K
krycha80
Nowy użytkownik
- Dołączył
- 01.2016
- Odpowiedzi
- 1
Witam was serdecznie. Jak to pewnie zwykle bywa, na forum przywiodła mnie pewna sprawa dość dla mnie stresująca i kłopotliwa. Otóż chciałbym poradzić się w sprawie sąsiadów. Temat pewnie wałkowany wielokrotnie, ale każdy przypadek jest inny. Poniżej postaram się opisać chronologicznie jak rozwijała się sytuacja w moim mieszkaniu aż do dnia dzisiejszego. Być może ktoś będzie w stanie przebrnąć przez sporą ilość tekstu (niestety, przepraszam za to) i posłużyć mi życzliwą radą... Szczerze - miałem problem z wyborem działu, dlatego zdecydowałem się umieścić mój post tutaj.
Jako słowo wstępu napiszę, że moi sąsiedzi z góry mają gołe panele i ich słychać...bardzo. Z tego co się dowiedziałem to ludzie, którzy mają mieszkanie albo po babci albo po mamce a sami przyjechali ze wsi do miasta aby mieć nowy start w mieście.
Po zakupie mieszkania zdecydowałem się na założenie sufitów podwieszanych i umieścić w nich warstwę sztywnej wełny mineralnej aby zmienić tym samym hałas dochodzący z mieszkania powyżej - i rozwiązać w ten sposób problem po mojej stronie. W tamtym momencie byłem pełnym sił człowiekiem, który tak jak inni cieszył się życiem.
Jak tylko wprowadziłem się 3 lata temu - było tupanie w nocy jakby ktoś przeskakiwał z miejsca na miejsce. Miałem wrażenie, że ktoś chodzi o kulach. Dziś nie jestem już taki pewien czy faktycznie były to kule, czy pierwsze złośliwości.
Później przez wiele dni było słychać straszne walenie w podłogę: głównie w dużym pokoju i przedpokoju (Moje mieszkanie - to typowe rozkładowe mieszkanie z gołej płyty: przedpokój i z jednej strony wejście do dużego pokoju a z drugiej do małego, kuchni, łazienki i WC). Próbowałem zwrócić sąsiadom uwagę - usłyszałem tylko: cierpliwości, wyrośnie (o dziecku). Nie zmieniło to nic. Przez rok czasu duży pokój miałem głównie zamknięty, ponieważ nie dało się tam mieszkać. Służył mi do wieszania prania, trzymania pudeł, etc. W tym czasie pojawiłem się po 22 po raz kolejny u sąsiadów - dzwoniąc do drzwi bo był taki huk w mieszkaniu, że nie dało się wytrzymać. Nie otworzyli, ale ucichło.
Po roku czułem się już zmęczony - na mocniejsze hałasy zacząłem odpukiwać, albo włączać muzykę - choć nigdy tego nie lubiłem. Nie waliłem pierwszy. Zależało mi tylko, żeby tym ludziom dać do zrozumienia, że jest bardzo ciężko pod nimi mieszkać. Nie wiem, czy przynajmniej część zachowań nie była złośliwa, np: zdarzało się, że wróciłem z pracy i niby cicho - aż nagle rozbieg z drugiego pokoju i łup-łup-łup w dużym pokoju.
Później, zimą, najdziwniejsza rzecz: na balkonie u siebie znalazłem ziarno i ślady po ptakach - mój balkon był jedynym gdzie śnieg był zadreptany przez ptaki. Nie chciało mi się wierzyć, ale jedyna rzecz która przyszła mi do głowy to że sypnęli ziarnem, aby ptaki zabrudziły mi balkon i parapety. To zdarzenie pamięta dobrze moja dziewczyna.
W międzyczasie pojawiła się rysa (najprawdopodobniej gwoździem) na drzwiach do mieszkania. Wtedy nie wytrzymałem i poprosiłem dzielnicowego o interwencję. I jakby na jakiś czas się poprawiło. Dzielnicowy zadzwonił do mnie i powiedział, że "głowa tego domu" powiedział, że on ma to w dupie (dosłownie) a później się zreflektował i stwierdził, że zobaczą co da się zrobić. Od tego czasu zamykają drzwi jak idą do klatki i mnie widzą. Tak czy inaczej przez jakiś czas było lepiej.
Nie wiem ile czasu minęło, ale zaczęło się pogarszać: mąż sąsiadki pracował w systemie: tydzień za dnia, tydzień w nocy. Kiedy pracował w nocy - sąsiadka siedziała do godz 22. Po tej godzinie zaczynała tupać po całym mieszkaniu. W godzinach 23-01 rozkładała łóżko tak, że huk był słyszalny głośno przez stopery, a rzeczy na parapecie wpadały w rezonans. Z kolei rano szykując się do pracy - czasem przed 6:00 tupali tak, że bez stoperów nie było szans na jakiekolwiek spanie. Kiedyś na schodach jak sąsiedzi szli zapytałem: czy pani robi to specjalnie? Usłyszałem: o co panu chodzi? Jej mąż słysząc to uśmiechał się pod nosem.
Jakiś czas później podczas wizyty mojej mamy głośno zacząłem mówić, że nie wytrzymam tego dużej i powieszę kartkę na klatce schodowej - to sąsiedzi dowiedzą się jakich mam sąsiadów z góry.
Przed świętami kiedy wchodziłem do mieszkania "mąż" zauważył, że mam sufit podwieszany i chyba przerzucił całą odpowiedzialność za hałas na ten sufit. Sąsiedzi jak nigdy o godz 18 zaczęli codziennie podtykać kość psu, który z kolei walił nią godzinami w panele. Po całym tygodniu takiej przyjemności walnęli mi łóżkiem po 22 ponownie tak, że zmarłego by obudziło. Wtedy nie wytrzymałem i poleciałem na górę: sąsiad nieprzyjemny od samego początku, stwierdził, żebym sobie "zdjął pudło rezonansowe - sufit podwieszany". Dodał - że jeśli wywieszę kartkę to... Urwał. Dość głośno spytałem czy mi grozi. I to była ostatnia moja prywatna bezpośrednia interakcja z sąsiadem z góry na przestrzeni 3 lat - które wszystkie mógłbym policzyć na palcach jednej ręki. Piszę o tym, żeby nikt nie pomyślał, że am jestem takim człowiekiem, który co rusz nachodzi i nęka.
Od tej pory zrobiło się bardzo niefajnie. Nastąpił epizod zajadłego walenia po złości, szurania z piskiem krzesłami, rzucania jakimiś drewnianymi klockami po panelach. W nocy - kiedy tylko zasnę (chrapię) upuszczają przedmioty na podłogę, tupią albo walą szczotką i mnie budzą. Ten stan trwa od okolicy świąt Bożego Narodzenia. Zacząłem nagrywać hałasy w dzień i w nocy - i faktycznie udało się nagrać chrapanie i nagle: czy to stuk szczotką czy tupanie a później było słychać śmiech z drugiego pokoju. W nocy waliło mi serce ze stresu tak, że nie byłem pewien czy to wytrzymam. Po każdym budzeniu dzwoniłem na policję, jednak ci proponowali mi zgłoszenie się w dzień. Zadali sobie trochę trudu, ale sąsiad pracuje w systemie dwuzmianowym i jak później zauważyłem szedł do pracy na zmianę wieczorną. Taka zarwana noc powtórzyła się kilka razy, za każdym razem włączałem nagrywanie. I pewnie dlatego tylko kilka razy, bo zacząłem spać u mamy. Co do samych nagrań - udało mi się zarejestrować: tupanie, stukanie czymś w panele w nocy oraz zajadłe skakanie w dzień. To drugie puściłem kilku osobom w pracy na słuchawkach. Reakcje osób z pracy były typu: "współczuję ci", "O mój Boże".
Zgłosiłem się na policję. Dzielnicowy (nie ten sam co 1,5 roku wcześniej) mnie wysłuchał o tyle - o ile, pytając się co ja od niego chcę. Powiedział, że mogę złożyć zawiadomienie o wykroczeniu albo próbować się dogadać. Zgodziłem się na "mediację" Tego samego dnia złożył sąsiadom wizytę. Ci stwierdzili, że nic złego nie robią, a ja ich próbuję ograniczać. Oczywiście przy dzielnicowym sąsiad rozłożył łóżko przy nim normalnie. Podczas mediacji sąsiad wyparł się wszystkiego. Tak się złożyło, że kilka dni byłem poza domem i dopiero później miałem okazję sprawdzić efekty mediacji. Jak się okazało - nie przyniosła skutku i miałem w nocy powtórkę z rozrywki. Co więcej, ci ludzie jakby zamiast zrozumieć, że w blokach niesie się większość hałasów, to znaleźli dla siebie pole do popisu, żeby człowiekowi dowalić.
Od tamtej pory śpię u mamy w mieszkaniu, które jest dość niedaleko. W moim mieszkaniu pojawiam się jakoś co drugi dzień: wziąć prysznic, zmienić ciuchy, zrobić pranie. Jakieś tam stuki się oczywiście pojawiają, których przed świętami nie było.
Reasumując, przez 3 lata prawie codziennie doświadczałem którąś z poniższych przyjemności:
- ostre tupanie i skakanie w miejscu (ostatnio nasilone) - wydaje mi się, że to nie jest kwestia dziecka, możliwe, że wszyscy biorą w tym udział
- tupanie w godzinach nocnych
- szuranie krzesłami - tak aby był pisk - w dzień i w nocy
- stukanie przedmiotami o panele, rzucanie drewnianymi klockami??? - ostatnio, bo wcześniej tego nie było
- rozkładanie łóżka najgłośniej jak się da (rzeczy na parapecie się trzęsą) i najlepiej późną porą
- podsłuchiwanie rozmów, skądś wiedzieli, że chcę powiesić kartkę; skądś wiedzą w którym pokoju stukać; skądś wiedzą, co się u mnie dzieje; czasem słychać u mnie takie dźwięki jakby ktoś upadał na kolana a później wstawał - jakkolwiek paranoicznie to brzmi, to takie odnoszę wrażenie. Pewnie nie byłoby tego wrażenia, gdyby nie skala złośliwości
- walenie stołkiem kuchennym o podłogę
- walenie młotkiem po złości - kiedyś o 23 sąsiadka waliła młotkiem. Wydawało mi się wtedy, że biła schabowe. Teraz w sumie nie jestem pewien. Świadczyć może o tym ostatnia sytuacja kiedy to będąc na urlopie ok godz 11.00 poszedłem pod prysznic. Sąsiadka włączyła bardzo głośno muzykę, zaczęła odkurzać. Pomyślałem - że sobie sprząta, ale muzyka po złości. Poszedłem do kuchni - nagle w kuchni walenie młotkiem. Poszedłem do pokoju - nagle słyszę już hałasy w pokoju. Wyglądało to tak, jakby przerywała różne czynności, aby móc robić hałas w pokoju, w którym aktualnie byłem.
- walenie w nocy przedmiotami w podłogę aby mnie obudzić - później było słychać, że ktoś idzie do dużego pokoju i chichotanie
- rano walenie w grzejnik oraz ostre tupanie przy drzwiach wejściowych do mieszkania - kiedy wyszedłem z mieszkania i skrobałem szyby w aucie, widziałem jak wyszła kobieta z tego mieszkania. Mam wrażenie, że ona jest "siłą napędową" tych złośliwości
- no i oczywiście porysowane drzwi do mieszkania
Oczywiście mogę być posądzony o to, że mi wszystko przeszkadza, ale tak nie jest. Praktycznie mieszkałem przez 30 lat w jednym mieszkaniu i naprawdę było OK - nawet mieszkając pod matką i córką wyzywającymi się od najgorszych tak, że czasem słychać to blok obok.
Rozumiem domowe hałasy: gotowanie, mycie, pralkę, dźwięk garnków i trzeszczenie łóżka. Rozumiem że słychać wycie psów, płacz dziecka, rozmowy a nawet kłótnie. Tylko rozmiar tych hałasów serwowanych przez ludzi z góry jest co najmniej dziwny. Ma się uczucie , że tam mieszkają słonie, a ostatnio, że nawet "wściekłe słonie". W ostatnim czasie mam wrażenie, że chcą mnie po prostu zmusić mnie do wyprowadzki bądź zniszczyć psychicznie. Kiedy ci ludzie są na urlopie i poza domem - naprawdę daje się żyć. I jakoś nie przeszkadzają mi odgłosy mycia czy pralki nawet w późnych godzinach. Nawet psy sąsiadów z dołu kiedy wyją są mniej uciążliwe od zachowań ludzi z góry. A teraz jestem już w takim stanie, że naprawdę w we własnym mieszkaniu zakładam stopery do uszu zaraz po wejściu i nie mam ochoty ich wyjmować nawet na chwilę. Kiedy jest (a raczej bywała) u mnie dziewczyna, czasem mam zatyczkę w jednym uchu
W zasadzie wracam do domu do mamy, gdyż trzęsę się i pocę się na samą myśl o wejściu do swojego mieszkania. Nie wiem co mogę zrobić. Odwiedziłem panią psycholog która stwierdziła zespół stresu pourazowego. Poradziłem się dwóch prawników: telefonicznie jednej pani, która stwierdziła, że to podchodzi pod nękanie oraz osobiście specjalistę od spraw karnych, który na wspomnienie paragrafu 190 kk mnie wyśmiał.
Czy jest szansa jakoś doraźnie zareagować abym mógł wrócić do swojego mieszkania i po prostu mieszkać tam bez stresu: móc wypocząć po pracy i w weekend? Czy jest sens w ogóle coś robić? Czy nagraniami jestem w stanie udowodnić uciążliwości i złośliwości (z tego co znalazłem jest coś takiego jak 107 kw)? Niestety mieszkam sam i moja dziewczyna jest w stanie poświadczyć tylko za to co działo się w ciągu dnia. Świadkiem szurania i stukania w nocy była chyba tylko raz (w okolicach świąt). Sąsiadka z 4 piętra (mieszkam na 1) była u mnie i stwierdziła że ci ludzie są głośni. Kiedyś nawet stwierdziła, że słyszała na 4 piętrze jak dzieciak sąsiadów skacze z kanapy. Moja rodzina: mama, siostra czy szwagier są w stanie zaświadczyć, że uciekałem ze swojego mieszkania przed uciążliwościami z góry. Ludzie z pracy znają temat sąsiadów doskonale. Mam wrażenie, że to wszystko mało...
Co do charakteru działań - że są złośliwe, teraz są na 100%. Czy można coś wskórać bez ładowania się w wieloletni proces? Czy może moją jedyną szansą jest tylko próbować sprzedać mieszkanie (inna sprawa, że włożyłem w nie sporą ilość pieniędzy)? Prawdę mówiąc nie mam ochoty zniżać się do poziomu "ludzi z góry" a jestem już wystarczająco znerwicowany i potwornie tym zmęczony ale może jedyną metodą jest walka z takimi ludźmi ich metodami? Najprawdopodobniej doprowadziłoby to do eskalacji konfliktu, której nie chcę by nie stracić w ogóle szansy na sprzedaż mieszkania... Nie wiem co robić :-(
Przepraszam za ogrom tekstu - i możliwe błędy językowe. Chciałem dokładnie opisać sytuację. Jeśli ktoś przez to przebrnie i będzie w stanie odpisać będę ogromnie wdzięczny.
Jako słowo wstępu napiszę, że moi sąsiedzi z góry mają gołe panele i ich słychać...bardzo. Z tego co się dowiedziałem to ludzie, którzy mają mieszkanie albo po babci albo po mamce a sami przyjechali ze wsi do miasta aby mieć nowy start w mieście.
Po zakupie mieszkania zdecydowałem się na założenie sufitów podwieszanych i umieścić w nich warstwę sztywnej wełny mineralnej aby zmienić tym samym hałas dochodzący z mieszkania powyżej - i rozwiązać w ten sposób problem po mojej stronie. W tamtym momencie byłem pełnym sił człowiekiem, który tak jak inni cieszył się życiem.
Jak tylko wprowadziłem się 3 lata temu - było tupanie w nocy jakby ktoś przeskakiwał z miejsca na miejsce. Miałem wrażenie, że ktoś chodzi o kulach. Dziś nie jestem już taki pewien czy faktycznie były to kule, czy pierwsze złośliwości.
Później przez wiele dni było słychać straszne walenie w podłogę: głównie w dużym pokoju i przedpokoju (Moje mieszkanie - to typowe rozkładowe mieszkanie z gołej płyty: przedpokój i z jednej strony wejście do dużego pokoju a z drugiej do małego, kuchni, łazienki i WC). Próbowałem zwrócić sąsiadom uwagę - usłyszałem tylko: cierpliwości, wyrośnie (o dziecku). Nie zmieniło to nic. Przez rok czasu duży pokój miałem głównie zamknięty, ponieważ nie dało się tam mieszkać. Służył mi do wieszania prania, trzymania pudeł, etc. W tym czasie pojawiłem się po 22 po raz kolejny u sąsiadów - dzwoniąc do drzwi bo był taki huk w mieszkaniu, że nie dało się wytrzymać. Nie otworzyli, ale ucichło.
