U
.unknown.
Nowy użytkownik
- Dołączył
- 02.2014
- Odpowiedzi
- 6
Witam serdecznie!
Jestem w dość nietypowej sytuacji (która się toczy aktualnie), z ciekawości, a może na wszelki wypadek jestem ciekaw Waszych opinii, porad, jak - w zależności od dalszego scenariusza - najlepiej postąpić.
Opisując krótko - dostałem wezwanie na komendę w sprawie rzekomej kradzieży paliwa za kwotę rzędu 50-60zł, z dość mocno odległego miasta (prawie drugi koniec Polski).
Rzekoma 'kradzież' miała miejsce jakieś 3 miesiące temu.
Mimo długiego okresu udało mi się ustalić, że faktycznie przez taką stację przejeżdżałem danego dnia o danej godzinie.
Faktycznie tam tankowałem.
Paragony z trasy 2 tygodnie przed wezwaniem powyrzucałem (kto je trzyma...) ALE na szczęście na tej stacji płaciłem kartą na co mam potwierdzenie z banku.
Na komendzie -w moim miejscu zamieszkania- już byłem składać wyjaśnienia,
dołączyłem wydruk z banku.
Co jest nietypowe - kwota na wezwaniu jest znacznie niższa niż kwota jaką mi pobrano z karty.
Na rzekomej stacji dokonałem wtedy też drobnego zakupu.
Kalkulując na wszelkie sposoby, pojemność zbiornika na gaz LPG (gdyby był max pusty),
gdybym tankował gaz do pełna plus zakup (kawa) na stacji, to kwota pobrana i tak przewyższa możliwe max tankowanie (cena LPG*pojemność butli)+kawa; musiałbym więc wtedy tankować także benzynę w minimalnej ilości.
Wezwanie dotyczy płatności za benzynę.
Gdybym tylko benzynę tankował to i tak kwota pobrana (zapłacona) przewyższa tą z wezwania.
Tak czy inaczej to co mi skasowali na stacji z konta pokrywa koszt kawy i minimum rzeczonej benzyny lub gazu i części benzyny.
Procedura typowa - tankuję, idę do kasy, daję kartę, kasują.
Co ważne - zakupując kawę siedziałem jeszcze na terenie tej stacji (na parkingu) przez ponad 20 minut.
Nikt z obsługi nie pofatygował się zwrócić mi uwagę, że coś źle jest podliczone / niezapłacone i trzeba dopłacić.
Na logikę - skasowali co trzeba z karty.
Mam potwierdzenie transakcji.
Rozmawiałem (na razie wstępnie) także z policją odpowiednią do miejsca zdarzenia - takich spraw jest tam mnóstwo a bajzel na stacjach, przepracowani pracownicy którzy czegoś nie podliczą - to norma.
Jakie są teraz możliwe scenariusze?
=> Co w przypadku, jeśli to wina stacji i czegoś nie podliczyli lub pomylili transakcje albo osoba przeglądająca monitoring, czy przeglądający to policjant pomylił samochody?
Czy będę musiał na swój koszt udawać się na drugi koniec kraju ponownie składać wyjaśnienia?
Czy może otrzeć się to o sąd?
Czy mógłbym wtedy w sądzie do mojego miejsca zamieszkania składać wyjaśnienia?
Czy mam prawo do przejrzenia materiału dowodowego w tym zapisu z monitoringu (sam zajmuje się zabezpieczeniami, mogę łatwo taki zapis podważyć)?
Jeśli musiałbym się udać do miejsca zdarzenia tam na zeznania lub wręcz ew rozprawę/sąd (??) to co z kosztami dojazdu?
Czy w razie nieuzasadnionego pomówienia/pomyłki stacji zostaną mi zwrócone koszty dojazdu?
Przez kogo? Potrzebne wtedy bilety PKP czy np paragony za paliwo na dojazd autem?
Co z kwestią zadośćuczynienia za niepotrzebne nerwy i problemy, koszty rozmów telefonicznych, dojazdu na wezwanie itp bałaganu?
Jak się sprawa może potoczyć i jak najlepiej w tej sytuacji reagować?
Aktualnie złożyłem zeznania (tankowałem, dałem kartę, pobrano pieniądze, jeszcze siedziałem długo an stacji), nie przyznaję się do zarzutu (postawiony), dołączyłem dowód płatności z banku do zeznań, dzwoniłem też do tamtejszej komendy z chęcią wyjaśnienia sprawy jak najszybciej (czekam na odzew dalszy).
=> Drugi scenariusz / wariant - co w przypadku, jeśli to ja ze zmęczenia czegoś nie powiedziałem i stacja skasowała mnie tylko za jeden rodzaj paliwa i kawę, a za drugi rodzaj nie skasowali?
Wątpliwe, bo z kwoty pobranej nie pasuje to w żaden sposób i nigdy mi się nie zdarzyło, ale hipotetycznie (bo ludziom się zdarza).
Nie byłem nigdy karany.
Byłem zapłacić, więc tu to raczej kwestia hipotetycznej pomyłki.
Siedziałem jeszcze a tej stacji - nie było woli kradzieży, ucieczki itp.
(przecież bym się chyba zamaskował i tablice odkręcił od auta
swoje no i nie kwota 50zł...)
Nikt nie zwrócił mi z obsługi uwagi, że coś brakuje i dopłacić trzeba.
Spokojnie więc odjechałem po dłuższym czasie odpoczynku.
Co w takiej sytuacji?
Czy to na drodze sądowej się rozwiązuje?
Czy wystarczyłoby coś wyjaśnić i dopłacić?
Byłby jakiś 'mandat' czy coś tego typu (czy zostaje 'w papierach'?)
Czy musiałbym się tam udawać na drugi koniec kraju?
Co z kosztami dojazdu (jakbym nie miał za co się udać?)
Jak najlepiej wtedy to rozegrać?
------------------------
Generalnie sprawa wydaje się śmieszna, ale de facto bardziej irytująca.
Nigdy nie miałem takiego przypadku.
Policja tamtejsza podaje __nieoficjalnie__, że to norma taki bałagan z kasjerami.
Nie byłem nigdy karany.
Dokonałem płatności, siedziałem tam jeszcze.
Muszę brać pod uwagę także, że to moja pomyłka, ale wątpię w to, dałem kartę, nie było tam tłumu, skasowali, odszedłem (kto zagląda za ladę na ekran czy paragon za każdym razem czy co do złotówki dokładnie kasują...).
Jakie są Wasze porady, opinie?
Przypadek nietypowy zaiste...
Jestem w dość nietypowej sytuacji (która się toczy aktualnie), z ciekawości, a może na wszelki wypadek jestem ciekaw Waszych opinii, porad, jak - w zależności od dalszego scenariusza - najlepiej postąpić.
Opisując krótko - dostałem wezwanie na komendę w sprawie rzekomej kradzieży paliwa za kwotę rzędu 50-60zł, z dość mocno odległego miasta (prawie drugi koniec Polski).
Rzekoma 'kradzież' miała miejsce jakieś 3 miesiące temu.
Mimo długiego okresu udało mi się ustalić, że faktycznie przez taką stację przejeżdżałem danego dnia o danej godzinie.
Faktycznie tam tankowałem.
Paragony z trasy 2 tygodnie przed wezwaniem powyrzucałem (kto je trzyma...) ALE na szczęście na tej stacji płaciłem kartą na co mam potwierdzenie z banku.
Na komendzie -w moim miejscu zamieszkania- już byłem składać wyjaśnienia,
dołączyłem wydruk z banku.
Co jest nietypowe - kwota na wezwaniu jest znacznie niższa niż kwota jaką mi pobrano z karty.
Na rzekomej stacji dokonałem wtedy też drobnego zakupu.
Kalkulując na wszelkie sposoby, pojemność zbiornika na gaz LPG (gdyby był max pusty),
gdybym tankował gaz do pełna plus zakup (kawa) na stacji, to kwota pobrana i tak przewyższa możliwe max tankowanie (cena LPG*pojemność butli)+kawa; musiałbym więc wtedy tankować także benzynę w minimalnej ilości.
Wezwanie dotyczy płatności za benzynę.
Gdybym tylko benzynę tankował to i tak kwota pobrana (zapłacona) przewyższa tą z wezwania.
Tak czy inaczej to co mi skasowali na stacji z konta pokrywa koszt kawy i minimum rzeczonej benzyny lub gazu i części benzyny.
Procedura typowa - tankuję, idę do kasy, daję kartę, kasują.
Co ważne - zakupując kawę siedziałem jeszcze na terenie tej stacji (na parkingu) przez ponad 20 minut.
Nikt z obsługi nie pofatygował się zwrócić mi uwagę, że coś źle jest podliczone / niezapłacone i trzeba dopłacić.
Na logikę - skasowali co trzeba z karty.
Mam potwierdzenie transakcji.
Rozmawiałem (na razie wstępnie) także z policją odpowiednią do miejsca zdarzenia - takich spraw jest tam mnóstwo a bajzel na stacjach, przepracowani pracownicy którzy czegoś nie podliczą - to norma.
Jakie są teraz możliwe scenariusze?
=> Co w przypadku, jeśli to wina stacji i czegoś nie podliczyli lub pomylili transakcje albo osoba przeglądająca monitoring, czy przeglądający to policjant pomylił samochody?
Czy będę musiał na swój koszt udawać się na drugi koniec kraju ponownie składać wyjaśnienia?
Czy może otrzeć się to o sąd?
Czy mógłbym wtedy w sądzie do mojego miejsca zamieszkania składać wyjaśnienia?
Czy mam prawo do przejrzenia materiału dowodowego w tym zapisu z monitoringu (sam zajmuje się zabezpieczeniami, mogę łatwo taki zapis podważyć)?
Jeśli musiałbym się udać do miejsca zdarzenia tam na zeznania lub wręcz ew rozprawę/sąd (??) to co z kosztami dojazdu?
Czy w razie nieuzasadnionego pomówienia/pomyłki stacji zostaną mi zwrócone koszty dojazdu?
Przez kogo? Potrzebne wtedy bilety PKP czy np paragony za paliwo na dojazd autem?
Co z kwestią zadośćuczynienia za niepotrzebne nerwy i problemy, koszty rozmów telefonicznych, dojazdu na wezwanie itp bałaganu?
Jak się sprawa może potoczyć i jak najlepiej w tej sytuacji reagować?
Aktualnie złożyłem zeznania (tankowałem, dałem kartę, pobrano pieniądze, jeszcze siedziałem długo an stacji), nie przyznaję się do zarzutu (postawiony), dołączyłem dowód płatności z banku do zeznań, dzwoniłem też do tamtejszej komendy z chęcią wyjaśnienia sprawy jak najszybciej (czekam na odzew dalszy).
=> Drugi scenariusz / wariant - co w przypadku, jeśli to ja ze zmęczenia czegoś nie powiedziałem i stacja skasowała mnie tylko za jeden rodzaj paliwa i kawę, a za drugi rodzaj nie skasowali?
Wątpliwe, bo z kwoty pobranej nie pasuje to w żaden sposób i nigdy mi się nie zdarzyło, ale hipotetycznie (bo ludziom się zdarza).
Nie byłem nigdy karany.
Byłem zapłacić, więc tu to raczej kwestia hipotetycznej pomyłki.
Siedziałem jeszcze a tej stacji - nie było woli kradzieży, ucieczki itp.
(przecież bym się chyba zamaskował i tablice odkręcił od auta
Nikt nie zwrócił mi z obsługi uwagi, że coś brakuje i dopłacić trzeba.
Spokojnie więc odjechałem po dłuższym czasie odpoczynku.
Co w takiej sytuacji?
Czy to na drodze sądowej się rozwiązuje?
Czy wystarczyłoby coś wyjaśnić i dopłacić?
Byłby jakiś 'mandat' czy coś tego typu (czy zostaje 'w papierach'?)
Czy musiałbym się tam udawać na drugi koniec kraju?
Co z kosztami dojazdu (jakbym nie miał za co się udać?)
Jak najlepiej wtedy to rozegrać?
------------------------
Generalnie sprawa wydaje się śmieszna, ale de facto bardziej irytująca.
Nigdy nie miałem takiego przypadku.
Policja tamtejsza podaje __nieoficjalnie__, że to norma taki bałagan z kasjerami.
Nie byłem nigdy karany.
Dokonałem płatności, siedziałem tam jeszcze.
Muszę brać pod uwagę także, że to moja pomyłka, ale wątpię w to, dałem kartę, nie było tam tłumu, skasowali, odszedłem (kto zagląda za ladę na ekran czy paragon za każdym razem czy co do złotówki dokładnie kasują...).
Jakie są Wasze porady, opinie?
Przypadek nietypowy zaiste...
Ostatnia edycja: