Wspólne mieszkanie po rozwodzie, a pomieszkujący bez zgody partner byłej żony

  • Autor wątku Autor wątku Luke_f
  • Data rozpoczęcia Data rozpoczęcia
L

Luke_f

Nowy użytkownik
Dołączył
03.2026
Odpowiedzi
2
Witam, moja sytuacja wygląda następująco: jestem krótko po rozwodzie bez orzekania o winie i bez podziału majątku (brak dzieci). Z byłą żoną łączy nas mieszkanie, które wspólnie kupiliśmy podczas małżeństwa na wspólny kredyt hipoteczny. Oboje chcemy to załatwić i pójść w swoją stronę, ale niestety jak to bywa pod wpływem nowego partnera byłej żony sytuacja się skomplikowała. Pojawił się pomysł, że oni mnie wykupią, na co chętnie przystałem, bo tak wydawało się, że będzie najsprawniej - zaproponowałem zlecenie wyceny i po prostu sprzedaż za kwotę jaka wyjdzie, żeby oszczędzić sobie kłótni, itp. Niestety po wycenie, która i tak wyszła korzystniej dla nich, wynikła dość agresywna rozmowa z próbami obniżania ceny o jakieś 80 tys. poniżej wyceny i MOCNO poniżej tego, za ile nawet najtańsze mieszkania na naszym osiedlu schodzą (spółdzielnia udostępnia dane transakcyjne), więc stanowczo odmówiłem i powiedziałem, że w takim razie szukamy pośrednika, sprzedajemy mieszkanie zwyczajnie i dzielimy się na pół jak ludzie. No i tutaj jako odpowiedź pojawił się szantaż w dwóch propozycjach, jeśli nie chce im sprzedać mieszkania na ich warunkach:

1. Partner wprowadzi się do naszego mieszkania wbrew mojej woli, przy czym rzecz w tym, że on w tygodniu przebywa w szkole policyjnej, więc realnie siedziałby w weekendy i jakieś tam dni wolne, więc tu pewnie byłoby udawanie, że on nie mieszka, tylko bywa "w gościach".

Pytanie - jakie są tutaj granice przebywania tego partnera w naszym wspólnym mieszkaniu i jak mogę się bronić przed nadużywaniem moich praw? Czy mogę mu zabronić nocowania? Tu się pojawiają już różne uciążliwości jak np. jakieś głupie założenie, że zdrowo jest zostawiać na noc uchylone okna w prawie całym mieszkaniu, co już nabiło nam więcej jednostek na liczniku i ja będę się dokładał do tych pomysłów. Nie wspominając o drobniejszych rzeczach jak wciskanie rzeczy partnera w różne miejsca, przesuwanie moich rzeczy bez pytania, itp. - niby drobnostki, ale powodujące też dyskomfort psychiczny i będące też formą pokazywania mi jak bardzo mogą sobie robić co chcą.

Ja też pracuję z domu na swojej działalności i co gdyby np. głośną muzyką uniemożliwiali mi normalną pracę?

2. Była żona wynajmie z partnerem inne mieszkanie, a mnie zostawi samego ze wszystkimi kosztami, gdy mnie na to nie stać za bardzo. Wiem, że za kredyt odpowiada solidarnie, więc nie może sobie po prostu przestać płacić - co jednak, gdyby tak zrobiła? Mam jakieś narzędzia do wyegzekwowania od niej tego obowiązku? I co z czynszem do spółdzielni, jeśli ona się wyprowadzi? Czy dobrze rozumiem, że powinna płacić połowę swoich kosztów stałych jak np fundusz remontowy, a na mnie zostaje ogrzewanie, woda, itp rzeczy zależne od zużycia plus poza spółdzielcze rachunki za prąd, gaz, internet itp? Jak ochronić się przed tym, że niby by się wyprowadziła, przestała płacić rachunki, a jednak by się pojawiła czasem i sobie korzystała z mieszkania?

Dodatkowo może głupia, ale jednak problematyczna kwestia psa. Wzięliśmy go wspólnie przed ślubem, ja za bardzo nie chciałem, ale zgodziłem, bo dla niej to było ważne, ale z zastrzeżeniem, że to ona będzie odpowiadać za spacery z nim (koszty ponosiliśmy wspólnie). I tak było latami, ale najpierw krótko przed rozstaniem ze względu na pracę wymusiła na mnie opiekę nad nim przez sporą część miesiąca, a po rozstaniu, gdy przez prawie cały miesiąc, gdy jedyne czym się zajmowała to praca albo jeżdżenie do nowego partnera. Jako, że ma totalnie porąbaną pracę, gdzie potrafi przez 10 dni pod rząd pracować po kilkanaście godzin, a grafik jest wiecznie na ostatnią chwilę - przerzuciła na mnie całym problem, że to ja mam się pytać każdego weekendu, czy będzie kto miał się zająć psem, żebym mógł wyjechać na weekend do mojej partnerki (mieszkającej 300km dalej, więc spotykanie się jest problematyczne i praktycznie jeżdżę tylko co drugi weekend, a jeszcze muszę się pytać o zgodę). Próbowałem stawiać granice i tłumaczyć, że nie godzę się na taki niesprawiedliwy system, gdzie to ja mam być jedyną stroną, która ma się tutaj pytać kogoś o zgodę, ale nie byłem słuchany, więc pewnego dnia po prostu odmówiłem, co spotkało się z mszczeniem w postaci nocowania partnera bez zgody, fochów i tego typu zachowań. Moje pytanie - czy ja w takim układzie w ogóle jestem zobowiązany do jakiejkolwiek opieki nad psem, jeśli oni go i tak docelowo biorą ze sobą. Czy wymaga to jakiegoś podziału oficjalnego na piśmie? Ja chciałem się nim zajmować, brałem na siebie nawet większą część, ale nie mogę pozwalać na przekraczanie własnych granic, a pola do rozmowy nie ma. Co w sytuacji, jeśli ona się będzie upierać, że mam się nim zajmować i już? Co jak po prostu sobie zniknie na tydzień zostawiając mnie z nim? Przecież to żywe stworzenie i go nie zostawię bez opieki, ale nie chcę też dać się szantażować. Nie wiem jak to rozwiązać.

Będę wdzięczny za wszelką pomoc i informacje. Przyznam, że czuję się psychiczne zaszczuty i jest mi naprawdę ciężko, więc mam nadzieje, że istnieją jakieś możliwości skutecznej obrony przed tym wszystkim.
 
Powrót
Góra