Jak postępować w przypadku "cichego mobbingu"?

  • Autor wątku Autor wątku ppilar
  • Data rozpoczęcia Data rozpoczęcia
P

ppilar

Użytkownik
Dołączył
06.2012
Odpowiedzi
376
Chodzi mi o typ mobbingu polegający na tym, że pracownik jest traktowany jak niewidzialny, tzn. jest izolowany od reszty zespołu, nie jest wdrażany w normalny tok pracy firmy, nie oferuje mu się żadnych szkoleń, a powierzane mu zadania (o ile w ogóle są powierzane) są albo bezsensowne i służą jedynie sztucznemu wypełnieniu mu czasu, albo odwrotnie - nierealne do wykonania (i też niepotrzebne). Sytuacja ma charakter ciągły i długotrwały. O ile w przypadku "zwykłego" mobbingu da się zebrać jakiś materiał dowodowy, tutaj jest to niemożliwe, bo co nagrywać - ciszę? Jak wygląda typowa ścieżka postępowania w przypadku "cichego mobbingu"? W takich sytuacjach wszystko musi się opierać na zeznaniach ewentualnych świadków, a jeśli takich świadków nie będzie, nic nie da się zrobić (oczywiście poza odejściem z pracy), a pracodawca musi wtedy pozostać bezkarny?
 
Ostatnia edycja:
Nie rozumiem?
Masz pracę i narzekasz na obowiązki?
Zawsze możesz ją zmienić. Praca polega na wykonywaniu obowiązków narzuconych przez pracodawcę. Za to Ci płaci.
Jedynie w sądzie pracy możesz zaskarżyć, że obowiązki które wykonujesz są inne niż te, które ustaliłeś z pracodawcą na umowie w obowiązkach.

Skoro są niepotrzebne Twoim zdaniem - to spoko. Nie wiem czy pracodawca chciałby marnować pieniądze na niepotrzebne rzeczy. Pamiętaj, że to pracodawca traci więcej od Ciebie, bo płaci pieniądze. Ty zyskujesz.
 
To nie jest zwykłe "narzekanie na obowiązki", nie zrozumiesz tego. Prawdopodobnie nie jesteś świadomy tego, do jakich patologii potrafi dochodzić w niektórych miejscach pracy. Jeśli według ciebie wszystko sprowadza się do banalnego "jeśli praca się nie podoba, to można ją zmienić", to właściwie w jakim celu w naszym prawie pojawiło się pojęcie mobbingu? Przecież zgodnie z tą prostą logiką coś takiego nie powinno istnieć, bo albo pracownikowi podoba się jego praca i wtedy wszystko gra, albo mu się nie podoba, a wtedy może z niej zrezygnować. To gdzie tu miejsce na mobbing?
 
To nie jest zwykłe "narzekanie na obowiązki", nie zrozumiesz tego.

To wyjaśnij mi abym zrozumiał. Ponieważ w moim wypadku:
Jeżeli coś mi się nie podoba - idę do Przełożonego i mu o tym mówię.
Jeżeli mi się nadal nie podoba większość rzeczy - zmieniam pracę.

Nie zrozum mojej wypowiedzi jako atak. Ponieważ sam przeżyłem tego typu rzeczy w swoim życiu i podjąłem takie decyzje jak wyżej.

Prawdopodobnie nie jesteś świadomy tego, do jakich patologii potrafi dochodzić w niektórych miejscach pracy.
Nawet nie wiesz jak bardzo jestem świadomy. Beznadziejna atmosfera, beznadziejne zadania, brak możliwości rozwoju, pensje stojące w miejscu - to były przyczyny dzięki którym zmieniałem pracę. Januszexy na samym początku kariery w czasach słabszego rynku pracy nie są mi absolutnie obce. Dodatkowo wcale do nich nie pasowałem. Aczkolwiek na początku kariery - musiałem zamknąć buzię aby przy nabieraniu doświadczenia było mi z górki. Jak już nabrałem wysokie kwalifikacje oraz umiejętności - przekułem to w rozsądnie dobrze spędzony czas z którego wycisnąłem jak najwięcej się dało. Dlatego teraz jestem w miejscu odpowiednim do tego.

Jeśli według ciebie wszystko sprowadza się do banalnego "jeśli praca się nie podoba, to można ją zmienić", to właściwie w jakim celu w naszym prawie pojawiło się pojęcie mobbingu?
Przede wszystkim w takim, gdzie pracodawca ośmiesza pracownika. Dużo tego. Zdarzało mi się doświadczać tego bardzo rzadko, przez co miałem to jakoś wyjątkowo w nosie. Przekuwałem często to w żart, co jeszcze bardziej irytowało pracodawcę. Pod kątem moich umiejętności a umiejętności pracodawcy gdzie się wymądrzął - wyjątkowo mnie to śmieszyło :) Pod kątem obowiązków nigdy mi się jakoś osobiście nie zdarzało doświadczać mobbingu. Co najwyżej mogło mi się nie podobać zadanie.
A nawet nie wiesz ilu ludzi marzy o tym, żeby wykonywać banalną pracę i dostawać za nią pieniądze. Albo nawet jej nie wykonywać. Takie życie na łatwym levelu. Zwłaszcza pokolenie wychowane za komuny, chociaż też nie każdy.
Trochę też właśnie opisujesz czasy komuny. Pracodawca nie chce Ciebie zwalniać, a daje Ci pracę abyś mógł zarabiać co by nie miał Cię na sumieniu, że możesz mieć potem kłopoty finansowe ;) wtedy czy się stało czy się leżało 2 patyki się należało a na jednym stanowisku było zatrudnionych 20 osób z czego pracowały może... 4?

Przecież zgodnie z tą prostą logiką coś takiego nie powinno istnieć, bo albo pracownikowi podoba się jego praca i wtedy wszystko gra, albo mu się nie podoba, a wtedy może z niej zrezygnować. To gdzie tu miejsce na mobbing?

Nie podpowiem. Ja rozwiązuję te problemy tak jak wyżej opisałem. Mobbing z tego co się orientuję nie jest łatwy do udowodnienia.
Mobbing jest moim zdaniem wtedy, kiedy pracodawca grubo idzie i potrafi być wysoce toksyczny z zachowaniem. A to, że daje zadania takie jakie daje - tu nie widzę żadnego mobbingu. Chyba, że rozwiniesz bardziej to pojęcie?
 
Ok, mogę to troszkę rozwinąć (uprzedzam: będzie ściana tekstu). Wiem, że większość ludzi albo nie wierzy w opisywaną przeze mnie sytuację, albo uważa, że to przecież coś wspaniałego. Wspomniany przez ciebie "łatwy level" jest ok w przypadku, gdy spełniony jest któryś z poniższych warunków:

- jesteś tuż przed/na emeryturze i dorabiasz sobie na lajcie przy jakimś zamulającym zajęciu typu stróż/szatniarz

- masz szczęście brać za nicnierobienie duże pieniądze (jak lekarz, który za dwie przespane noce na dyżurze bierze więcej niż wynosi miesięczna najniższa krajowa)

- nie ma rażącego rozdźwięku między tym, co robisz, a twoim wykształceniem i kwalifikacjami

- ten "niski level" możesz sobie połączyć z dodatkową pracą (w tym przypadku z konieczności zdalną)

W przeciwnym wypadku jest to coś, co nie tylko bardzo źle działa na psychikę, ale powoduje, że potem jest duży problem z wpisaniem sobie czegokolwiek do CV.

Wiem co sugerujesz - że bezsensowność wykonywanych obowiązków to zawsze pozory, a pracownik uważający swoje obowiązki za bezsensowne jest leniwy, arogancki lub zbyt głupi, żeby zrozumieć ich głębię i prawdziwy cel ich wykonywania :) Otóż wyobraź sobie, że naprawdę istnieje coś takiego jak "obiektywnie bezsensowne" obowiązki, co nawet dla laika, który nie zna specyfiki danej branży, będzie oczywiste. Podam ci trzy przykłady:

- pracodawca zleca ci testowanie formularza na pewnej stronie internetowej pod kątem walidacji danych/reakcji na nieprawidłowe dane. Inaczej mówiąc: masz próbować "hakować" formularz na wszelkie możliwe sposoby i sprawdzać jak się zachowuje. Sęk w tym, że ten formularz nie jest w ogóle dostępny dla zwykłych użytkowników, tylko jest częścią panelu administracyjnego dostępnego jedynie dla twojego pracodawcy i może jeszcze jednej osoby, i z góry wiadomo, że nikt nigdy nie będzie tam nawet próbował wpisywać żadnych błędnych danych, żeby go "wywalić", więc twoja praca już z założenia nie ma sensu

