Dzięki za zainteresowanie, faktycznie napisałem to wszystko niezbyt jasno. Historia jest długa, dlatego nie chciałem wprowadzać zamieszania, ale chronologicznie wygląda to tak:
- w 2008 r. podpisałem umowę o kartę kredytową
- w 2013 r. spłaciłem całość zadłużenia i rozwiązałem umowę z bankiem
Do tej pory jest wszystko ok. I teraz:
- w 2015 r. dostałem pismo z firmy windykacyjnej w tej sprawie (z prawidłowym numerem umowy), że jest zaległość - pojechałem do banku, pokazałem dokumenty, że wszystko jest spłacone. Powiedzieli, że to jakaś pomyłka, dali nowe potwierdzenie, że nie mają roszczeń i sprawa się teoretycznie skończyła
- w 2018 r. dostałem podobne pismo z tej samej firmy windykacyjnej (teraz już z cesją), ale tym razem w dokumetach jest nieprawidłowy numer umowy, tzn. on na nic nie wskazuje, nie mam go nigdzie na umowie, jest w ogóle w innym formacie niż na umowie z bankiem. Do tego podana jest data zawarcia umowy 14.02, a faktycznie było to 31.01. Tak jakby to był jakiś inny dokument, ale na 100% nie podpisywałem nic więcej niż 31.01 (sprawdziłem dokładnie).
Z rozmów z windykacją wynika, że bank w 2017 r. sprzedał dług (tylko jaki, skoro było spłacone?) podając ten dziwny numer umowy. W tym banku miałem tylko jedną umowę, dlatego skojarzyłem, że to musi dotyczyć tej samej sprawy, ale nie mam na to żadnego potwierdzenia. To są moje domysły, bo windykacja nie chce nic więcej powiedzieć.
Byłem teraz w oddziale banku i powiedzieli mi, że nic nie widzą w systemie, ale twierdzą, że to normalne po sprzedaniu długu i że w tej sytuacji nowy wierzyciel ma wszystkie dokumenty. Tyle, że wierzycielem jest jakiś fundusz, więc mogę rozmawiać tylko z windykacją, która go reprezentuje i koło się zamyka.
Wybacz, że post jest rozbudowany, ale chciałem napisać wszystko dokładnie.