Po roku czułem się już zmęczony - na mocniejsze hałasy zacząłem odpukiwać, albo włączać muzykę - choć nigdy tego nie lubiłem. Nie waliłem pierwszy. Zależało mi tylko, żeby tym ludziom dać do zrozumienia, że jest bardzo ciężko pod nimi mieszkać. Nie wiem, czy przynajmniej część zachowań nie była złośliwa, np: zdarzało się, że wróciłem z pracy i niby cicho - aż nagle rozbieg z drugiego pokoju i łup-łup-łup w dużym pokoju.
Później, zimą, najdziwniejsza rzecz: na balkonie u siebie znalazłem ziarno i ślady po ptakach - mój balkon był jedynym gdzie śnieg był zadreptany przez ptaki. Nie chciało mi się wierzyć, ale jedyna rzecz która przyszła mi do głowy to że sypnęli ziarnem, aby ptaki zabrudziły mi balkon i parapety. To zdarzenie pamięta dobrze moja dziewczyna.
W międzyczasie pojawiła się rysa (najprawdopodobniej gwoździem) na drzwiach do mieszkania. Wtedy nie wytrzymałem i poprosiłem dzielnicowego o interwencję. I jakby na jakiś czas się poprawiło. Dzielnicowy zadzwonił do mnie i powiedział, że "głowa tego domu" powiedział, że on ma to w dupie (dosłownie) a później się zreflektował i stwierdził, że zobaczą co da się zrobić. Od tego czasu zamykają drzwi jak idą do klatki i mnie widzą. Tak czy inaczej przez jakiś czas było lepiej.
Nie wiem ile czasu minęło, ale zaczęło się pogarszać: mąż sąsiadki pracował w systemie: tydzień za dnia, tydzień w nocy. Kiedy pracował w nocy - sąsiadka siedziała do godz 22. Po tej godzinie zaczynała tupać po całym mieszkaniu. W godzinach 23-01 rozkładała łóżko tak, że huk był słyszalny głośno przez stopery, a rzeczy na parapecie wpadały w rezonans. Z kolei rano szykując się do pracy - czasem przed 6:00 tupali tak, że bez stoperów nie było szans na jakiekolwiek spanie. Kiedyś na schodach jak sąsiedzi szli zapytałem: czy pani robi to specjalnie? Usłyszałem: o co panu chodzi? Jej mąż słysząc to uśmiechał się pod nosem.
Jakiś czas później podczas wizyty mojej mamy głośno zacząłem mówić, że nie wytrzymam tego dużej i powieszę kartkę na klatce schodowej - to sąsiedzi dowiedzą się jakich mam sąsiadów z góry.
Przed świętami kiedy wchodziłem do mieszkania "mąż" zauważył, że mam sufit podwieszany i chyba przerzucił całą odpowiedzialność za hałas na ten sufit. Sąsiedzi jak nigdy o godz 18 zaczęli codziennie podtykać kość psu, który z kolei walił nią godzinami w panele. Po całym tygodniu takiej przyjemności walnęli mi łóżkiem po 22 ponownie tak, że zmarłego by obudziło. Wtedy nie wytrzymałem i poleciałem na górę: sąsiad nieprzyjemny od samego początku, stwierdził, żebym sobie "zdjął pudło rezonansowe - sufit podwieszany". Dodał - że jeśli wywieszę kartkę to... Urwał. Dość głośno spytałem czy mi grozi. I to była ostatnia moja prywatna bezpośrednia interakcja z sąsiadem z góry na przestrzeni 3 lat - które wszystkie mógłbym policzyć na palcach jednej ręki. Piszę o tym, żeby nikt nie pomyślał, że am jestem takim człowiekiem, który co rusz nachodzi i nęka.
Od tej pory zrobiło się bardzo niefajnie. Nastąpił epizod zajadłego walenia po złości, szurania z piskiem krzesłami, rzucania jakimiś drewnianymi klockami po panelach. W nocy - kiedy tylko zasnę (chrapię) upuszczają przedmioty na podłogę, tupią albo walą szczotką i mnie budzą. Ten stan trwa od okolicy świąt Bożego Narodzenia. Zacząłem nagrywać hałasy w dzień i w nocy - i faktycznie udało się nagrać chrapanie i nagle: czy to stuk szczotką czy tupanie a później było słychać śmiech z drugiego pokoju. W nocy waliło mi serce ze stresu tak, że nie byłem pewien czy to wytrzymam. Po każdym budzeniu dzwoniłem na policję, jednak ci proponowali mi zgłoszenie się w dzień. Zadali sobie trochę trudu, ale sąsiad pracuje w systemie dwuzmianowym i jak później zauważyłem szedł do pracy na zmianę wieczorną. Taka zarwana noc powtórzyła się kilka razy, za każdym razem włączałem nagrywanie. I pewnie dlatego tylko kilka razy, bo zacząłem spać u mamy. Co do samych nagrań - udało mi się zarejestrować: tupanie, stukanie czymś w panele w nocy oraz zajadłe skakanie w dzień. To drugie puściłem kilku osobom w pracy na słuchawkach. Reakcje osób z pracy były typu: "współczuję ci", "O mój Boże".
Zgłosiłem się na policję. Dzielnicowy (nie ten sam co 1,5 roku wcześniej) mnie wysłuchał o tyle - o ile, pytając się co ja od niego chcę. Powiedział, że mogę złożyć zawiadomienie o wykroczeniu albo próbować się dogadać. Zgodziłem się na "mediację" Tego samego dnia złożył sąsiadom wizytę. Ci stwierdzili, że nic złego nie robią, a ja ich próbuję ograniczać. Oczywiście przy dzielnicowym sąsiad rozłożył łóżko przy nim normalnie. Podczas mediacji sąsiad wyparł się wszystkiego. Tak się złożyło, że kilka dni byłem poza domem i dopiero później miałem okazję sprawdzić efekty mediacji. Jak się okazało - nie przyniosła skutku i miałem w nocy powtórkę z rozrywki. Co więcej, ci ludzie jakby zamiast zrozumieć, że w blokach niesie się większość hałasów, to znaleźli dla siebie pole do popisu, żeby człowiekowi dowalić.
Od tamtej pory śpię u mamy w mieszkaniu, które jest dość niedaleko. W moim mieszkaniu pojawiam się jakoś co drugi dzień: wziąć prysznic, zmienić ciuchy, zrobić pranie. Jakieś tam stuki się oczywiście pojawiają, których przed świętami nie było.
Reasumując, przez 3 lata prawie codziennie doświadczałem którąś z poniższych przyjemności:
- ostre tupanie i skakanie w miejscu (ostatnio nasilone) - wydaje mi się, że to nie jest kwestia dziecka, możliwe, że wszyscy biorą w tym udział
- tupanie w godzinach nocnych
- szuranie krzesłami - tak aby był pisk - w dzień i w nocy
- stukanie przedmiotami o panele, rzucanie drewnianymi klockami??? - ostatnio, bo wcześniej tego nie było
- rozkładanie łóżka najgłośniej jak się da (rzeczy na parapecie się trzęsą) i najlepiej późną porą
- podsłuchiwanie rozmów, skądś wiedzieli, że chcę powiesić kartkę; skądś wiedzą w którym pokoju stukać; skądś wiedzą, co się u mnie dzieje; czasem słychać u mnie takie dźwięki jakby ktoś upadał na kolana a później wstawał - jakkolwiek paranoicznie to brzmi, to takie odnoszę wrażenie. Pewnie nie byłoby tego wrażenia, gdyby nie skala złośliwości
- walenie stołkiem kuchennym o podłogę
- walenie młotkiem po złości - kiedyś o 23 sąsiadka waliła młotkiem. Wydawało mi się wtedy, że biła schabowe. Teraz w sumie nie jestem pewien. Świadczyć może o tym ostatnia sytuacja kiedy to będąc na urlopie ok godz 11.00 poszedłem pod prysznic. Sąsiadka włączyła bardzo głośno muzykę, zaczęła odkurzać. Pomyślałem - że sobie sprząta, ale muzyka po złości. Poszedłem do kuchni - nagle w kuchni walenie młotkiem. Poszedłem do pokoju - nagle słyszę już hałasy w pokoju. Wyglądało to tak, jakby przerywała różne czynności, aby móc robić hałas w pokoju, w którym aktualnie byłem.
- walenie w nocy przedmiotami w podłogę aby mnie obudzić - później było słychać, że ktoś idzie do dużego pokoju i chichotanie
- rano walenie w grzejnik oraz ostre tupanie przy drzwiach wejściowych do mieszkania - kiedy wyszedłem z mieszkania i skrobałem szyby w aucie, widziałem jak wyszła kobieta z tego mieszkania. Mam wrażenie, że ona jest "siłą napędową" tych złośliwości
- no i oczywiście porysowane drzwi do mieszkania
Oczywiście mogę być posądzony o to, że mi wszystko przeszkadza, ale tak nie jest. Praktycznie mieszkałem przez 30 lat w jednym mieszkaniu i naprawdę było OK - nawet mieszkając pod matką i córką wyzywającymi się od najgorszych tak, że czasem słychać to blok obok.
Rozumiem domowe hałasy: gotowanie, mycie, pralkę, dźwięk garnków i trzeszczenie łóżka. Rozumiem że słychać wycie psów, płacz dziecka, rozmowy a nawet kłótnie. Tylko rozmiar tych hałasów serwowanych przez ludzi z góry jest co najmniej dziwny. Ma się uczucie , że tam mieszkają słonie, a ostatnio, że nawet "wściekłe słonie". W ostatnim czasie mam wrażenie, że chcą mnie po prostu zmusić mnie do wyprowadzki bądź zniszczyć psychicznie. Kiedy ci ludzie są na urlopie i poza domem - naprawdę daje się żyć. I jakoś nie przeszkadzają mi odgłosy mycia czy pralki nawet w późnych godzinach. Nawet psy sąsiadów z dołu kiedy wyją są mniej uciążliwe od zachowań ludzi z góry. A teraz jestem już w takim stanie, że naprawdę w we własnym mieszkaniu zakładam stopery do uszu zaraz po wejściu i nie mam ochoty ich wyjmować nawet na chwilę. Kiedy jest (a raczej bywała) u mnie dziewczyna, czasem mam zatyczkę w jednym uchu
W zasadzie wracam do domu do mamy, gdyż trzęsę się i pocę się na samą myśl o wejściu do swojego mieszkania. Nie wiem co mogę zrobić. Odwiedziłem panią psycholog która stwierdziła zespół stresu pourazowego. Poradziłem się dwóch prawników: telefonicznie jednej pani, która stwierdziła, że to podchodzi pod nękanie oraz osobiście specjalistę od spraw karnych, który na wspomnienie paragrafu 190 kk mnie wyśmiał.
Czy jest szansa jakoś doraźnie zareagować abym mógł wrócić do swojego mieszkania i po prostu mieszkać tam bez stresu: móc wypocząć po pracy i w weekend? Czy jest sens w ogóle coś robić? Czy nagraniami jestem w stanie udowodnić uciążliwości i złośliwości (z tego co znalazłem jest coś takiego jak 107 kw)? Niestety mieszkam sam i moja dziewczyna jest w stanie poświadczyć tylko za to co działo się w ciągu dnia. Świadkiem szurania i stukania w nocy była chyba tylko raz (w okolicach świąt). Sąsiadka z 4 piętra (mieszkam na 1) była u mnie i stwierdziła że ci ludzie są głośni. Kiedyś nawet stwierdziła, że słyszała na 4 piętrze jak dzieciak sąsiadów skacze z kanapy. Moja rodzina: mama, siostra czy szwagier są w stanie zaświadczyć, że uciekałem ze swojego mieszkania przed uciążliwościami z góry. Ludzie z pracy znają temat sąsiadów doskonale. Mam wrażenie, że to wszystko mało...
Co do charakteru działań - że są złośliwe, teraz są na 100%. Czy można coś wskórać bez ładowania się w wieloletni proces? Czy może moją jedyną szansą jest tylko próbować sprzedać mieszkanie (inna sprawa, że włożyłem w nie sporą ilość pieniędzy)? Prawdę mówiąc nie mam ochoty zniżać się do poziomu "ludzi z góry" a jestem już wystarczająco znerwicowany i potwornie tym zmęczony ale może jedyną metodą jest walka z takimi ludźmi ich metodami? Najprawdopodobniej doprowadziłoby to do eskalacji konfliktu, której nie chcę by nie stracić w ogóle szansy na sprzedaż mieszkania... Nie wiem co robić :-(
Przepraszam za ogrom tekstu - i możliwe błędy językowe. Chciałem dokładnie opisać sytuację. Jeśli ktoś przez to przebrnie i będzie w stanie odpisać będę ogromnie wdzięczny.