J
Jeżyca
Nowy użytkownik
- Dołączył
- 04.2021
- Odpowiedzi
- 5
Szanowni Państwo!
Dawno temu podpisałam umowę z wydawcą, który zobowiązał się do wydania mojej książki do listopada tego roku. Na początku tego roku książka przeszła przez cały proces redakcyjny i była wykonana korekta. Wszystko szło bez najmniejszego szwanku.
Na końcu zapytałam się, czy mogłabym zobaczyć projekt okładki. Nie spodziewałam się, że ktoś się do mnie odezwie w tej sprawie, ponieważ wydawnictwo zastrzegło sobie całkowitą kontrolę nad szatą graficzną, co zaakceptowałam.
Odezwała się do mnie pani, która tytułowała się Dyrektor Artystyczną z projektem tak kiczowatym, że oczy mi niemal wypłynęły. Pani powiedziała, że jest to projekt wstępny i poprosiła o moją opinię. Poinformowałam ją, że okładka w ogóle mi się nie podoba, przesłałam jej swoje dwa projekty do rozważenia. Ważne: wiedziałam, że moje zdanie w tej kwestii nie ma żadnego znaczenia. Poprosiła o nie, więc jej odpisałam.
Kilka dni później dostałam maila, że wydanie mojej książki zostało odwołane, zadzwonił do mnie właściciel wydawnictwa i wylał na mnie wiadro pomyj. Że jestem najbardziej problematyczną osobą z jaką miał do czynienia, że od samego początku sprawiałam trudności, że on nie chce ze mną dalej współpracować, że najlepiej będzie jak wyślę mu maila prosząc o rozwiązanie umowy, to wtedy on pójdzie mi na rękę.
Poniżał mnie i oskarżała o jakieś urojone przewinienia, które nigdy nie miały miejsca, a w końcu rzucił coś mimochodem, co przestraszyło mnie i zmusiło do złożeniu zawiadomienia w prokuraturze. Rozmowę nagrałam, zresztą niechcący, ale jej nie upowszechniłam w żaden sposób.
Wszystkie jego oskarżenia względem mojej osoby są kompletnie bezpodstawne, co dość łatwo można udowodnić poprzez maile, ponieważ komunikowałam się z wydawnictwem tylko tą drogą. Ponieważ strasznie się czułam po tej rozmowie, poniżona i upodlona, przeżyłam załamanie nerwowe i wylądowałam u lekarza.
Prokuratura oczywiście przysłała mi, że żadnego śledztwa nie będzie, a w aktach sprawy zobaczyłam, że ten pan oskarżył mnie o to, że moje napastliwe maile nie pozwalają mu wydać książki.
Ponieważ w trakcie rozmowy stwierdził, że uwolni mnie od umowy, wysłałam do niego maila z prośbą o dalsze informacje w tym zakresie (dokładnie tak sformułowałam prośbę), żadnej odpowiedzi nie otrzymałam. Moje pisma są ignorowane.
Czy ktoś mógłby mi doradzić co mam w tej sytuacji zrobić.
Facet wyraźnie ekscytuje się tym, że może mną pomiatać i poniżać, to jest ten rodzaj, który bije tak aby inny nie widzieli i poniża tak by inni nie słyszeli.
Okropnie znoszę to psychicznie. Wychowałam się w patologicznej rodzinie i wracają wszystkie okropne wspomnienia.
W umowie jest zapis:
§ §18.1. Jeżeli Wydawca nie wyda Utworu w określonym w umowie terminie, Autor może wezwać Wydawcę na
piśmie do wydania Utworu, udzielając mu jednocześnie dodatkowego terminu, co najmniej rocznego. Po bezskutecznym upływie tego terminu Autor, może odstąpić od umowy, składając Wydawcy stosowne oświadczenie na piśmie.
Wydaje mi się on sprzeczny z artykułem:
§ Art. 57. autorskie
Nierozpowszechnienie utworu w umówionym terminie
1.
Jeżeli nabywca autorskich praw majątkowych lub licencjobiorca, który zobowiązał się do rozpowszechniania utworu, nie przystąpi do rozpowszechniania w umówionym terminie, a w jego braku - w ciągu dwóch lat od przyjęcia utworu, twórca może odstąpić od umowy lub ją wypowiedzieć i domagać się naprawienia szkody po bezskutecznym upływie dodatkowego terminu, nie krótszego niż sześć miesięcy.
Czy naprawdę można tak traktować autora, bez żadnych konsekwencji? Na samym początku, ten sam człowiek mówił mi jak to wspaniała ta moja książka jest, żebym mu zaufała, że on się mną zaopiekuje. Ledwo udało mi się wymóc na nim by wykreślił z umowy zapisy o przywłaszczeniu sobie praw do adaptacji filmowych, wydawania tłumaczeń itp.
Teraz słyszę, że moja książka to przeciętne czytadło a ja jestem jakimś potworem (oczywiście nie tymi słowami).
Proszę o pomoc.
Dawno temu podpisałam umowę z wydawcą, który zobowiązał się do wydania mojej książki do listopada tego roku. Na początku tego roku książka przeszła przez cały proces redakcyjny i była wykonana korekta. Wszystko szło bez najmniejszego szwanku.
Na końcu zapytałam się, czy mogłabym zobaczyć projekt okładki. Nie spodziewałam się, że ktoś się do mnie odezwie w tej sprawie, ponieważ wydawnictwo zastrzegło sobie całkowitą kontrolę nad szatą graficzną, co zaakceptowałam.
Odezwała się do mnie pani, która tytułowała się Dyrektor Artystyczną z projektem tak kiczowatym, że oczy mi niemal wypłynęły. Pani powiedziała, że jest to projekt wstępny i poprosiła o moją opinię. Poinformowałam ją, że okładka w ogóle mi się nie podoba, przesłałam jej swoje dwa projekty do rozważenia. Ważne: wiedziałam, że moje zdanie w tej kwestii nie ma żadnego znaczenia. Poprosiła o nie, więc jej odpisałam.
Kilka dni później dostałam maila, że wydanie mojej książki zostało odwołane, zadzwonił do mnie właściciel wydawnictwa i wylał na mnie wiadro pomyj. Że jestem najbardziej problematyczną osobą z jaką miał do czynienia, że od samego początku sprawiałam trudności, że on nie chce ze mną dalej współpracować, że najlepiej będzie jak wyślę mu maila prosząc o rozwiązanie umowy, to wtedy on pójdzie mi na rękę.
Poniżał mnie i oskarżała o jakieś urojone przewinienia, które nigdy nie miały miejsca, a w końcu rzucił coś mimochodem, co przestraszyło mnie i zmusiło do złożeniu zawiadomienia w prokuraturze. Rozmowę nagrałam, zresztą niechcący, ale jej nie upowszechniłam w żaden sposób.
Wszystkie jego oskarżenia względem mojej osoby są kompletnie bezpodstawne, co dość łatwo można udowodnić poprzez maile, ponieważ komunikowałam się z wydawnictwem tylko tą drogą. Ponieważ strasznie się czułam po tej rozmowie, poniżona i upodlona, przeżyłam załamanie nerwowe i wylądowałam u lekarza.
Prokuratura oczywiście przysłała mi, że żadnego śledztwa nie będzie, a w aktach sprawy zobaczyłam, że ten pan oskarżył mnie o to, że moje napastliwe maile nie pozwalają mu wydać książki.
Ponieważ w trakcie rozmowy stwierdził, że uwolni mnie od umowy, wysłałam do niego maila z prośbą o dalsze informacje w tym zakresie (dokładnie tak sformułowałam prośbę), żadnej odpowiedzi nie otrzymałam. Moje pisma są ignorowane.
Czy ktoś mógłby mi doradzić co mam w tej sytuacji zrobić.
Facet wyraźnie ekscytuje się tym, że może mną pomiatać i poniżać, to jest ten rodzaj, który bije tak aby inny nie widzieli i poniża tak by inni nie słyszeli.
Okropnie znoszę to psychicznie. Wychowałam się w patologicznej rodzinie i wracają wszystkie okropne wspomnienia.
W umowie jest zapis:
§ §18.1. Jeżeli Wydawca nie wyda Utworu w określonym w umowie terminie, Autor może wezwać Wydawcę na
piśmie do wydania Utworu, udzielając mu jednocześnie dodatkowego terminu, co najmniej rocznego. Po bezskutecznym upływie tego terminu Autor, może odstąpić od umowy, składając Wydawcy stosowne oświadczenie na piśmie.
Wydaje mi się on sprzeczny z artykułem:
§ Art. 57. autorskie
Nierozpowszechnienie utworu w umówionym terminie
1.
Jeżeli nabywca autorskich praw majątkowych lub licencjobiorca, który zobowiązał się do rozpowszechniania utworu, nie przystąpi do rozpowszechniania w umówionym terminie, a w jego braku - w ciągu dwóch lat od przyjęcia utworu, twórca może odstąpić od umowy lub ją wypowiedzieć i domagać się naprawienia szkody po bezskutecznym upływie dodatkowego terminu, nie krótszego niż sześć miesięcy.
Czy naprawdę można tak traktować autora, bez żadnych konsekwencji? Na samym początku, ten sam człowiek mówił mi jak to wspaniała ta moja książka jest, żebym mu zaufała, że on się mną zaopiekuje. Ledwo udało mi się wymóc na nim by wykreślił z umowy zapisy o przywłaszczeniu sobie praw do adaptacji filmowych, wydawania tłumaczeń itp.
Teraz słyszę, że moja książka to przeciętne czytadło a ja jestem jakimś potworem (oczywiście nie tymi słowami).
Proszę o pomoc.