Presumptio innocentiae?

  • Autor wątku Autor wątku base
  • Data rozpoczęcia Data rozpoczęcia
B

base

Nowy użytkownik
Dołączył
10.2014
Odpowiedzi
17
Czy rodzina niemieckiego generała Reinera Stahela, który w sierpniu 1944 wydał rozkaz zabijania młodych mężczyzn podejrzewanych o udział w walkach powstańczych w Warszawie i wprowadził praktykę używania ludności jako "żywych tarcz" ma jakieś szanse w sporze prawnym z Muzeum Powstania Warszawskiego, które podpisało zdjęcia tego człowieka jako "zbrodniarza wojennego"?

Rzecz w tym, że nigdy za takie przestępstwa nie został skazany i na tej podstawie rodzina generała zapowiedziała pozew do sądu, jeśli odp. podpisy pod fotografiami nie będą usunięte.

Był zbrodniarzem czy nie? Muzeum powstania szykuje się na proces
 
Matall napisał:
A jakie są dowody na winę gen. Stahela?

Mnóstwo świadectw świadków. Opinia o zbrodniczej działalności tego oficera nie została chyba powtórzona przez tak poważną instytucję na zasadzie plotki :-)
 
uzasadnienie napisał:
No cóż, podobnie jak - na przykład - Heinrich Himmler czy Adolf Hitler.

A jednak. Wygląda na to, że powstała dość ciekawa pod względem prawnym sytuacja.

Przecież skoro pojęcie "zbrodni wojennej" jest terminem ujętym w karby prawa regulującego kwestie prowadzenia wojny, poczynając od konwencji Haskiej przez dzisiejsze jego uaktualnienia, nie można odmówić komuś prawa do dochodzenia czci swojej rodziny wtedy, kiedy żadne wyroki sądowe nie określiły winy.

Ja nie potrzebuję opierać się na prawie, by wiedzieć, że wielu, o ile nie większość zbrodniarzy wojennych (nie tylko niemieckich) uniknęło odpowiedzialności. Ale wobec tego trzeba nieco przedefiniować pojęcie zbrodni wojennych, wyjmując je z wyłącznej domeny prawa a do ich osądzenia dopuścić historyków.
 
Ostatnia edycja:
Nazywając Hitlera zbrodniarzem nie mamy na myśli tego, że został prawomocnie skazany za zbrodnie, tylko jego działalność. Podobnie, jak, nazywając kogoś oszustem nie mamy najczęściej na myśli tego, że został on prawomocnie skazany z art. 286 KK.
Zbrodnie Stahela są wymieniane we wszystkich źródłach historycznych i nie stanowią żadnej tajemnicy. Ciekaw jestem czy Wikipedię również jego krewni będą pozywać ;).
 
Ripper napisał:
Nazywając Hitlera zbrodniarzem nie mamy na myśli tego, że został prawomocnie skazany za zbrodnie, tylko jego działalność. Podobnie, jak, nazywając kogoś oszustem nie mamy najczęściej na myśli tego, że został on prawomocnie skazany z art. 286 KK.

Hm. Trochę wchodzę tu w rolę "adwokata diabła", ale przecież nie można ot tak sobie nazwać kogoś "oszustem" czy "złodziejem", że już o cięższych epitetach nie wspomnę, nie narażając się na proces o zniesławienie. Podejrzewam, że ten Niemiec (o ile jego motywacją nie była jakaś złośliwość czy prowokacja) po prostu poczuł się obrażony, bo w jego rodzinie nie było świadomości, że jego przodek był nie dość że przestępcą, ale w dodatku mordercą. Rozumiem to, zważywszy na to, jak dużą wagę Niemcy przywiązują do praworządności.

Zbrodnie Stahela są wymieniane we wszystkich źródłach historycznych i nie stanowią żadnej tajemnicy. Ciekaw jestem czy Wikipedię również jego krewni będą pozywać ;).

Nie wystarczy z pewnością "powszechna wiedza" o tym, że zbrodnie miały miejsce - tu raczej chodzi o kwestię przypisania ich konkretnej osobie, a z tym może być problem. Linia obrony np. może przebiegać tak, że jego żołnierze dopuszczali się samowoli (jeśli nie zachowały się żadne dowody na piśmie bądź zeznania żołnierzy, jakie rozkazy otrzymali).

Gdyby ktoś się uparł, to i w Wikipedii też znalazłby zapewne wiele twierdzeń, które jakiś zajadły obrońca czci niemieckiej armii mógłby próbować podważyć, choćby przez braki dowodowe czy opierając się na ideologicznym wyolbrzymianiu zbrodni przez propagandę komunistyczną. Jeszcze tylko tego by było trzeba, żeby znaleźli się jacyś geniusze, którzy by potrafili np. obalić tezę, że Hitler wiedział o Zagładzie (taka opinia wciąż pokutuje - skoro brak jest dowodów na to, że bezpośrednio wydawał konkretne rozkazy, to znaczy, że brak dowodów na jego bezpośredni w tym udział).

Podsumowując - jeśli ten pozew rzeczywiście trafi do sądu i będzie miał silne wsparcie prawników reprezentujących tego Niemca, może to być przysłowiowy "granat w szambie" - rzecz cała bowiem kręci się wokół tego, że "zbrodnia wojenna" jest czynem ściśle prawnie zdefiniowanym i nie można pochopnie tego określenia używać (w domyśle - bez rozstrzygnięcia sprawy przez system prawny). Ciekawe, jak rzecz się rozwinie.
 
Przypominam, że nie rozmawiamy tutaj o sprawie karnej (pomówienie) lecz o sprawie cywilnej o ochronę dóbr osobistych w postaci kultu zmarłego.
Oczywiście żyjący potomkowie mogą wnieść pozew cywilny, ale jakoś nie wyobrażam sobie, by sąd orzekł, że zbrodniarzem wojennym można nazwać jedynie kogoś, kto został prawomocnie skazany za popełnienie zbrodni wojennych. W takim przypadku, również Hitlera czy Stalina nie można by nazywać zbrodniarzami. Przecież oni również nie zostali nigdy skazani.
 
Powrót
Góra