K
konkow90
Nowy użytkownik
- Dołączył
- 05.2007
- Odpowiedzi
- 2
Witam,
Wypowiadam się niejako w nieswoim imieniu, bo problem dotyczy mojej życiowej partnerki. 5 lat temu odbyła wizytę w gabinecie znanego dermatologa, ponieważ miała kłopot z trądzikiem. Wizyta była prywatna, odpłatna o ile informacje, które udało mi się uzyskać są poprawne- kosztowała 200 zł. Lekarz dotknął jej karku, pogładził ją po udach, a twarz jak była wysypana tak jest wysypana do dzisiaj, cytując klasyka. Ponadto wypisał receptę, jak się niedawno okazało receptę refundowaną...
No i pojawił się problem, gdyż lekarz ten grozi teraz, że sądownie będzie dochodził zwrotu należności za ten refundowany lek (lek przyrządzany w aptece). NFZ podliczyło go na prawie 900 zł- zapłacił i teraz domaga się od niej zwrotu tych pieniędzy. Ona twierdzi, że tam nawet jej nie pytano czy jest ubezpieczona, a że była młoda to nie wpadła na to, że na wizycie prywatnej, za którą płaci- ktoś może wystawić jej receptę z ubezpieczenia.
Lekarz zaś w piśmie ponaglającym ją do zwrotu stwierdził, że takie potwierdzenie z jej ust padło, ale nie rozumiem jak to się stało, że oni w żaden sposób tego nie sprawdzili. Wiem, że moja partnerka jako dorosły człekokształtny powinna zdawać sobie sprawę z tego, że refundacja jej się wtedy nie należała (byliśmy zbyt krótko razem, żebym wiedział w jakiej formie jest zatrudniona).
Moje pytanie brzmi, na ile to jest poważna sprawa i na ile roszczenia tego lekarza wobec niej są słuszne. Na kim leży obowiązek sprawdzenia aktualności ubezpieczenia? Czy warto się szarpać po sądach czy zapłacić to dla świętego spokoju, bo ja sam jestem podzielony w tej sprawie.
Gdyby jakieś dodatkowe informacje były wam potrzebne to jestem do dyspozycji.
Pozdrawiam, Konrad.
Wypowiadam się niejako w nieswoim imieniu, bo problem dotyczy mojej życiowej partnerki. 5 lat temu odbyła wizytę w gabinecie znanego dermatologa, ponieważ miała kłopot z trądzikiem. Wizyta była prywatna, odpłatna o ile informacje, które udało mi się uzyskać są poprawne- kosztowała 200 zł. Lekarz dotknął jej karku, pogładził ją po udach, a twarz jak była wysypana tak jest wysypana do dzisiaj, cytując klasyka. Ponadto wypisał receptę, jak się niedawno okazało receptę refundowaną...
No i pojawił się problem, gdyż lekarz ten grozi teraz, że sądownie będzie dochodził zwrotu należności za ten refundowany lek (lek przyrządzany w aptece). NFZ podliczyło go na prawie 900 zł- zapłacił i teraz domaga się od niej zwrotu tych pieniędzy. Ona twierdzi, że tam nawet jej nie pytano czy jest ubezpieczona, a że była młoda to nie wpadła na to, że na wizycie prywatnej, za którą płaci- ktoś może wystawić jej receptę z ubezpieczenia.
Lekarz zaś w piśmie ponaglającym ją do zwrotu stwierdził, że takie potwierdzenie z jej ust padło, ale nie rozumiem jak to się stało, że oni w żaden sposób tego nie sprawdzili. Wiem, że moja partnerka jako dorosły człekokształtny powinna zdawać sobie sprawę z tego, że refundacja jej się wtedy nie należała (byliśmy zbyt krótko razem, żebym wiedział w jakiej formie jest zatrudniona).
Moje pytanie brzmi, na ile to jest poważna sprawa i na ile roszczenia tego lekarza wobec niej są słuszne. Na kim leży obowiązek sprawdzenia aktualności ubezpieczenia? Czy warto się szarpać po sądach czy zapłacić to dla świętego spokoju, bo ja sam jestem podzielony w tej sprawie.
Gdyby jakieś dodatkowe informacje były wam potrzebne to jestem do dyspozycji.
Pozdrawiam, Konrad.