T
tutti
Nowy użytkownik
- Dołączył
- 10.2010
- Odpowiedzi
- 2
Niewiedziałem gdzie dokładnie umieścić ten temat więc z góry sorry.
Otóż mam parę pytań odnośnie sprawy sądowej w której mam być świadkiem.
Historia jest dosyć długa,zagmatwana i że tak powiem "debilna".
Opiszę wszystko od początku aby każdy kto chciałby mi doradzić miał jak najlepsze rozeznanie , ostrzegam iż mimo że historia jest bezdennie głupia to będzie dosyć sporo czytania (mam nadzieję iż ktoś dotrwa do końca)
Jakieś 8-9 miesięcy temu zgubiłem dowód osobisty , odwlekałem zgłoszenie tej sprawy w urzędzie aż zaczęły przychodzić na mój adres różnorakie mandaty , poszedłem z tą sprawą na policję , bardzo nieprzyjemny a wręcz odpychająco głupi funkcjonariusz strasznie robił mi pod górkę (a to wkońcu ja byłem poszkodowanym ale wiadomo...standard) Złożyłem zeznania iż zgubiłem ten nieszczęsny dowód w lesie co zresztą nie powinno dziwić albowiem parędziesiąt metrów od miejsca mojego zamieszkania jest spory las.
Ów pan policjant uznał iż KŁAMIĘ ponieważ jego zdaniem nie można (podkreślam słowo nie można) zgubić dowodu w lesie , zaczęli mnie straszyć nawet paką za fałszywe zeznania że niby nie chcę płacić za mandaty...o co im chodziło? tego nie wiedzą najstarsi indianie.
Ok skończyłem z nimi chociaż nerwów się najadłem.
Jakieś 2-3 tygodnie później dostałem wezwanie na policję , kazano mi złożyć z 40 swoich podpisów aby ustalić czy to ja podpisałem się na tych mandatach czy jednak ktoś inny (tragi-komedia).
I znowuż po okresie około 2-3 tygodni wezwano mnie na policję , tym razem ku mojemu zdziwieniu chodziło o "sprawę w sprawie pobicia".
Na miejscu okazało się iż na miejscu "zdarzenia" znaleziono mój defacto zgubiony przeze mnie parę miesięcy wcześniej dowód który zresztą mi przedstawiono... Dzięki bogu iż miałem wyrobiony już nowy , a sprawa zgubienia go została przeze mnie zgłoszona przed "incydentem".
Pytano mnie czy znam "i tu 3 nazwiska" odpowiedziałem iż pierwszy raz słyszę te nazwiska co było prawdą.
Ów zgubiony i "odnaleziony" dowód mi zabrano i zapewniono iż jest to już koniec mojej tułaczki po policji itp.
Lecz po około 2 miesiącach przyszło mi pismo iż muszę się stawić jako świadek w SPRAWIE SĄDOWEJ dotyczącej właśnie tego wspomnianego przeze mnie pobicia o którym paradoksalnie nic niewiem (poza tym co powiedziano mi na policji BTW były to informacje mizerne).
W SKRÓCIE...Zgubiłem dowód po czym ktoś go znalazł i posługiwał się nim , zostało wystawione na ów dowód kilka mandatów a w finale ów dowód został "podrzucony" na miejsce zbrodni (pobicia).
I teraz moje pytania...Czy mogę mieć w związku z tym jakieś nieprzyjemności? Specjalnie wspomniałem przy początku o tym "dziwnym funkcjonariuszu" ze względu na to iż obawiam się że może powrócić ta nieprzyjemna próba "udupienia" mnie.
Czy jeżeli mówiłem na policji iż dowód zgubiłem w lesie to mogę te zeznania zmienić? chodzi o to iż nie mam stu procentowej pewnosci iż wypadł mi on akurat w lesie , mogło to być równie dobrze na ulicy lecz nie wspominałem o tym wcześniej aby CZCIGODNI FUNKCJONARIUSZE znowuż nie uznali iż "ściemniam" (PARANOJA).
Czy mogę wystąpić o odszkodowanie? Problem w tym iż nieznam osobnika(ów) który posługiwał się moim dowodem , na dowodzie jak wiadomo są podane wszystkie dane i obawiam się iż mogę mieć nieprzyjemności związane z ów osobnikiem(ami) co z kolei rodzi "straty moralne/psychiczne".
Czy mogę coś z tym zrobić/zażalić się iż "ciąga" się mnie i "oskarża" bezpodstawnie? a defacto ja jestem poszkodowanym?
Skoro dowód został znaleziony na miejscu zdarzenia , sprawcy zostali wskazani przez tego "pobitego" (prawdopodobnie ich znał) to w jakim celu wzywa się mnie skoro nie było mnie tam tylko mój znaleziony/"skradziony" dowód?
Wybaczcie iż tak się rozpisałem lecz nie mam rozeznania w prawie/sądownictwie ani w sprawach "kriminalnych" albowiem nie zadaję się a wręcz unikam plebsu.
Mam nadzieję na szybkie odpowiedzi od poważnych ludzi , podkreślam słowo "poważnych ludzi" nie chcę tu widzieć odpowiedzi od "karanej hołoty".
OFFTOPIC - przepraszam za nadużywania spójnika "iż" to tak z przyzwyczajenia.
Otóż mam parę pytań odnośnie sprawy sądowej w której mam być świadkiem.
Historia jest dosyć długa,zagmatwana i że tak powiem "debilna".
Opiszę wszystko od początku aby każdy kto chciałby mi doradzić miał jak najlepsze rozeznanie , ostrzegam iż mimo że historia jest bezdennie głupia to będzie dosyć sporo czytania (mam nadzieję iż ktoś dotrwa do końca)
Jakieś 8-9 miesięcy temu zgubiłem dowód osobisty , odwlekałem zgłoszenie tej sprawy w urzędzie aż zaczęły przychodzić na mój adres różnorakie mandaty , poszedłem z tą sprawą na policję , bardzo nieprzyjemny a wręcz odpychająco głupi funkcjonariusz strasznie robił mi pod górkę (a to wkońcu ja byłem poszkodowanym ale wiadomo...standard) Złożyłem zeznania iż zgubiłem ten nieszczęsny dowód w lesie co zresztą nie powinno dziwić albowiem parędziesiąt metrów od miejsca mojego zamieszkania jest spory las.
Ów pan policjant uznał iż KŁAMIĘ ponieważ jego zdaniem nie można (podkreślam słowo nie można) zgubić dowodu w lesie , zaczęli mnie straszyć nawet paką za fałszywe zeznania że niby nie chcę płacić za mandaty...o co im chodziło? tego nie wiedzą najstarsi indianie.
Ok skończyłem z nimi chociaż nerwów się najadłem.
Jakieś 2-3 tygodnie później dostałem wezwanie na policję , kazano mi złożyć z 40 swoich podpisów aby ustalić czy to ja podpisałem się na tych mandatach czy jednak ktoś inny (tragi-komedia).
I znowuż po okresie około 2-3 tygodni wezwano mnie na policję , tym razem ku mojemu zdziwieniu chodziło o "sprawę w sprawie pobicia".
Na miejscu okazało się iż na miejscu "zdarzenia" znaleziono mój defacto zgubiony przeze mnie parę miesięcy wcześniej dowód który zresztą mi przedstawiono... Dzięki bogu iż miałem wyrobiony już nowy , a sprawa zgubienia go została przeze mnie zgłoszona przed "incydentem".
Pytano mnie czy znam "i tu 3 nazwiska" odpowiedziałem iż pierwszy raz słyszę te nazwiska co było prawdą.
Ów zgubiony i "odnaleziony" dowód mi zabrano i zapewniono iż jest to już koniec mojej tułaczki po policji itp.
Lecz po około 2 miesiącach przyszło mi pismo iż muszę się stawić jako świadek w SPRAWIE SĄDOWEJ dotyczącej właśnie tego wspomnianego przeze mnie pobicia o którym paradoksalnie nic niewiem (poza tym co powiedziano mi na policji BTW były to informacje mizerne).
W SKRÓCIE...Zgubiłem dowód po czym ktoś go znalazł i posługiwał się nim , zostało wystawione na ów dowód kilka mandatów a w finale ów dowód został "podrzucony" na miejsce zbrodni (pobicia).
I teraz moje pytania...Czy mogę mieć w związku z tym jakieś nieprzyjemności? Specjalnie wspomniałem przy początku o tym "dziwnym funkcjonariuszu" ze względu na to iż obawiam się że może powrócić ta nieprzyjemna próba "udupienia" mnie.
Czy jeżeli mówiłem na policji iż dowód zgubiłem w lesie to mogę te zeznania zmienić? chodzi o to iż nie mam stu procentowej pewnosci iż wypadł mi on akurat w lesie , mogło to być równie dobrze na ulicy lecz nie wspominałem o tym wcześniej aby CZCIGODNI FUNKCJONARIUSZE znowuż nie uznali iż "ściemniam" (PARANOJA).
Czy mogę wystąpić o odszkodowanie? Problem w tym iż nieznam osobnika(ów) który posługiwał się moim dowodem , na dowodzie jak wiadomo są podane wszystkie dane i obawiam się iż mogę mieć nieprzyjemności związane z ów osobnikiem(ami) co z kolei rodzi "straty moralne/psychiczne".
Czy mogę coś z tym zrobić/zażalić się iż "ciąga" się mnie i "oskarża" bezpodstawnie? a defacto ja jestem poszkodowanym?
Skoro dowód został znaleziony na miejscu zdarzenia , sprawcy zostali wskazani przez tego "pobitego" (prawdopodobnie ich znał) to w jakim celu wzywa się mnie skoro nie było mnie tam tylko mój znaleziony/"skradziony" dowód?
Wybaczcie iż tak się rozpisałem lecz nie mam rozeznania w prawie/sądownictwie ani w sprawach "kriminalnych" albowiem nie zadaję się a wręcz unikam plebsu.
Mam nadzieję na szybkie odpowiedzi od poważnych ludzi , podkreślam słowo "poważnych ludzi" nie chcę tu widzieć odpowiedzi od "karanej hołoty".
OFFTOPIC - przepraszam za nadużywania spójnika "iż" to tak z przyzwyczajenia.
Ostatnia edycja: