W
WestBoyMister
Nowy użytkownik
- Dołączył
- 04.2013
- Odpowiedzi
- 3
Witam. Dziwnym zbiegiem okoliczności podczas spaceru po lesie, zobaczyłem gościa, ubranego w takie etniczne ciuchy, chyba z lnu bo takie szare były. Gościu bosy, długie włosy. Zobaczyłem go jak zajada owoce dzikiej róży i... zobaczył mnie, spojrzał chwilę jak zwierzęta w lesie patrzą spłoszone. I po chwili poszedł sobie, a ja poszedłem za nim, tylko, że ja szedłem ścieżkami a on na bosaka wywijał na grudach śniegu, ale szedł spokojnie jakby miał mnie gdzieś. Krzyczałem do niego, nawoływałem, a on tylko spoglądał czasami jakbym do niego po turecku mówił
No nic, doszedłem za nim do jego leża, mała drewniana chatka z bali, na zewnątrz jakieś symbole przypominające krzyżackie krzyże. Daszek z jakichś traw nasuszonych, chyba nawet trzciny się dopatrzałem tam.
No i wchodzę do tej chatki, a tam gościu sobie siedzi i się patrzy na mnie. To ja do niego mówię, czy wszystko w porządku i czy jakoś mu mogę pomóc (wiem.. dobre serce ). A gościu się tylko patrzy jak na debila. Miał tam jakieś woreczki, słoiki z czymś miał, kłodki takie do siedzenia i coś w rodzaju leża. Miał też koc albo śpiwór, coś w ten deseń. Usiadłem sobie obok i też na niego patrzałem, a czasami coś mówiłem, bo próbowałem się z nim porozumieć, ale nic z tego, za ostatnią moją próbą porozumienia zaśmiał się lekko patrząc na mnie, po chwili się zadumił, nad czymś myślał. Po namyśle wziął się rozebrał do takiej przepaski chyba z wełny, bo inna była niż reszta ciuchów, wziął skórzaną podeszwę, wyciętą na wzór stopy. Przyłożył do stopy i związał rzemykiem. Podeszedł do mnie i wypychał mnie ze swojej chatki. Po czym zza chaty wyciągnął jakby tratwę, nie wiem jak to nazwać i zasunął tym drzwi do swojej chaty. Podszedł w tych swoich sandałkach i samej przepasce na biodrach do strumienia, napił się wody i wydał dźwięk "aaaahh". Podszedł do drogi i pobiegł sobie w las.
Zainteresował mnie gość, tej jego chatki nie oglądałem, bo bałem się, że może mi coś zrobić jeśli naruszę jego dobytek.
Poszedłem do babki i jej opowiadam, a ona mówi mi, że ten gościa kilka lat temu ktoś zobaczył w tym lasku (to chyba 2009). I tak jak ja, próby kontaktu spełzały na marnę, ale postanowili nikomu o nim nie mówić, żeby człowiekowi problemów nie robić, bo on im tam w tym lesie nie wadzi, a dzięki niemu wilki nie przychodzą. Babka mi opowiadała, że gościu normalnie brata się z dzikami, sarnami i co tam jeszcze w okolicy nie mieszka. Ponoć kiedyś się u nas niedźwiedź pojawił, a on z tym niedźwiedziem chodził po okolicy. Ja nie wiem co to za gość, może jakiś czub, ale babka mówi, że on się nie odzywa do ludzi tylko proste dźwięki wydaje, takie jak każdy gdy np. wstajemy, coś nas zaboli itd.. Mówiła, że on jest chyba z jakiegoś rodu słowiańskiego, bo mówiła, że na stare słowa, których dziś się nie używa jakby reagował, jakby je znał. Mówiła, że gościu zimą rzadko bywa w okolicy, a raczej gdzieś znika na zimę. Śmiałem się że odlatuje do ciepłych krajów haha
Ale co ciekawe widzieli go często latem jak zbierał zioła, grzyby, jagody, można go w ciepłe sezony normalnie spotkać wśród przyrody i nic sobie z tego nie robi, że go ludzie widzą czy coś, tak jakby miał ludzi gdzieś i żył sobie sam jak dziad, pustelnik. ALE ! Babka mi opowiadała jak raz przyszedł do wioski, a ona go zobaczyła, moje siostry małe dziewczynki, śmieszki niespotykane, podbiegły do niego i go zaczęły ciągnąć do domu. A on wbrew opinii, niby spojrzał na nie badawczo a potem dał się porwać. Pierwsze co zrobił to to co ze mną. Mówiła, że się gapił co oni robili i słuchał co do niego mówili. Ale nic się nie odzywał. Wzięli go zaprowadzili na ogródek, a on podszedł do grządek i gestami pokazywał to na ziemię, to na włosy i skórę, to na trawę ściętą. Babka z dziadkiem tak patrzeli na niego, a on podbiegł do górki usypanej ściętą trawą, wziął kawał do rąk i zaczął wśród kapusty rozsypywać. Potem usiadł i się cieszył. Moi dziadkowie rozkminiali o co mu chodzi z tą trawą, a potem się dowiedzieli, że to mulczowanie, jakby ściółkowanie i dzięki temu ziemia jest osłonięta i dłużej wilgoć trzyma. Mówili, że jak tak główkowali to on podszedł do naszej starej jabłoni w ogordzie, poszurał po jej korze ręką - jakby pogłaskał. Dziwnie pomruczał coś pod nosem i sobie poszedł, a moi dziadkowie dziwnie na niego spoglądali. I co z tego wyszło ? Stara jabłoń, już kruszała, jabłka marne dawała i chorowała, a tu na drugi rok babka mi mówi, że obrodziła jak poje*ana (po prostu mówiąc ).
Co jej się nigdy tak nie zdarzyło. Mówiła, że sąsiedzi widzieli go jeszcze kilka razy jak był w wiosce i czegoś szukał albo przez nią przechodził. A czasem to przychodził i się patrzał, rozglądał i mówiła, że ludzie go strasznie zadumanego widzieli. Co ciekawe, gościu ponoć wyrąbał kawałek lasku, zrobił z bali tą chałupę, a obok uprawia ziemię i żyje tak samotnie. Zanosili mu jedzenie i inne artykuły. Brał tylko owoce, ale to też nie zawsze je brał. Ponoć sam gdzieś zapasy robi w jakiejś ziemiance.
Studiuję w Poznaniu i do domu kawałek mam, więc jestem tam raz na miesiąc. tego gościa też zawsze gdzieś wywiewa z tej jego chatki. I tylko ostatnio raz go spotkałem, a tak to nikt mi o nim nigdy nie opowiadał, a jak jakieś pogłoski słyszałem, to olewałem, bo mnie to nie interesowało. Jako student obrony narodowej, muszę często sięgać po akty prawne itp... I tu zrodziła się moja ciekawość. Jaki stosunek państwo ma do takich ludzi jak on ? Bo wydalić go gdzie ? Na bałtyk, żeby dryfował
? Obywatelstwa też chyba żadnego nie ma, żadnym językiem nie mówi.. To co z nim jest ?
Jestem ciekaw też, czy w świetle prawa może on sobie tak swobodnie uprawiać tam tą ziemię, żyć jak człowiek pierwotny. Bo może to jakiś dzikus tak jak te plemiona dzikie z afryki, ameryki południowej czy nawet azji.
Sołtys to też tylko pogłoski słyszał, ale jemu to tylko w głowie pieniądze, dużo go w wiosce nie ma, bo gdzieś po miastach jeździ na spotkania i robi "biznes". Może sobie ten gość tak żyć ? Coś mu grozi czy nie ? Bo babka mówiła, żebym spytał fachowców o taki przypadek, bo mówi, że można się od niego wiele nauczyć, a i jak w wiosce jest to różne rzeczy pokazuje właśnie odnośnie uprawy roli i z ciałem ciekawe sztuczki ponoć robi jak ci fakirzy z indii. I szkoda by było, żeby mu się coś stało z ręki systemu. Moje siostry już trochę podrośnięte, mówią, że czasem idzie się z nim porozumieć na mimikę twarzy i mówią, że gościu jest jak ich rówieśnik z charakteru (9-10 lat i ciągle roześmiany taki, jakby go życie bawiło, taki głupek). Mówią, że czasem nad wodą szczególnie idzie się z nim zabawić w różne zabawy, ponoć najbardziej lubi nurkować na 5min pod wodę
. Co wy o tym sądzicie ? Człowiek rzeczywiście miłośnik przyrody jakiś, nieszkodliwy i taki obojętno-miły, może potomek jakiegoś plemienia słowiańskiego ? Ale czy by się zachowało do tej pory ? Prawnie niby zabronione jest ścinanie drzew nie na swojej posesji i uprawa nie zakupionej ziemii - wiecie o co mi chodzi pewnie... Wybaczcie, że dużo lektury zafundowałem, ale bez niej nie trzymało by się to kupy. Bo np. dzikie plemiona w afryce na terytoriach państw też uprawiają ziemię, polują, hodują bydło i nikt się ich za to nie czepia.
Czekam z ciekawością na odpowiedź.
No i wchodzę do tej chatki, a tam gościu sobie siedzi i się patrzy na mnie. To ja do niego mówię, czy wszystko w porządku i czy jakoś mu mogę pomóc (wiem.. dobre serce ). A gościu się tylko patrzy jak na debila. Miał tam jakieś woreczki, słoiki z czymś miał, kłodki takie do siedzenia i coś w rodzaju leża. Miał też koc albo śpiwór, coś w ten deseń. Usiadłem sobie obok i też na niego patrzałem, a czasami coś mówiłem, bo próbowałem się z nim porozumieć, ale nic z tego, za ostatnią moją próbą porozumienia zaśmiał się lekko patrząc na mnie, po chwili się zadumił, nad czymś myślał. Po namyśle wziął się rozebrał do takiej przepaski chyba z wełny, bo inna była niż reszta ciuchów, wziął skórzaną podeszwę, wyciętą na wzór stopy. Przyłożył do stopy i związał rzemykiem. Podeszedł do mnie i wypychał mnie ze swojej chatki. Po czym zza chaty wyciągnął jakby tratwę, nie wiem jak to nazwać i zasunął tym drzwi do swojej chaty. Podszedł w tych swoich sandałkach i samej przepasce na biodrach do strumienia, napił się wody i wydał dźwięk "aaaahh". Podszedł do drogi i pobiegł sobie w las.
Zainteresował mnie gość, tej jego chatki nie oglądałem, bo bałem się, że może mi coś zrobić jeśli naruszę jego dobytek.
Poszedłem do babki i jej opowiadam, a ona mówi mi, że ten gościa kilka lat temu ktoś zobaczył w tym lasku (to chyba 2009). I tak jak ja, próby kontaktu spełzały na marnę, ale postanowili nikomu o nim nie mówić, żeby człowiekowi problemów nie robić, bo on im tam w tym lesie nie wadzi, a dzięki niemu wilki nie przychodzą. Babka mi opowiadała, że gościu normalnie brata się z dzikami, sarnami i co tam jeszcze w okolicy nie mieszka. Ponoć kiedyś się u nas niedźwiedź pojawił, a on z tym niedźwiedziem chodził po okolicy. Ja nie wiem co to za gość, może jakiś czub, ale babka mówi, że on się nie odzywa do ludzi tylko proste dźwięki wydaje, takie jak każdy gdy np. wstajemy, coś nas zaboli itd.. Mówiła, że on jest chyba z jakiegoś rodu słowiańskiego, bo mówiła, że na stare słowa, których dziś się nie używa jakby reagował, jakby je znał. Mówiła, że gościu zimą rzadko bywa w okolicy, a raczej gdzieś znika na zimę. Śmiałem się że odlatuje do ciepłych krajów haha
Co jej się nigdy tak nie zdarzyło. Mówiła, że sąsiedzi widzieli go jeszcze kilka razy jak był w wiosce i czegoś szukał albo przez nią przechodził. A czasem to przychodził i się patrzał, rozglądał i mówiła, że ludzie go strasznie zadumanego widzieli. Co ciekawe, gościu ponoć wyrąbał kawałek lasku, zrobił z bali tą chałupę, a obok uprawia ziemię i żyje tak samotnie. Zanosili mu jedzenie i inne artykuły. Brał tylko owoce, ale to też nie zawsze je brał. Ponoć sam gdzieś zapasy robi w jakiejś ziemiance.
Studiuję w Poznaniu i do domu kawałek mam, więc jestem tam raz na miesiąc. tego gościa też zawsze gdzieś wywiewa z tej jego chatki. I tylko ostatnio raz go spotkałem, a tak to nikt mi o nim nigdy nie opowiadał, a jak jakieś pogłoski słyszałem, to olewałem, bo mnie to nie interesowało. Jako student obrony narodowej, muszę często sięgać po akty prawne itp... I tu zrodziła się moja ciekawość. Jaki stosunek państwo ma do takich ludzi jak on ? Bo wydalić go gdzie ? Na bałtyk, żeby dryfował
Jestem ciekaw też, czy w świetle prawa może on sobie tak swobodnie uprawiać tam tą ziemię, żyć jak człowiek pierwotny. Bo może to jakiś dzikus tak jak te plemiona dzikie z afryki, ameryki południowej czy nawet azji.
Sołtys to też tylko pogłoski słyszał, ale jemu to tylko w głowie pieniądze, dużo go w wiosce nie ma, bo gdzieś po miastach jeździ na spotkania i robi "biznes". Może sobie ten gość tak żyć ? Coś mu grozi czy nie ? Bo babka mówiła, żebym spytał fachowców o taki przypadek, bo mówi, że można się od niego wiele nauczyć, a i jak w wiosce jest to różne rzeczy pokazuje właśnie odnośnie uprawy roli i z ciałem ciekawe sztuczki ponoć robi jak ci fakirzy z indii. I szkoda by było, żeby mu się coś stało z ręki systemu. Moje siostry już trochę podrośnięte, mówią, że czasem idzie się z nim porozumieć na mimikę twarzy i mówią, że gościu jest jak ich rówieśnik z charakteru (9-10 lat i ciągle roześmiany taki, jakby go życie bawiło, taki głupek). Mówią, że czasem nad wodą szczególnie idzie się z nim zabawić w różne zabawy, ponoć najbardziej lubi nurkować na 5min pod wodę
Czekam z ciekawością na odpowiedź.