O
ojejku4
Nowy użytkownik
- Dołączył
- 12.2017
- Odpowiedzi
- 4
Cześć wszystkim, z tej strony 23-letnia studentka pisząca w tym roku magistra. Sprawa bynajmniej magisterki nie dotyczy. Chodzi o mój licencjat. Otóż obroniony półtora roku temu na 4+ licencjat był w całości moim samodzielnym opracowaniem, nie odpisywałam tej pracy z innych utworów. Przechodziłam jednak ciężki okres i zdecydowanie doznałam zaćmienia, bo postanowiłam mimo wszystko przepuścić swoją pracę przez system antyplagiatowy, żeby nie oddać promotorowi pracy, w której nie daj Boże byłoby coś nie tak (a oczywiście wszystko było w porządku, ale jakimś cudem wtedy to do mnie nie docierało).
Moja nadgorliwość wzięła górę nad zdrowym rozsądkiem. Przepuściłam swoją pracę przez darmowy "antyplagiatowy system" internetowy w serwisie zajmującym się pozycjonowaniem stron (SEO), wygenerowałam sobie śliczny raport pokazujący, że wszystko git i odetchnęłam z ulgą, ale tylko na godzinę. Potem zorientowałam się, że coś jest nie tak, bo po 1. na stronie nie wpisywałam swojego imienia i nazwiska jako autorki pracy, 2. na raporcie widnieje jedynie data sporządzenia, ilość słów/znaków, pominięte adresy www (żadnych), treść mojej pracy i "procent oryginalności".
Ponieważ ten system miał jakiś limit słów, to wklejałam swój jeden rozdział we fragmentach (łącznie 16 stron tekstu w wordzie, wyszło jakieś 10 raportów z tej witryny). Następnie zaczęłam grzebać w necie o darmowych systemach tego typu. Dowiedziałam się, że systemy te są darmowe, dlatego że mogą wykorzystać pracę naiwnych, którzy sprawdzają materiały za ich pomocą. Przeczytałam politykę strony, na której sprawdziłam swój rozdział (Bogu dzięki, że nie całą pracę i dzięki, że zrobiłam to na zasadzie kopiuj-wklej do okienka i nie korzystałam z opcji przesyłania całego dokumentu) no i w ich regulaminie jest zapis, że każdy raport generowany na stronie jest "publiczny" i przechowywany w ich bazie danych i że może zostać dalej zaindeksowany w wyszukiwarce. Cóż, wtedy myślałam, że to już koniec, załamałam się, nie spałam, codziennie płakałam nad własną głupotą i czekałam na dzień, w którym mój promotor powie, mi że fragmenty mojej pracy znaleziono w necie. Poszłam do niego, przyznałam się, że używałam programów on-line; opowiedziałam mu o ich polityce i o moich obawach. Powiedział tylko, że on wie, że pisałam wszystko sama i że wszystko będzie dobrze. Ja w międzyczasie zabezpieczyłam się sprawdzeniem pracy przez Plagiat.pl i wtedy przynajmniej miałam oficjalne potwierdzenie tego, że praca jest moja i tylko moja (dlaczego wcześniej nie wpadłam na to rozwiązanie - naprawdę nie wiem). Cała moja praca miała tylko 3,7 % zapożyczeń i były to cytaty. Pracę obroniłam bez problemu, mój promotor nie zgłaszał żadnych uwag co do weryfikacji mojego utworu (wtedy już obowiązywał wymóg sprawdzania prac w systemie antyplagiatowym przez promotorów). Praca obroniona na 4+, ładna ocena ze studiów, nic tylko skakać z radości.
Minęło 1,5 roku od tamtej sytuacji. Zabrałam się za pisanie magisterki i niestety zaczęłam obsesyjnie myśleć o swoich niegdysiejszych poczynaniach i strasznie się martwię, mimo że to wszystko jest za mną a ja jestem posiadaczką dyplomu i tytułu. Ostatnio ciągle wpisuję fragmenty swojej pracy lic. w neta, żeby upewnić się, że nie można ich tam znaleźć (nie można - Google nie znajduje szukanych fraz). Zrobiłam porządki i stworzyłam specjalny folder, w którym znajdują się fragmenty mojej pracy jeszcze z procesu pisania oraz korespondecja z promotorem, w której znajdują się fragmenty mojej pracy ze stopniowo wprowadzanymi poprawkami. Zachowałam sobie też konto na ***.pl no i oczywiście ich raport. Wszystko to zrobiłam, aby w razie czego móc udowodnić, że praca jest moja. Zdaję sobie sprawę z tego, jak niedorzeczna była ta sytuacja, ale niestety moje obawy wciąż są spore. Boję się, że kiedyś autorstwo mojej pracy może zostać podważone a ja będę mieć problemy. Mój strach potęguje fakt, że moje studenckie lata nie były najłatwiejsze, a ja nie chciałabym mieć problemów przez własną głupotę. Mój wątek sprawdza się własciwie do dwóch kwestii.
1. Być może jest tu ktoś, kto ogarnia SEO i wie coś na temat takich stron, ich systemów antyplagiatowych i tego, czy takie strony faktycznie mogą wykorzystać w jakiś sposób prace innych (dodam, że moja praca była pisana w jęz. angielskim, strona z której korzystałam to również strona w j. angielskim, adres: ***mod***
2. Czy to, że zachowałam dokumenty tekstowe z procesu pisania (pliki mają daty utworzenia itp.), pliki z poprawkami wprowadzanymi przez promotora i swój raport byłoby pomocne w razie potencjalnego zakwestionowania mojej pracy?
Z innej beczki: czy jeśli nie zgodziłam się na udostępnianie mojej pracy, to uczelnia faktycznie nie będzie jej udostępniać? Podpisywałam specjalnie oświadczenie, w którym nie wyraziłam zgody na udostępnianie pracy, ale nie bardzo wiem, co oznacza "udostępnianie". Chodzi o udostępnianie w jakimś archiwum innym studentom czy osobom zainteresowanym?
Przepraszam za długi i emocjonalny post. Dziękuję wszystkim, którzy dotarli do końca i zdecydują się rozwiać moje wątpliwości!
Moja nadgorliwość wzięła górę nad zdrowym rozsądkiem. Przepuściłam swoją pracę przez darmowy "antyplagiatowy system" internetowy w serwisie zajmującym się pozycjonowaniem stron (SEO), wygenerowałam sobie śliczny raport pokazujący, że wszystko git i odetchnęłam z ulgą, ale tylko na godzinę. Potem zorientowałam się, że coś jest nie tak, bo po 1. na stronie nie wpisywałam swojego imienia i nazwiska jako autorki pracy, 2. na raporcie widnieje jedynie data sporządzenia, ilość słów/znaków, pominięte adresy www (żadnych), treść mojej pracy i "procent oryginalności".
Ponieważ ten system miał jakiś limit słów, to wklejałam swój jeden rozdział we fragmentach (łącznie 16 stron tekstu w wordzie, wyszło jakieś 10 raportów z tej witryny). Następnie zaczęłam grzebać w necie o darmowych systemach tego typu. Dowiedziałam się, że systemy te są darmowe, dlatego że mogą wykorzystać pracę naiwnych, którzy sprawdzają materiały za ich pomocą. Przeczytałam politykę strony, na której sprawdziłam swój rozdział (Bogu dzięki, że nie całą pracę i dzięki, że zrobiłam to na zasadzie kopiuj-wklej do okienka i nie korzystałam z opcji przesyłania całego dokumentu) no i w ich regulaminie jest zapis, że każdy raport generowany na stronie jest "publiczny" i przechowywany w ich bazie danych i że może zostać dalej zaindeksowany w wyszukiwarce. Cóż, wtedy myślałam, że to już koniec, załamałam się, nie spałam, codziennie płakałam nad własną głupotą i czekałam na dzień, w którym mój promotor powie, mi że fragmenty mojej pracy znaleziono w necie. Poszłam do niego, przyznałam się, że używałam programów on-line; opowiedziałam mu o ich polityce i o moich obawach. Powiedział tylko, że on wie, że pisałam wszystko sama i że wszystko będzie dobrze. Ja w międzyczasie zabezpieczyłam się sprawdzeniem pracy przez Plagiat.pl i wtedy przynajmniej miałam oficjalne potwierdzenie tego, że praca jest moja i tylko moja (dlaczego wcześniej nie wpadłam na to rozwiązanie - naprawdę nie wiem). Cała moja praca miała tylko 3,7 % zapożyczeń i były to cytaty. Pracę obroniłam bez problemu, mój promotor nie zgłaszał żadnych uwag co do weryfikacji mojego utworu (wtedy już obowiązywał wymóg sprawdzania prac w systemie antyplagiatowym przez promotorów). Praca obroniona na 4+, ładna ocena ze studiów, nic tylko skakać z radości.
Minęło 1,5 roku od tamtej sytuacji. Zabrałam się za pisanie magisterki i niestety zaczęłam obsesyjnie myśleć o swoich niegdysiejszych poczynaniach i strasznie się martwię, mimo że to wszystko jest za mną a ja jestem posiadaczką dyplomu i tytułu. Ostatnio ciągle wpisuję fragmenty swojej pracy lic. w neta, żeby upewnić się, że nie można ich tam znaleźć (nie można - Google nie znajduje szukanych fraz). Zrobiłam porządki i stworzyłam specjalny folder, w którym znajdują się fragmenty mojej pracy jeszcze z procesu pisania oraz korespondecja z promotorem, w której znajdują się fragmenty mojej pracy ze stopniowo wprowadzanymi poprawkami. Zachowałam sobie też konto na ***.pl no i oczywiście ich raport. Wszystko to zrobiłam, aby w razie czego móc udowodnić, że praca jest moja. Zdaję sobie sprawę z tego, jak niedorzeczna była ta sytuacja, ale niestety moje obawy wciąż są spore. Boję się, że kiedyś autorstwo mojej pracy może zostać podważone a ja będę mieć problemy. Mój strach potęguje fakt, że moje studenckie lata nie były najłatwiejsze, a ja nie chciałabym mieć problemów przez własną głupotę. Mój wątek sprawdza się własciwie do dwóch kwestii.
1. Być może jest tu ktoś, kto ogarnia SEO i wie coś na temat takich stron, ich systemów antyplagiatowych i tego, czy takie strony faktycznie mogą wykorzystać w jakiś sposób prace innych (dodam, że moja praca była pisana w jęz. angielskim, strona z której korzystałam to również strona w j. angielskim, adres: ***mod***
2. Czy to, że zachowałam dokumenty tekstowe z procesu pisania (pliki mają daty utworzenia itp.), pliki z poprawkami wprowadzanymi przez promotora i swój raport byłoby pomocne w razie potencjalnego zakwestionowania mojej pracy?
Z innej beczki: czy jeśli nie zgodziłam się na udostępnianie mojej pracy, to uczelnia faktycznie nie będzie jej udostępniać? Podpisywałam specjalnie oświadczenie, w którym nie wyraziłam zgody na udostępnianie pracy, ale nie bardzo wiem, co oznacza "udostępnianie". Chodzi o udostępnianie w jakimś archiwum innym studentom czy osobom zainteresowanym?
Przepraszam za długi i emocjonalny post. Dziękuję wszystkim, którzy dotarli do końca i zdecydują się rozwiać moje wątpliwości!
Ostatnią edycję dokonał moderator: