K
kalejdoskop
Użytkownik
- Dołączył
- 04.2012
- Odpowiedzi
- 213
Witam
W publicznej szkole podstawowej, od wielu lat jest problem z dwoma nauczycielami. Niektórzy rodzice głośno wyrażają swoje negatywne opinie na temat odnoszenia się do uczniów podczas lekcji w sposób obraźliwy, szyderczy, zastraszający - ale dyskutują przeważnie między sobą.
Uczniowie są wyśmiewani i obrażani przy tablicy, boją się "dziwnych" zachowań ( np. nagłym i głośnym uderzeniem dłonią o ławkę, gdy jest idealna cisza w klasie), uczniowie słuchają obraźliwych słów na swój temat ( głupek, pustak, idiota, debil itp) również na temat swoich rodziców.
W każdym roku szkolnym znajdzie się jednak 1-2 rodziców, którzy mają odwagę zgłosić problem otwarcie, na forum klasy ( na zebraniu) przed wychowawcą.
Rodzice Ci twierdzą zazwyczaj to samo: że ich dzieci są tak bardzo gnębione przez nauczyciela, że chcą przeniesienia do innej szkoły, mają regularne bóle brzucha, torsje, nocne koszmary,popadają w histerie.
Co ciekawe dzieci te uczą się zazwyczaj dobrze lub bdb i mają bdb zachowanie.
Rodzice ci ujawniają się z imienia i nazwiska i zgłaszają problem także dyrekcji ( kierowani przez wychowawcę), mimo że ich dzieci błagają by w szkole nic nie mówić, obawiając się odwetu nauczyciela.
Co się dzieje dalej?
Dyrektor rozmawia z takim nauczycielem, na drugą rozmowę wzywa również skarżącego się rodzica, dochodzi do nieprzyjemnej wymiany zdań, rodzic wychodzi z takiej rozmowy jak "zbity pies", oskarżony często o problemy psychiczne, emocjonalne, o demoralizację dziecka, o nieudolność rodzicielską i straszony jest " na deser" prokuraturą za oszczerstwa kierowane wobec nauczyciela "czyli urzędnika".
Uczeń przeżywa tym czasem istny koszmar. Pytany jest na każdej lekcji " do skutku" -czyli do momentu, aż nie będzie znał odpowiedzi / potrafił rozwiązać zadania. Nauczyciel ostrzega, żeby na drugi raz zastanawiał się dwa razy ( a jak to za mało to 3,4 a może i milion....) co powtarza rodzicom w domu. Uczeń przestaje mówić w domu cokolwiek na temat szkoły, naciskanie powoduje histerię.
Niektóre dzieci mówią wręcz, że jest teraz cudownie ( natomiast z innych źródeł rodzice dowiadują się prawdy).
Sypią się "jedynki", a uczeń (żeby nie wiem jak dobry) szybko zostaje postawiony w stan zagrożenia- już na początku października pojawia się po kilka, a nawet kilkanaście ocen niedostatecznych.
Rodzic szuka pomocy,prywatni korepetytorzy ( czasami poradnie pedagogiczne) sprawdzają przygotowanie emocjonalne, czasami też przyswojoną wiedzę, często sugerują zgłosić sprawę do kuratorium.
Rodzic nie wie co robić, dziecko popada w depresje, pedagog szkolny "widzi problem raczej w domu, bo z dzieckiem trzeba pracować" - rodzic w szkole już pomocy nie szuka.
Kuratorium - w ciągu 2 ostatnich lat, było powiadomione indywidualnie przez różnych rodziców 3 lub 4 razy.
Za każdym razem do szkoły, w umówionym z dyrekcją wcześniej terminie, wchodził metodyk, pracę nauczyciela oceniał doskonale.
Lekcje pokazowe były skrupulatnie przygotowywane, do tego stopnia, że uczniowie (w tym dzieci innych nauczycieli) dostawały do przygotowania odpowiedzi na pytania, które nauczyciel będzie na takiej lekcji zadawał.
Co na to dyrekcja?
"Nic się nie da zrobić"
Jedynie zwoływała zebrania z rodzicami i dziećmi. Zapraszała nauczyciela i pytała uczniów:
"czy ten nauczyciel na was krzyczy?" - dzieciaki w szoku - cisza
"czy ten nauczyciel brzydko do was mówi"? - cisza
"czy boicie się tego nauczyciela?" cisza
Nauczyciel uśmiechnięty od ucha do ucha , rozdaje dzieciom cukierki i prosi by wyszły na korytarz i pobawiły się w "głuchy telefon".
Wracając do sali i zwraca się do rodziców:
"Czy Państwa zdaniem źle uczę dzieci"? - cisza
"mam tu opinię metodyka, że jestem super" - cisza
"Czy ktoś chce się poskarżyć? proszę to zrobić tu i teraz albo zamilczeć na zawsze bo nie życzę sobie takich oskarżeń" -cisza
Dyrekcja zadowolona, nauczyciel też - rodzice w szoku ( część nie wie o co chodzi, bo problem nie dotyczy wszystkich, a wybranych uczniów).
Po zakończeniu zebrania , już poza murami szkoły okazuje się, że jednak większość przynajmniej raz miała taki sam problem z tym nauczycielem, ale się nie odezwą z obawy na dziecko.
Sprawa się rozmywa, rodzice przez cały rok szkolny walczą z ciągłym gnębieniem dzieci, czasami silniejszym, czasami jest chwilowy spokój, więc nie rozdrapują ran.
Po wakacjach znajdują się kolejni rodzice i kolejni uczniowie... zaczyna się cała historia od początku, ale znowu są sami ponieważ poprzednicy rezygnują, boją się, nie chcą ponownie narażać dzieci- nauczeni przykrymi doświadczeniami i brakiem wiary w zmianę na lepsze.
Dodam jeszcze, że obok tych rodziców "pokrzywdzonych" jest zawsze mała grupa rodziców "zachwyconych".
Jeśli w którymś momencie zawodzi przytoczona wyżej taktyka nauczyciela, uruchamiana jest ta druga grupa rodziców, która niemal jak zdarta płyta przytacza jak to się ich dzieci świetnie odnalazły, jak lubią przedmiot, lubią nauczyciela i złego słowa na jego temat powiedzieć nie można...dzieci tych rodziców zawsze mają "naciągane" oceny w górę ( a nie w dół, jak pozostałe), a ponieważ są to dzieci "średnio uczące się" układ jest niepisany, ale jak, dla mnie - oczywisty.
Na koniec roku szkolnego dochodzi czasami, że uczniowie"mierni" mają z tego ścisłego przedmiotu ocenę dobrą, a ci " piątkowi" ocenę mierną.
Co więcej - uczniowie z oceną mierną słyszą od nauczyciela: "przepuszczam cię tylko dlatego, żeby się z takim gamoniem nie męczyć kolejny rok dłużej".
Sytuacja powtarza się od kilku lat i co roku kończy się tak samo.
Uczniowie, których rodzice się skarżyli nie mają szans na ocenę wyższą niż 3 ( chociaż pozostałe oceny to same 4 -5-6).
Egzaminy komisyjne ze znienawidzonego przedmiotu - to kolejny stres dla dziecka, więc nikt się dotąd nie zdecydował.
Wszyscy siedzą cicho, wycofują się, a w nowym roku zaczyna się ten sam cyrk, tylko z innymi aktorami.....
Czy macie pomysły co zrobić? Proszę o porady.
W publicznej szkole podstawowej, od wielu lat jest problem z dwoma nauczycielami. Niektórzy rodzice głośno wyrażają swoje negatywne opinie na temat odnoszenia się do uczniów podczas lekcji w sposób obraźliwy, szyderczy, zastraszający - ale dyskutują przeważnie między sobą.
Uczniowie są wyśmiewani i obrażani przy tablicy, boją się "dziwnych" zachowań ( np. nagłym i głośnym uderzeniem dłonią o ławkę, gdy jest idealna cisza w klasie), uczniowie słuchają obraźliwych słów na swój temat ( głupek, pustak, idiota, debil itp) również na temat swoich rodziców.
W każdym roku szkolnym znajdzie się jednak 1-2 rodziców, którzy mają odwagę zgłosić problem otwarcie, na forum klasy ( na zebraniu) przed wychowawcą.
Rodzice Ci twierdzą zazwyczaj to samo: że ich dzieci są tak bardzo gnębione przez nauczyciela, że chcą przeniesienia do innej szkoły, mają regularne bóle brzucha, torsje, nocne koszmary,popadają w histerie.
Co ciekawe dzieci te uczą się zazwyczaj dobrze lub bdb i mają bdb zachowanie.
Rodzice ci ujawniają się z imienia i nazwiska i zgłaszają problem także dyrekcji ( kierowani przez wychowawcę), mimo że ich dzieci błagają by w szkole nic nie mówić, obawiając się odwetu nauczyciela.
Co się dzieje dalej?
Dyrektor rozmawia z takim nauczycielem, na drugą rozmowę wzywa również skarżącego się rodzica, dochodzi do nieprzyjemnej wymiany zdań, rodzic wychodzi z takiej rozmowy jak "zbity pies", oskarżony często o problemy psychiczne, emocjonalne, o demoralizację dziecka, o nieudolność rodzicielską i straszony jest " na deser" prokuraturą za oszczerstwa kierowane wobec nauczyciela "czyli urzędnika".
Uczeń przeżywa tym czasem istny koszmar. Pytany jest na każdej lekcji " do skutku" -czyli do momentu, aż nie będzie znał odpowiedzi / potrafił rozwiązać zadania. Nauczyciel ostrzega, żeby na drugi raz zastanawiał się dwa razy ( a jak to za mało to 3,4 a może i milion....) co powtarza rodzicom w domu. Uczeń przestaje mówić w domu cokolwiek na temat szkoły, naciskanie powoduje histerię.
Niektóre dzieci mówią wręcz, że jest teraz cudownie ( natomiast z innych źródeł rodzice dowiadują się prawdy).
Sypią się "jedynki", a uczeń (żeby nie wiem jak dobry) szybko zostaje postawiony w stan zagrożenia- już na początku października pojawia się po kilka, a nawet kilkanaście ocen niedostatecznych.
Rodzic szuka pomocy,prywatni korepetytorzy ( czasami poradnie pedagogiczne) sprawdzają przygotowanie emocjonalne, czasami też przyswojoną wiedzę, często sugerują zgłosić sprawę do kuratorium.
Rodzic nie wie co robić, dziecko popada w depresje, pedagog szkolny "widzi problem raczej w domu, bo z dzieckiem trzeba pracować" - rodzic w szkole już pomocy nie szuka.
Kuratorium - w ciągu 2 ostatnich lat, było powiadomione indywidualnie przez różnych rodziców 3 lub 4 razy.
Za każdym razem do szkoły, w umówionym z dyrekcją wcześniej terminie, wchodził metodyk, pracę nauczyciela oceniał doskonale.
Lekcje pokazowe były skrupulatnie przygotowywane, do tego stopnia, że uczniowie (w tym dzieci innych nauczycieli) dostawały do przygotowania odpowiedzi na pytania, które nauczyciel będzie na takiej lekcji zadawał.
Co na to dyrekcja?
"Nic się nie da zrobić"
Jedynie zwoływała zebrania z rodzicami i dziećmi. Zapraszała nauczyciela i pytała uczniów:
"czy ten nauczyciel na was krzyczy?" - dzieciaki w szoku - cisza
"czy ten nauczyciel brzydko do was mówi"? - cisza
"czy boicie się tego nauczyciela?" cisza
Nauczyciel uśmiechnięty od ucha do ucha , rozdaje dzieciom cukierki i prosi by wyszły na korytarz i pobawiły się w "głuchy telefon".
Wracając do sali i zwraca się do rodziców:
"Czy Państwa zdaniem źle uczę dzieci"? - cisza
"mam tu opinię metodyka, że jestem super" - cisza
"Czy ktoś chce się poskarżyć? proszę to zrobić tu i teraz albo zamilczeć na zawsze bo nie życzę sobie takich oskarżeń" -cisza
Dyrekcja zadowolona, nauczyciel też - rodzice w szoku ( część nie wie o co chodzi, bo problem nie dotyczy wszystkich, a wybranych uczniów).
Po zakończeniu zebrania , już poza murami szkoły okazuje się, że jednak większość przynajmniej raz miała taki sam problem z tym nauczycielem, ale się nie odezwą z obawy na dziecko.
Sprawa się rozmywa, rodzice przez cały rok szkolny walczą z ciągłym gnębieniem dzieci, czasami silniejszym, czasami jest chwilowy spokój, więc nie rozdrapują ran.
Po wakacjach znajdują się kolejni rodzice i kolejni uczniowie... zaczyna się cała historia od początku, ale znowu są sami ponieważ poprzednicy rezygnują, boją się, nie chcą ponownie narażać dzieci- nauczeni przykrymi doświadczeniami i brakiem wiary w zmianę na lepsze.
Dodam jeszcze, że obok tych rodziców "pokrzywdzonych" jest zawsze mała grupa rodziców "zachwyconych".
Jeśli w którymś momencie zawodzi przytoczona wyżej taktyka nauczyciela, uruchamiana jest ta druga grupa rodziców, która niemal jak zdarta płyta przytacza jak to się ich dzieci świetnie odnalazły, jak lubią przedmiot, lubią nauczyciela i złego słowa na jego temat powiedzieć nie można...dzieci tych rodziców zawsze mają "naciągane" oceny w górę ( a nie w dół, jak pozostałe), a ponieważ są to dzieci "średnio uczące się" układ jest niepisany, ale jak, dla mnie - oczywisty.
Na koniec roku szkolnego dochodzi czasami, że uczniowie"mierni" mają z tego ścisłego przedmiotu ocenę dobrą, a ci " piątkowi" ocenę mierną.
Co więcej - uczniowie z oceną mierną słyszą od nauczyciela: "przepuszczam cię tylko dlatego, żeby się z takim gamoniem nie męczyć kolejny rok dłużej".
Sytuacja powtarza się od kilku lat i co roku kończy się tak samo.
Uczniowie, których rodzice się skarżyli nie mają szans na ocenę wyższą niż 3 ( chociaż pozostałe oceny to same 4 -5-6).
Egzaminy komisyjne ze znienawidzonego przedmiotu - to kolejny stres dla dziecka, więc nikt się dotąd nie zdecydował.
Wszyscy siedzą cicho, wycofują się, a w nowym roku zaczyna się ten sam cyrk, tylko z innymi aktorami.....
Czy macie pomysły co zrobić? Proszę o porady.