Info bardziej dla potomnych, może komuś taki komentarz się przyda. Jeśli chodzi o szkołę doktorską, to bardzo dużo zależy od konkretnej uczelni, ale też konkretnego promotora. Mnie po pierwszym roku wyszło w Excelu, że sumując czas spędzony na zajęciach, aktywnościach wymaganych przez promotora, pisaniu artykułów oraz pracy doktorskiej, odwaliłem godzinowo odpowiednik drugiego etatu. Drugi podsumuję po ocenie śródokresowej, ale pewnie wyjdzie podobnie. W okresach luźniejszych raz-dwa w tygodniu pojawiałem się stacjonarnie, w okresach gorących nawet codziennie. Do tego regularna praca w domu (wliczając w to maratony pisania w wakacje, weekendy i święta, częstokroć po 8-12 godzin). Akurat mój promotor ciągle czegoś chce i mimo że na początku zostało ustalone, iż będę kontynuował zatrudnienie (związane bezpośrednio z tematem pracy i dzięki któremu mam dostęp do ludzi i informacji z nim powiązanych - w sądzie, więc trochę korelacji z KSSIP też jest), praktycznie od początku mnie zażyna i to niestety zwykle z zaskoczenia. Gdy czego nie jestem w stanie fizycznie zrobić (bo się nie rozdwoję), pojawiają się demonstracje niezadowolenia. Większość tych aktywności jest chyba wymyślanych na poczekaniu, bo ani w nich nie jestem zwykle niezbędny, ani nawet potrzebny, ale mam być, bo "co by ludzie powiedzieli". Na to nakładają się zajęcia wymagane programem, u mnie przez pierwsze lata jest tego dużo, ale po ocenie śródokresowej przynajmniej to odpadnie - w 90% kompletna strata czasu, ale trzeba być, frekwencja jest obsesyjnie sprawdzana, niestety jakość tych zajęć pozostawia wiele do życzenia. Oprócz tego publikacje, konferencje, seminaria i zebrania katedralne, prowadzenie ćwiczeń, uczestniczenie w przygotowywaniu egzaminów, przeprowadzaniu ich i sprawdzaniu. No i praca doktorska - na to w ogóle paradoksalnie nie przewidziano czasu. Mam sporo napisane, ale zrobiłem to tylko i wyłącznie wbrew uczelni. Oczywiście, żadnych feedbacków po drodze, bo współpraca z promotorem to zazwyczaj jest jednak jednostronna posługa i zawsze jest coś ważniejszego niż doktorant. Generalnie ja musiałem przez te dwa lata całkowicie zrezygnować z życia prywatnego, żeby pogodzić wszystkie obowiązki. Wiem, że są też doktoranci, którzy mają o wiele luźniejszą sytuację z promotorem. Sam na pewno nie zamierzam tego ciągnąć 4 lata, jestem całkowicie wyczerpany i liczę na to, że po spełnieniu wszystkich wymogów będzie można po ocenie śródokresowej skrócić trochę to nieszczęsne kształcenie i podejść do obrony. Zwłaszcza, że tematykę mam dość dynamiczną i tu nawet od strony naukowej nie ma sensu zwlekać i robić z tego dzieła sztuki.
Osobiście uważam, że nie warto i nie polecam tej drogi, chyba że ktoś chce się sprawdzić w pracy na uczelni (choć tego na dłuższą metę też nie polecam, bo widzę, że ten zakres obowiązków nauczycieli akademickich jest tak niedookreślony, że oznacza to w praktyce dyspozycyjność 24/7). Zdecydowanie lepiej poświęcić młode lata pracy, aplikacji i życiu prywatnemu. Sam podjąłem taką decyzję, bo byłem w podbramkowej sytuacji, a potem już w to tyle włożyłem, że teraz spróbuję to dociągnąć. Naiwnie liczyłem, że na uczelni będą warunki do zrealizowania wartościowego projektu badawczego. W rzeczywiście najlepiej by chyba było, jakbym go już tam dostarczył gotowy i załapał się na sfinansowanie kosztów obrony, bo reszta nie jest warta świeczki. Dlatego nie wykluczam nawet teraz, że jednak dam sobie spokój, pomimo tych utopionych kosztów.