czy można żądać odszkodowania za zaniedbanie sądu dot. zakaz opuszczania kraju

  • Autor wątku Autor wątku djsinclair
  • Data rozpoczęcia Data rozpoczęcia
D

djsinclair

Nowy użytkownik
Dołączył
08.2009
Odpowiedzi
1
Witam,

W 2005 roku zostałem zatrzymany przez Policję i w wyniku dochodzenia - osadzony w areszcie śledczym na okres trzech miesięcy (wypuszczono mnie cztery dni przed terminem). Potem przez prawie rok prowadzono śledztwo, prokurator zarządził na ten czas dozór policyjny (dwa razy w tygodniu) oraz nadał zadaz opuszczania kraju.
W 2006 roku zakończono dochodzenia, winni dobrowolnie poddali się karze - łącznie ze mną.
Listopadem 2008 opuściłem kraj, odlatując z poznańskiego lotniska w kierunku Liverpool. Nikt mnie nie zatrzymał mimo kontroli dokumentów.

W ubiegłą sobotę tj. 22.08.2009 marzenia na wyjazd z żoną i dzieckiem na wakacje prysł jak bańka mydlana.

Przyjechaliśmy z żoną i pięciomiesięcznym dzieckiem na lotnisko. Staneliśmy w długiej kolejce do odprawy. Obciążeni bagażami, z dzieckiem na rękach prawie trzydzieści minut powoli przesuwaliśmy się w kierunku pani, która miała zaakceptować nasze dokumenty i bilety. Wszystko odbyło się sprawnie, nawet kontrola osobista i przejście przez bramki.
Prawdziwy dramat rozpoczął się kilka chwil później gdy stanęliśmy wspólnie przed budką odprawy granicznej. Miły pan oświadczył, że żona i dziecko mogą udać się do strafy bezcłowej, a ja muszę poczekać. Przez dwadzieścia minut sprawdzano moje dokumenty. Pojawił się drugi strażnik. Obaj panowie wyszli z budki celniczej i podeszli do nas. Odpieli kabury z bronią, położyli dłonie na kolbach pistoletów - po czym jeden ze strażników zażądał ode mnie paszportu, którego przy sobie nie miałem. Zarzucono mi kłamstwo i powtórzono żądanie. Żona zaczęła płakać. Dziecko również. Nad nami stało dwóch uzbrojonych meżczyzn na pewno wyszkolonych i działających według zasad zatrzymania przestępcy!
Nie wytłumaczono mi niczego, nie podano powodów cofnięcia z granicy. Wyprowadzono mnie pod bronią ze strefy celnej na główny hall lotniska i tam pozostawiono.
Udałem się do kierownika zmiany służby granicznej. Dopiero tam zostałem poinformowany dokładnie co się wydarzyło: Prokurator V wydziału śledczego w Poznaniu - nie wycofał zakazu opuszczania kraju. Gdybym posiadał przy sobie wyrok sądu, a na nim wyraźnie napisane, że nie dotyczy mnie taki zakaz - nie byłoby problemu...Na moje nieszczęście - mieszkamy 100 kilometrów od lotniska - więc pojechać i wrócić z takim dokumentem - to "misja" trwająca około 4 godzin, więc samolot i tak poleciałby beze mnie.
Wróciłem do domu i w poniedziałek od rana - postanowiłem wyjaśnić sprawę. Zrobiłem sobie kawę i telefon w dłoń. Zacząłem jako osoba ukarana od miejsca zamieszkania - czyli czarnkowskiej prokuratury.
Tutaj dowiedziałem się, że w takiej sprawie należy dzwonić do prokuratury do Trzcianki, która przejęła sprawę. Stąd również mnie odesłano - do sądu rejonowego w Trzciance. Panie pracujące tam nie potrafiły odnaleźć akt sprawy mimo podania przeze mnie sygnatury. I znowu odesłano mnie do prokuratury - do V wydziału w Poznaniu. Usłyszałem po rozmowie trwającej kilka minut - "właśnie otrzymaliśmy fax, z punktu granicznego, że próbował pan opuścić nielegalnie kraj, ponadto wiemy, że nie stawia się pan na dozór policyjny". Zamarłem przy telefonie. Odpowiedziałem groźnie mówiącej do mnie kobiecie, że sprawa zakńczyła się w 2006 roku, zostałem ukarany, a z tego co wiem - wszelkie dozory i zakazy "znikają" wraz z zakończeniem procesu (i uprawomocnieniem wyroku). Potwierdziła moje słowa i kazała dzwonić do Sądu w Trzciance - bo tam są wszystkie akta sprawy.
Zdążyłem wypić kawę, emocje sięgały zenitu - a gdy spojrzałem na zegarek - okazało się, że minęło już ponad dwie godziny słuchania różnych ludzi w kilku różnych ważnych państwowych instytucjach.
Proszę sobie wyobrazić moje zdziwienie, gdy pani z sekretariatu trzcianeckiego sądu - powiedziała mi, że również otrzymała fax z granicy i już wie o co chodzi - jednak prosi mnie o telefon (!) do sądu rejonowego w Poznaniu - III oddział karny, na ul. Młyńskiej w celu dalszego wyjaśnienia całego zajścia.
Nie dość, że otrzymałem od pani z Trzcianki niewłaściwy numer telefonu - to do kompletu musiałem dwonić do sądu w Poznaniu - sześć razy. Tam również otrzymano fax z informacją o próbie nielegalnego opuszczenia kraju, kolejna pani mówiła coś o dozorze, o zakazie i straszyła zatrzymaniem w areszcie do wyjaśnienia sprawy! Na nic moje tłumaczenia i pytania. w trakcie czwartej rozmowy z sądem w Pozaniu usłyszałem, że zaginęły akta w sądzie w Trzciance i trudno będzie ustalić cokolwiek.
Miałem zadzwonić za pół godziny ponownie. I tak zrobiłem. Usłyszałem od tej samej groźnej pani - "proszę zadzwonić jeszcze raz, gdyż trwają dalsze poszukiwania dokumentów"...
Ostatni telefon wykonałem po godzinie od zakończenia ostatniej rozmowy. I znowu usłyszałem tą samą kobietę, że już wszystko jest wyjaśnione, tylko, że mnie to nie satysfakcjonuje!
Powiedziałem pani o zachowaniu straży granicznej, o żonie płaczącej na lotnisku, o pieniądzach na bilety, których już nikt nie zwróci. W odpowiedzi padło krótkie- "jest mi przykro".

Zaniedbanie, które kosztowało nas wiele niepotrzebnych emocji.
Zastanawiam się teraz gdzie się udać i kogo skarżyć o odszkodowanie za poniesione straty moralne i finansowe?
 
Powrót
Góra