Zajęcia dyktowane dojazdem uczniów

  • Autor wątku Autor wątku odie2
  • Data rozpoczęcia Data rozpoczęcia
O

odie2

Nowy użytkownik
Dołączył
05.2014
Odpowiedzi
1
Witam,
chciałbym się dowiedzieć, czy jest to normalne, aby cała klasa, do której uczęszczam, musiała z tytułu kilku osób dojeżdżających spoza mojego miasta, "tracić" na lekcjach, które niekoniecznie muszą się odbywać.

Mianowicie - zdarzają się sytuacje, iż pierwsza godzina lekcyjna (rozpoczęcie 8:00) lub pierwsza oraz druga (rozpoczęcie 8:50) i sporadycznie trzecia, z powodu braku nauczyciela przeprowadzającego taką lekcję i "oszczędności" szkoły na zastępstwach, nie odbywają się. Nie jest to co prawda uregulowane żadnym przepisem, a jedynie jest dobrą wolą dyrekcji, która na to przystaje, LECZ jako klasa "A" to u nas są wszyscy dojeżdżający do szkoły z dalszego rejonu (nasza szkoła jest dla nich jako ta najbliższego obszaru do spełniania obowiązku szkolnego) i tym samym, gdy wszystkie inne klasy bezproblemowo są zwalniane z tych zajęć, u nas są z tym problemy.
Trzykrotnie wraz z kolegami z klasy byłem u dyrekcji (Pan wicedyrektor) i udało się raz odroczyć lekcje, gdzie brakło nauczyciela je prowadzące, ale przy innych sytuacjach zostaliśmy uraczeni 10/15 minutowym wykładem o tym, jak to z racji osób dojeżdżających, nie można pozostałym 80% klasy odroczyć lekcji, GDY posiadamy w szkole czynne przez cały tok lekcji: świetlicę oraz bibliotekę z czytelnią (taką bardziej do przesiadywania).
Największym paradoksem jest to, że kiedy musimy przyjść na takie zajęcia, to całą klasą siedzimy właśnie w tych pomieszczeniach, kiedy to mogliby siedzieć tylko Ci, którzy dojeżdżają (mówią sami, że tak by preferowali spędzanie tego czasu, gdyż mieliby więcej spokoju i czasu na inne rzeczy przed zajęciami).

Tak więc czy dyrekcja ma prawo działać na "niekorzyść" pozostałych, gdy spędzamy go bezproduktywnie w wymienionych pomieszczeniach (hałas uniemożliwia relaks lub właśnie to poczytanie książki), tłumacząc się dojeżdżającymi uczniami? Lub może można jakoś inaczej rozwiązać taką sytuację, aby wilk był syty i owca cała?

Przepraszam za mało specjalistycznego słownictwa i może trochę "owijanie w bawełnę", ale warto się dowiedzieć na przyszłość, czy tak już musi być czy też nie.

Z góry dziękuję za wszelką pomoc, jak chociażby wskazanie negatywnego lub pozytywnego (z naszego punktu widzenia - uchylenie zajęć) odniesienia w postaci konkretnego artykułu ustawy oświatowej (przejrzałem jedynie kilka pierwszych rozdziałów, ponieważ niezbyt rozumiem styl specjalistyczny, w który może być ubarwiona taka sytuacja).

Pozdrawiam, Maciej
 
Powrót
Góra