K
kaskader_kl
Nowy użytkownik
- Dołączył
- 01.2012
- Odpowiedzi
- 3
Witam!
Mój problem jest następujący:
We wrześniu 2010 roku kupiłem od osoby fizycznej telefon. Znalazłem go na popularnym serwisie aukcyjnym, ale w rozmowie telefonicznej sprzedająca poprosiła o nie klikanie "kup teraz". Spotkaliśmy się i dokonaliśmy transakcji przy świadkach (mam dwóch) - kupiłem urządzenie za 1550zł. Jedyne, co sprawdziłem przy sprzedającej, to czy telefon w ogóle się włącza.
Telefon był nieużywany, a wraz z nim dostałem kopię faktury wystawionej przez PTC na pewną firmę (zarejestrowaną na ojca sprzedającej, o czym wtedy jeszcze nie wiedziałem).
Zakupu dokonałem przy okazji, w trasie, daleko od domu, więc dopiero po paru dniach sprawdziłem go dokładnie i odniosłem wrażenie, że WiFi nie działa tak, jak powinno - nie spełnia zadeklarowanego przez producenta standardu IEEE 802.11n w zakresie zasięgu/mocy.
Na co dzień pracuję z tym standardem, więc chciałem mieć prywatne urządzenie o podobnych możliwościach. Korzystając z różnych urządzeń upewniłem się, że telefon ma wadę - po prostu gubi zasięg po 30 metrach w środowisku, w którym powinien wytrzymać 200. Skonsultowałem się nawet z innymi użytkownikami tego modelu, żeby dowiedzieć się, czy ten typ tak ma.
Zrozumiałbym, gdyby małe urządzenie spełniało warunki dotyczące mocy nadajnika w 80%, ale spełniało je w 15%, więc postanowiłem coś z tym zrobić.
Najpierw zaniosłem telefon do gwaranta (wtedy jeszcze salon Ery) na naprawę gwarancyjną. Po dwóch tygodniach oddano mi telefon, a w książce gwarancyjnej pojawił się wpis "dokonano kalibracji części radiowej". Przy okazji serwis dość brutalnie potraktował moją jedyną kopię faktury, więc zadzwoniłem do poprzedniej właścicielki mojego urządzenia i poprosiłem o przysłanie oryginału (tak się umówiliśmy przy transakcji). Powiedziałem, jak wygląda sytuacja i bez problemu z dobrym słowem dostałem... kolejną kopię. OK, nie potrzebowałem więcej.
Telefon wylądował w serwisie drugi raz, ale nie dopatrzono się w nim nieprawidłowości, dołączając testy modułu GSM (muszę dodać, że GSM i WiFi, to dwa zupełnie oddzielne i niezależne moduły w urządzeniu). Trochę mnie wkurzyło takie robienie klienta w konia, więc postanowiłem skorzystać z rękojmi i tutaj popełniłem dwa poważne błędy....
Po pierwsze, nie wiedziałem, że nie obowiązuje rękojmia pomiędzy mną i PTC, a po drugie nie wiedziałem, że PTC ma prawo nie odpisywać mi na listy polecone w ogóle (nie mówiąc już o jakichś terminach), jeśli za namową konsultanta nie skierowałem sprawy do działu reklamacji, a do operatora ogólnie.
Po paru miesiącach mój błąd został mi wyjaśniony i skierowałem swoją sprawę do sprzedającej (był lipiec 2011). No i się zaczęło...
Sprzedająca zaoferowała mi tylko tyle, że przyjadę do niej i razem pójdziemy do salonu Ery wyjaśnić sprawę. Nie mogłem się na to zgodzić, więc po dość długich negocjacjach (mam wszystkie maile) udało mi się uzyskać jej zgodę na wysłanie do niej telefonu zgodnie z rękojmią za wady. Telefon wysłałem, ustalony i ustawowy termin minęły i cisza...
Po ponagleniu mailowym otrzymałem odpowiedź z kłamstwem (podobno dołączyłem inną kartę gwarancyjną), ubliżaniem mi i informacją, że jeśli zapłacę za przesyłkę, to odzyskam naprawiony telefon. Skierowałem do niej jeszcze kilka maili, ale nie udało mi się uzyskać nic więcej.
Zapytałem o radę Rzecznika Praw Konsumenta i uzyskałem informację, żebym znalazł prywatną kancelarię prawniczą, która zajmie się moją sprawą, ewentualnie zgłosił kradzież na policji.
Znalazłem kancelarię, która zaoferowała się zajął tą sprawą. Umówiliśmy szczegóły i wysłałem mailem podpisaną umowę. I tyle...
Minęło kilka miesięcy, a prawnik najpierw powiedział, że za tydzień dostanę pocztą podpisaną umowę, a po paru tygodniach, że mnie z kimś pomylił i nie może mojej wydrukować. Wysłałem wszystko jeszcze raz z instrukcją krok po kroku, jak to zrobić, otrzymałem odpowiedź, że już jest OK i... znów miesiące ciszy i nie odpowiadania na maile.
Przypuszczam (tylko przypuszczam), że mój niedoszły zleceniobiorca odkrył, że chodzi o sprawę poza jego miastem, dłużnikiem jest osoba fizyczna i ogólnie za taką kwotę (10% z 1550zł), to mu się nie opłaca nawet do mnie napisać. Co ciekawe napisałem do jeszcze kilku firm windykacyjnych i tylko niektóre z nich odpowiedziały, że kwota jest "nieopłacalna", a inne milczą. Wszystkie moje listy były z zachowaniem zasad kultury i dobrych zwyczajów, więc nie rozumiem, jak można potencjalnemu klientowi nawet nie odpisać.
Dziękuję, jeśli komuś chciało się przeczytać cała tą wypowiedź i już przechodzę do sedna.
Co ja mam ze sobą zrobić? Po takim czasie zgłosić kradzież, napisać jeszcze raz do tych kancelarii oferując więcej, niż wynika z ich ofert, czy gnębić prawnika, z którym już miałem ustalone szczegóły? Może powinienem komuś sprzedać dług, lub wciąż nękać moją kontrahentkę?
Będę wdzięczny za wszelką pomoc. Nie mam już pomysłów, a boję się, że czas działa na moją niekorzyść.
Pozdrawiam!
Mój problem jest następujący:
We wrześniu 2010 roku kupiłem od osoby fizycznej telefon. Znalazłem go na popularnym serwisie aukcyjnym, ale w rozmowie telefonicznej sprzedająca poprosiła o nie klikanie "kup teraz". Spotkaliśmy się i dokonaliśmy transakcji przy świadkach (mam dwóch) - kupiłem urządzenie za 1550zł. Jedyne, co sprawdziłem przy sprzedającej, to czy telefon w ogóle się włącza.
Telefon był nieużywany, a wraz z nim dostałem kopię faktury wystawionej przez PTC na pewną firmę (zarejestrowaną na ojca sprzedającej, o czym wtedy jeszcze nie wiedziałem).
Zakupu dokonałem przy okazji, w trasie, daleko od domu, więc dopiero po paru dniach sprawdziłem go dokładnie i odniosłem wrażenie, że WiFi nie działa tak, jak powinno - nie spełnia zadeklarowanego przez producenta standardu IEEE 802.11n w zakresie zasięgu/mocy.
Na co dzień pracuję z tym standardem, więc chciałem mieć prywatne urządzenie o podobnych możliwościach. Korzystając z różnych urządzeń upewniłem się, że telefon ma wadę - po prostu gubi zasięg po 30 metrach w środowisku, w którym powinien wytrzymać 200. Skonsultowałem się nawet z innymi użytkownikami tego modelu, żeby dowiedzieć się, czy ten typ tak ma.
Zrozumiałbym, gdyby małe urządzenie spełniało warunki dotyczące mocy nadajnika w 80%, ale spełniało je w 15%, więc postanowiłem coś z tym zrobić.
Najpierw zaniosłem telefon do gwaranta (wtedy jeszcze salon Ery) na naprawę gwarancyjną. Po dwóch tygodniach oddano mi telefon, a w książce gwarancyjnej pojawił się wpis "dokonano kalibracji części radiowej". Przy okazji serwis dość brutalnie potraktował moją jedyną kopię faktury, więc zadzwoniłem do poprzedniej właścicielki mojego urządzenia i poprosiłem o przysłanie oryginału (tak się umówiliśmy przy transakcji). Powiedziałem, jak wygląda sytuacja i bez problemu z dobrym słowem dostałem... kolejną kopię. OK, nie potrzebowałem więcej.
Telefon wylądował w serwisie drugi raz, ale nie dopatrzono się w nim nieprawidłowości, dołączając testy modułu GSM (muszę dodać, że GSM i WiFi, to dwa zupełnie oddzielne i niezależne moduły w urządzeniu). Trochę mnie wkurzyło takie robienie klienta w konia, więc postanowiłem skorzystać z rękojmi i tutaj popełniłem dwa poważne błędy....
Po pierwsze, nie wiedziałem, że nie obowiązuje rękojmia pomiędzy mną i PTC, a po drugie nie wiedziałem, że PTC ma prawo nie odpisywać mi na listy polecone w ogóle (nie mówiąc już o jakichś terminach), jeśli za namową konsultanta nie skierowałem sprawy do działu reklamacji, a do operatora ogólnie.
Po paru miesiącach mój błąd został mi wyjaśniony i skierowałem swoją sprawę do sprzedającej (był lipiec 2011). No i się zaczęło...
Sprzedająca zaoferowała mi tylko tyle, że przyjadę do niej i razem pójdziemy do salonu Ery wyjaśnić sprawę. Nie mogłem się na to zgodzić, więc po dość długich negocjacjach (mam wszystkie maile) udało mi się uzyskać jej zgodę na wysłanie do niej telefonu zgodnie z rękojmią za wady. Telefon wysłałem, ustalony i ustawowy termin minęły i cisza...
Po ponagleniu mailowym otrzymałem odpowiedź z kłamstwem (podobno dołączyłem inną kartę gwarancyjną), ubliżaniem mi i informacją, że jeśli zapłacę za przesyłkę, to odzyskam naprawiony telefon. Skierowałem do niej jeszcze kilka maili, ale nie udało mi się uzyskać nic więcej.
Zapytałem o radę Rzecznika Praw Konsumenta i uzyskałem informację, żebym znalazł prywatną kancelarię prawniczą, która zajmie się moją sprawą, ewentualnie zgłosił kradzież na policji.
Znalazłem kancelarię, która zaoferowała się zajął tą sprawą. Umówiliśmy szczegóły i wysłałem mailem podpisaną umowę. I tyle...
Minęło kilka miesięcy, a prawnik najpierw powiedział, że za tydzień dostanę pocztą podpisaną umowę, a po paru tygodniach, że mnie z kimś pomylił i nie może mojej wydrukować. Wysłałem wszystko jeszcze raz z instrukcją krok po kroku, jak to zrobić, otrzymałem odpowiedź, że już jest OK i... znów miesiące ciszy i nie odpowiadania na maile.
Przypuszczam (tylko przypuszczam), że mój niedoszły zleceniobiorca odkrył, że chodzi o sprawę poza jego miastem, dłużnikiem jest osoba fizyczna i ogólnie za taką kwotę (10% z 1550zł), to mu się nie opłaca nawet do mnie napisać. Co ciekawe napisałem do jeszcze kilku firm windykacyjnych i tylko niektóre z nich odpowiedziały, że kwota jest "nieopłacalna", a inne milczą. Wszystkie moje listy były z zachowaniem zasad kultury i dobrych zwyczajów, więc nie rozumiem, jak można potencjalnemu klientowi nawet nie odpisać.
Dziękuję, jeśli komuś chciało się przeczytać cała tą wypowiedź i już przechodzę do sedna.
Co ja mam ze sobą zrobić? Po takim czasie zgłosić kradzież, napisać jeszcze raz do tych kancelarii oferując więcej, niż wynika z ich ofert, czy gnębić prawnika, z którym już miałem ustalone szczegóły? Może powinienem komuś sprzedać dług, lub wciąż nękać moją kontrahentkę?
Będę wdzięczny za wszelką pomoc. Nie mam już pomysłów, a boję się, że czas działa na moją niekorzyść.
Pozdrawiam!