponadto oskarża nas o zatajenie, że auto było klepane (o czym poza tą sarenka nic nie wiedzialem - sam zostałem oszukany), że auto było taxówka (było napisane to w dowodzie rej., ale dowód i wszystkie dokumenty były podane do wglądu przed zakupem tej pani), oraz że auto miało przestawiony licznik (że podobno rok wcześniej miał 100 tyś wiecej - czego też nie wiedziałem, bo przy moim zakupie też nie zwróciliśmy uwagi że to była taxi)
I moje pytanie po tych długich żalach: czy ta pani po 4 miesiącach ma prawo żądać ode mnie pieniędzy mimo, że nie utailiśmy tych wad tylko nie wiedzieliśmy o ich istnieniu, a w umowie było, że zapoznała się ze stanem technicznym. Jedynym art. na który się prawnik powołuje jest art 564 kc i 556 kc.
Żądają zapłaty w ciągu 7 dni, straszą sądem i komornikiem oraz większa kwotą do zapłaty jeśli pójdziemy do sądu.
Czy mam szansę w sądzie i czy jestem winny usterkom po takim czasie jeśli wg nie miałem o nich pojęcia?! Może chaotyczna wypowiedź, ale proszę o pomoc!
Mam pewien problem, gdyż: w lipcu 2013 roku kupiłem auto [pierwsze w zyciu] i był to Daewoo Lanos z 99 roku z gazem za 3000zł. Korzystałem z auta pół roku, cały czas były jakieś naprawy na bieżąco, wizyty u gazownika kupowanie drobnych części i naprawy we własnym zakresie, no ale nie można sądzić ze kupie takie auto i będę jeździć bez usterek.
Przy kupnie pojazdu oczywiście było powiedziane przez sprzedawce (podstępnego handlarzyka), że auto nie bite jakąś małą sarenkę tylko trzepnęło ale ogólnie nic poważnego itp. (nawet dodaliśmy wcześniej zakupioną uszczelkę pod miskę olejową, której nie zdążyłem wymienić)
8 marca 2014 sprzedałem samochód jakiejś babce z ojcem, ogólnie laicy tacy jak ja z tatą. Podczas sprzedaży powiedzieliśmy, że samochód traci olej, trzeba dolewać, bo to było taką główną wadą, poza starym akumulatorem, o czym powiedzieliśmy klientom. Kupili oni auto za 2000zl.
Dziś, tj. 24 lipiec 2014, dostałem list z kancelarii prawnej od radcy tamtego państwa, w którym żąda odstąpienia od umowy i zwrotu kosztów zakupu oraz naprawy (4 500 zl). Prawnik wymienia szereg usterek typu: zużyte pierścienie na tłokach, głowice do remontu, poszarpany pasek rozrządu, nieszczelna instalacja gazowa (mimo, że wiele razy byłem u gazowników i żaden tego nie stwierdził mimo poprawiania instalacji gazowej), niedziałająca pompa paliwa (wymieniona została około miesiąca przed sprzedażą i dołączyłem do umowy 12 mieś. gwarancję). Tej pani auto podczas użytkowania zaczęło się palić i wg oględzin wadliwa instalacja elektryczna była przyczyną zapłonu - o której nic mi nie wiadomo.
W liście radca prawny oskarża nas o celowe zatajenie usterek (o których pojęcia nie mieliśmy !!!) a niektóre z tych usterek jak np, nieszczelna instalacja gazowa czy pompa paliwa były nowe - więc możliwe, że te wady są pisane na wyraz. Prawnik zasłania się, nieznajomością klientów na mechanice i że to był powód dla którego wcisnęliśmy im kit. Ponadto oskarża nas o zatajenie, że auto było klepane (o czym poza tą sarenka nic nie wiedzialem - sam zostałem oszukany), że auto było taxówka (było napisane to w dowodzie rej., ale dowód i wszystkie dokumenty były podane do wglądu przed zakupem tej pani), oraz że auto miało przestawiony licznik (że podobno rok wcześniej miał 100 tyś wiecej - czego też nie wiedziałem, bo przy moim zakupie też nie zwróciliśmy uwagi że to była taxi)
I moje pytanie po tych długich żalach: czy ta pani po 4 miesiącach ma prawo żądać ode mnie pieniędzy mimo, że nie utailiśmy tych wad tylko nie wiedzieliśmy o ich istnieniu, a w umowie było, że zapoznała się ze stanem technicznym. Jedynym art. na który się prawnik powołuje jest art 564 kc i 556 kc.
Żądają zapłaty w ciągu 7 dni, straszą sądem i komornikiem oraz większa kwotą do zapłaty jeśli pójdziemy do sądu.
Czy mam szansę w sądzie i czy jestem winny usterkom po takim czasie jeśli wg nie miałem o nich pojęcia?! Może chaotyczna wypowiedź, ale proszę o pomoc!
Ostatnia edycja: