Ok, mogę to troszkę rozwinąć (uprzedzam: będzie ściana tekstu). Wiem, że większość ludzi albo nie wierzy w opisywaną przeze mnie sytuację, albo uważa, że to przecież coś wspaniałego. Wspomniany przez ciebie "łatwy level" jest ok w przypadku, gdy spełniony jest któryś z poniższych warunków:
- jesteś tuż przed/na emeryturze i dorabiasz sobie na lajcie przy jakimś zamulającym zajęciu typu stróż/szatniarz
- masz szczęście brać za nicnierobienie duże pieniądze (jak lekarz, który za dwie przespane noce na dyżurze bierze więcej niż wynosi miesięczna najniższa krajowa)
- nie ma rażącego rozdźwięku między tym, co robisz, a twoim wykształceniem i kwalifikacjami
- ten "niski level" możesz sobie połączyć z dodatkową pracą (w tym przypadku z konieczności zdalną)
W przeciwnym wypadku jest to coś, co nie tylko bardzo źle działa na psychikę, ale powoduje, że potem jest duży problem z wpisaniem sobie czegokolwiek do CV.
Wiem co sugerujesz - że bezsensowność wykonywanych obowiązków to zawsze pozory, a pracownik uważający swoje obowiązki za bezsensowne jest leniwy, arogancki lub zbyt głupi, żeby zrozumieć ich głębię i prawdziwy cel ich wykonywania

Otóż wyobraź sobie, że naprawdę istnieje coś takiego jak "obiektywnie bezsensowne" obowiązki, co nawet dla laika, który nie zna specyfiki danej branży, będzie oczywiste. Podam ci trzy przykłady:
- pracodawca zleca ci testowanie formularza na pewnej stronie internetowej pod kątem walidacji danych/reakcji na nieprawidłowe dane. Inaczej mówiąc: masz próbować "hakować" formularz na wszelkie możliwe sposoby i sprawdzać jak się zachowuje. Sęk w tym, że ten formularz nie jest w ogóle dostępny dla zwykłych użytkowników, tylko jest częścią panelu administracyjnego dostępnego jedynie dla twojego pracodawcy i może jeszcze jednej osoby, i z góry wiadomo, że nikt nigdy nie będzie tam nawet próbował wpisywać żadnych błędnych danych, żeby go "wywalić", więc twoja praca już z założenia nie ma sensu
- pracodawca zleca ci napisanie oprogramowania, które ma zostać gdzieś uruchomione i coś robić. Dostajesz bardzo mglisty opis tego, co owo oprogramowanie ma robić, w miarę postępów pracodawca wymyśla różne dziwne przypadki testowe "z sufitu", które masz tam obsłużyć. Po miesiącu pracy, która kosztowała cię sporo wysiłku intelektualnego, informujesz, że skończyłeś, i do tematu nigdy już się nie wraca. Po jakimś czasie pytasz z ciekawości czy to, co stworzyłeś, działa zgodnie z oczekiwaniami, po czym słyszysz, że w ogóle nie działa, bo komputer, na którym miało to działać, został po prostu wyłączony (o tym, że twoja praca trafi prosto do kosza, pracodawca wiedział już w momencie, kiedy ją wykonywałeś, ale ci o tym nie powiedział)
- w toku prac nad testowaniem pewnego oprogramowania zgłaszasz w systemie raportowania błędów kilkaset (blisko 800) błędów, każdy z obszernym, dokładnym opisem (nic na "odwal się"), po czym dowiadujesz się, że większości z tych twoich pedantycznych wypocin nikt nie przeczytał i nigdy nie przeczyta, bo w międzyczasie rozpoczęły się prace nad nową wersją softu, stara idzie do kosza, a wraz z nią twoja praca
Tak, wiem, że każdą decyzję pracodawcy da się obronić jeśli będzie się to robić na siłę, i teoretycznie pracownika nie powinno interesować co się potem dzieje z efektami jego pracy jeśli otrzyma za nią pieniądze. Problem pojawia się wtedy, kiedy pieniądze są zupełnie niewspółmierne do wspomnianej pracy, a z pracownika niejednokrotnie robi się idiotę. Nie wiem kim jesteś i ile zarabiasz, porównajmy jednak dwie sytuacje:
- pracodawca zleca ci jakieś kompletnie idiotyczne zadanie, ale płaci ci za nie 50 tysięcy na miesiąc
- pracodawca jako "zadanie" zleca ci dokształcanie się z różnych randomowych tematów technicznych, ale nie po to, żebyś miał je potem wykorzystać w pracy/awansować/dostać podwyżkę, tylko tak po prostu, żebyś sobie czytał (i nie ma mowy o żadnej ekstra płacy)
Zakładam, że w pierwszym przypadku chętnie byś się zgodził na taki układ (choć też nie mam 100% pewności), a w drugim stwierdziłbyś, że coś tu jest nie halo.
Ogólnie wyobraź sobie, że trafiasz do firmy na stanowisko X, po czym okazuje się, że wykonujesz tam robotę, która może ma w 5% coś wspólnego z nazwą tego stanowiska. Firma-januszeks jest czymś w rodzaju układu zamkniętego, gdzie tak naprawdę wszystkie decyzje podejmuje sam właściciel, pod nim jest ok. 5 zaufanych osób, w tym jedna mocno techniczna, i ta właśnie osoba techniczna jest twoim bezpośrednim przełożonym, z którym spędzasz w jednym pomieszczeniu 8 godzin dziennie 5 dni w tygodniu przez ileś lat (oczywiście cała firma zatrudnia więcej pracowników). Z jakichś nieznanych powodów nie jesteś jednak traktowany jak pełnoprawny pracownik, tzn. w twojej obecności twój przełożony prowadzi rozmowy z różnymi ludźmi z firmy, podejmowane są różne decyzje, zlecane i wykonywane są różne prace, ale ty jesteś od tego wszystkiego odizolowany, jesteś jakby poza głównym nurtem, robisz za tło. Wygląda to dosłownie tak, że przebywasz w pomieszczeniu z ludźmi rozmawiającymi na bieżące tematy firmowe, a ty jesteś traktowany tak, jakby cię tam w ogóle nie było (lub wręcz rozmawia się przy tobie szeptem albo wychodzi się do osobnego pomieszczenia na "tajną naradę", w której ty nie uczestniczysz). Z oczywistych względów nie możesz nabyć żadnego doświadczenia ani wiedzy, bo od wszelkiej wiedzy jesteś po prostu odcinany. De facto nie masz możliwości wykonywania pracy, do której wykonywania zostałeś zatrudniony. Nie jesteś wysyłany na żadne szkolenia, twoje szkolenie nazywa się "poczytaj sobie w internecie". Praca, którą wykonujesz, dzieli się na:
- bezsensowne i niepotrzebne zadania (co nie znaczy, że nie wymagały wysiłku), jak te opisane wcześniej
- zadania, które mają sens, ale jest to powtarzalna, taśmowa robota grubo poniżej twoich kwalifikacji
- zadania z kosmosu, często wykraczające poza wiedzę twojego przełożonego, do których wykonywania nie zostałeś w żaden sposób przygotowany (masz wręcz wrażenie, że przełożony przydzielając ci je bardziej testuje twoją cierpliwość/wytrzymałość niż realnie liczy na ich wykonanie)
Co istotne, jesteś kimś w rodzaju "osoby do użytku wewnętrznego", tzn. o tym, co umiesz, co zrobiłeś i co byłbyś w stanie zrobić, wie tylko twój bezpośredni przełożony, natomiast dla wszystkich "na zewnątrz" masz być nierozgarniętym idiotą, który nie ma o niczym pojęcia. Oczywiście twój przełożony nie uznaje za stosowne wyprowadzić "tych innych" z błędu, i z chęcią przypisuje sobie istotną część twoich dokonań. W końcu pewnego dnia "pękasz" i oświadczasz, że nie będziesz już wykonywać poleceń z kategorii trzeciej ("ambitnej") za 1/4 lub 1/5 ich wartości rynkowej, i albo zaczynasz być traktowany normalnie, albo zakres obowiązków zostaje dostosowany do twojej pensji, albo się żegnacie. Rezultatem jest sytuacja, w której przełożony postanawia przestać wydawać ci jakiekolwiek polecenia (poza sporadycznymi przypadkami) i woli nie mieć wykonanej roboty niż zapłacić ci za nią adekwatną stawkę (czyli albo sabotuje działania firmy działając na jej szkodę, albo potwierdza się, że przydzielane ci zadania były faktycznie wydumane, a ich wykonanie nie było do niczego potrzebne). Jednocześnie ten sam przełożony odmawia ci przejścia na zadaniowy czas pracy i (chyba złośliwie) każe ci dyżurować na miejscu przez 8 godzin dziennie dosłownie po nic, prawdopodobnie czekając na to, aż sam się zwolnisz, bo formalnie nie ma na ciebie żadnego haka.
Mógłbym pisać jeszcze długo, ale w tym miejscu skończę, bo robi się niemerytorycznie. Chciałem tylko spytać, czy tego rodzaju zachowania ze strony pracodawcy noszą znamiona mobbingu (moim zdaniem tak), i czy teoretycznie coś takiego jest w ogóle do udowodnienia. Google w odpowiedzi na zapytania typu "ostracyzm w pracy", "ignorowanie pracownika w pracy", "izolowanie pracownika" zwraca kilka dość ciekawych wyników, które sugerują, że problem jest realny, i nie sprowadza się do trywialnego "jak ci się nie podoba, to zmień pracę".