K
kamillo211
Zbanowany
- Dołączył
- 10.2011
- Odpowiedzi
- 56
Witam,
Mam pytanie. Wracałem wczoraj z Niemczech, obładowany, było ślisko, nie wyhamowałem, wjechałem niemcowi w tyłek. Nie ukrywam, moja wina, niezamierzona i nie do końca miałem na nią wpływ, bo auto samo się stoczyło, mimo przepisowej jazdy ale nieważne, stało się.
Szczęście w nieszczęściu miał hak. Jak to niemiec wyskoczył i chciał wzywać policje, ale udało się załagodzić sprawę, bo nic mu się nie stało.. Kompletnie. Marudził, że może tego nie widać i tak naprawdę ma coś zepsute, ale nie puknąłem w niego mocno, tyle co się na nim zatrzymałem. Ja mam leciutkie wgniecenie od haka w zdeżaku, ale co moje to nieważne. Udało się wybłagać żeby nie wzywał policji, bo wtedy mandaty, dodatkowe komplikacje itp.
Zrobił sobie zdjęcie tablicy rejestracyjnej, jednej strony mojego dowodu osobistego (ze strony zdjęcia) i wziął numer telefonu. Powiedział, że jak co to będzie dzwonił. Dałem mu oczywiście wszystko, ciesząc się że obyło się bez policji, dawania w łape itp. Sam z nerwów nie zapisałem jego numerów, ani dowodu ani rejestracji, mam tylko telefon.
Mam pytanie czy dobrze zrobiłem?
Czy powinienem może wziąć jego dane? Niby mi nie są potrzebne..
Ale tu pytanie czy on tak naprawdę może coś zdziałać ze zdjęciem tablicy i dowodu? Czy nie wymyśli sobie po jakimś czasie czegoś, że niby mu się to wtedy stało i nie każe płacić?
Dodam, że ja jechałem z dwoma osobami, które oczywiście staną za mną i sami widzieli, że nic się nie stało i tak naprawdę gra nie warta świeczki, a on był sam.
Boje się właśnie tylko żeby nie wyskoczył za jakiś czas do mnie z jakimś problemem...
Czy mogę się czuć spokojnie?
Jak to prawnie wygląda?
Mam pytanie. Wracałem wczoraj z Niemczech, obładowany, było ślisko, nie wyhamowałem, wjechałem niemcowi w tyłek. Nie ukrywam, moja wina, niezamierzona i nie do końca miałem na nią wpływ, bo auto samo się stoczyło, mimo przepisowej jazdy ale nieważne, stało się.
Szczęście w nieszczęściu miał hak. Jak to niemiec wyskoczył i chciał wzywać policje, ale udało się załagodzić sprawę, bo nic mu się nie stało.. Kompletnie. Marudził, że może tego nie widać i tak naprawdę ma coś zepsute, ale nie puknąłem w niego mocno, tyle co się na nim zatrzymałem. Ja mam leciutkie wgniecenie od haka w zdeżaku, ale co moje to nieważne. Udało się wybłagać żeby nie wzywał policji, bo wtedy mandaty, dodatkowe komplikacje itp.
Zrobił sobie zdjęcie tablicy rejestracyjnej, jednej strony mojego dowodu osobistego (ze strony zdjęcia) i wziął numer telefonu. Powiedział, że jak co to będzie dzwonił. Dałem mu oczywiście wszystko, ciesząc się że obyło się bez policji, dawania w łape itp. Sam z nerwów nie zapisałem jego numerów, ani dowodu ani rejestracji, mam tylko telefon.
Mam pytanie czy dobrze zrobiłem?
Czy powinienem może wziąć jego dane? Niby mi nie są potrzebne..
Ale tu pytanie czy on tak naprawdę może coś zdziałać ze zdjęciem tablicy i dowodu? Czy nie wymyśli sobie po jakimś czasie czegoś, że niby mu się to wtedy stało i nie każe płacić?
Dodam, że ja jechałem z dwoma osobami, które oczywiście staną za mną i sami widzieli, że nic się nie stało i tak naprawdę gra nie warta świeczki, a on był sam.
Boje się właśnie tylko żeby nie wyskoczył za jakiś czas do mnie z jakimś problemem...
Czy mogę się czuć spokojnie?
Jak to prawnie wygląda?