- pracodawca zleca ci napisanie oprogramowania, które ma zostać gdzieś uruchomione i coś robić. Dostajesz bardzo mglisty opis tego, co owo oprogramowanie ma robić, w miarę postępów pracodawca wymyśla różne dziwne przypadki testowe "z sufitu", które masz tam obsłużyć. Po miesiącu pracy, która kosztowała cię sporo wysiłku intelektualnego, informujesz, że skończyłeś, i do tematu nigdy już się nie wraca. Po jakimś czasie pytasz z ciekawości czy to, co stworzyłeś, działa zgodnie z oczekiwaniami, po czym słyszysz, że w ogóle nie działa, bo komputer, na którym miało to działać, został po prostu wyłączony (o tym, że twoja praca trafi prosto do kosza, pracodawca wiedział już w momencie, kiedy ją wykonywałeś, ale ci o tym nie powiedział)

- w toku prac nad testowaniem pewnego oprogramowania zgłaszasz w systemie raportowania błędów kilkaset (blisko 800) błędów, każdy z obszernym, dokładnym opisem (nic na "odwal się"), po czym dowiadujesz się, że większości z tych twoich pedantycznych wypocin nikt nie przeczytał i nigdy nie przeczyta, bo w międzyczasie rozpoczęły się prace nad nową wersją softu, stara idzie do kosza, a wraz z nią twoja praca

Tak, wiem, że każdą decyzję pracodawcy da się obronić jeśli będzie się to robić na siłę, i teoretycznie pracownika nie powinno interesować co się potem dzieje z efektami jego pracy jeśli otrzyma za nią pieniądze. Problem pojawia się wtedy, kiedy pieniądze są zupełnie niewspółmierne do wspomnianej pracy, a z pracownika niejednokrotnie robi się idiotę. Nie wiem kim jesteś i ile zarabiasz, porównajmy jednak dwie sytuacje:

- pracodawca zleca ci jakieś kompletnie idiotyczne zadanie, ale płaci ci za nie 50 tysięcy na miesiąc

- pracodawca jako "zadanie" zleca ci dokształcanie się z różnych randomowych tematów technicznych, ale nie po to, żebyś miał je potem wykorzystać w pracy/awansować/dostać podwyżkę, tylko tak po prostu, żebyś sobie czytał (i nie ma mowy o żadnej ekstra płacy)

Zakładam, że w pierwszym przypadku chętnie byś się zgodził na taki układ (choć też nie mam 100% pewności), a w drugim stwierdziłbyś, że coś tu jest nie halo.

Ogólnie wyobraź sobie, że trafiasz do firmy na stanowisko X, po czym okazuje się, że wykonujesz tam robotę, która może ma w 5% coś wspólnego z nazwą tego stanowiska. Firma-januszeks jest czymś w rodzaju układu zamkniętego, gdzie tak naprawdę wszystkie decyzje podejmuje sam właściciel, pod nim jest ok. 5 zaufanych osób, w tym jedna mocno techniczna, i ta właśnie osoba techniczna jest twoim bezpośrednim przełożonym, z którym spędzasz w jednym pomieszczeniu 8 godzin dziennie 5 dni w tygodniu przez ileś lat (oczywiście cała firma zatrudnia więcej pracowników). Z jakichś nieznanych powodów nie jesteś jednak traktowany jak pełnoprawny pracownik, tzn. w twojej obecności twój przełożony prowadzi rozmowy z różnymi ludźmi z firmy, podejmowane są różne decyzje, zlecane i wykonywane są różne prace, ale ty jesteś od tego wszystkiego odizolowany, jesteś jakby poza głównym nurtem, robisz za tło. Wygląda to dosłownie tak, że przebywasz w pomieszczeniu z ludźmi rozmawiającymi na bieżące tematy firmowe, a ty jesteś traktowany tak, jakby cię tam w ogóle nie było (lub wręcz rozmawia się przy tobie szeptem albo wychodzi się do osobnego pomieszczenia na "tajną naradę", w której ty nie uczestniczysz). Z oczywistych względów nie możesz nabyć żadnego doświadczenia ani wiedzy, bo od wszelkiej wiedzy jesteś po prostu odcinany. De facto nie masz możliwości wykonywania pracy, do której wykonywania zostałeś zatrudniony. Nie jesteś wysyłany na żadne szkolenia, twoje szkolenie nazywa się "poczytaj sobie w internecie". Praca, którą wykonujesz, dzieli się na:

- bezsensowne i niepotrzebne zadania (co nie znaczy, że nie wymagały wysiłku), jak te opisane wcześniej

- zadania, które mają sens, ale jest to powtarzalna, taśmowa robota grubo poniżej twoich kwalifikacji

- zadania z kosmosu, często wykraczające poza wiedzę twojego przełożonego, do których wykonywania nie zostałeś w żaden sposób przygotowany (masz wręcz wrażenie, że przełożony przydzielając ci je bardziej testuje twoją cierpliwość/wytrzymałość niż realnie liczy na ich wykonanie)

Co istotne, jesteś kimś w rodzaju "osoby do użytku wewnętrznego", tzn. o tym, co umiesz, co zrobiłeś i co byłbyś w stanie zrobić, wie tylko twój bezpośredni przełożony, natomiast dla wszystkich "na zewnątrz" masz być nierozgarniętym idiotą, który nie ma o niczym pojęcia. Oczywiście twój przełożony nie uznaje za stosowne wyprowadzić "tych innych" z błędu, i z chęcią przypisuje sobie istotną część twoich dokonań. W końcu pewnego dnia "pękasz" i oświadczasz, że nie będziesz już wykonywać poleceń z kategorii trzeciej ("ambitnej") za 1/4 lub 1/5 ich wartości rynkowej, i albo zaczynasz być traktowany normalnie, albo zakres obowiązków zostaje dostosowany do twojej pensji, albo się żegnacie. Rezultatem jest sytuacja, w której przełożony postanawia przestać wydawać ci jakiekolwiek polecenia (poza sporadycznymi przypadkami) i woli nie mieć wykonanej roboty niż zapłacić ci za nią adekwatną stawkę (czyli albo sabotuje działania firmy działając na jej szkodę, albo potwierdza się, że przydzielane ci zadania były faktycznie wydumane, a ich wykonanie nie było do niczego potrzebne). Jednocześnie ten sam przełożony odmawia ci przejścia na zadaniowy czas pracy i (chyba złośliwie) każe ci dyżurować na miejscu przez 8 godzin dziennie dosłownie po nic, prawdopodobnie czekając na to, aż sam się zwolnisz, bo formalnie nie ma na ciebie żadnego haka.

Mógłbym pisać jeszcze długo, ale w tym miejscu skończę, bo robi się niemerytorycznie. Chciałem tylko spytać, czy tego rodzaju zachowania ze strony pracodawcy noszą znamiona mobbingu (moim zdaniem tak), i czy teoretycznie coś takiego jest w ogóle do udowodnienia. Google w odpowiedzi na zapytania typu "ostracyzm w pracy", "ignorowanie pracownika w pracy", "izolowanie pracownika" zwraca kilka dość ciekawych wyników, które sugerują, że problem jest realny, i nie sprowadza się do trywialnego "jak ci się nie podoba, to zmień pracę".
 
Ok, mogę to troszkę rozwinąć (uprzedzam: będzie ściana tekstu). Wiem, że większość ludzi albo nie wierzy w opisywaną przeze mnie sytuację, albo uważa, że to przecież coś wspaniałego. Wspomniany przez ciebie "łatwy level" jest ok w przypadku, gdy spełniony jest któryś z poniższych warunków:

- jesteś tuż przed/na emeryturze i dorabiasz sobie na lajcie przy jakimś zamulającym zajęciu typu stróż/szatniarz

- masz szczęście brać za nicnierobienie duże pieniądze (jak lekarz, który za dwie przespane noce na dyżurze bierze więcej niż wynosi miesięczna najniższa krajowa)

- nie ma rażącego rozdźwięku między tym, co robisz, a twoim wykształceniem i kwalifikacjami

- ten "niski level" możesz sobie połączyć z dodatkową pracą (w tym przypadku z konieczności zdalną)

Jest też OK w jeszcze jednym przypadku. Mianowicie - początek kariery gdzie nie masz doświadczenia do miejsca w którym każdy chciałby pracować. Dlatego... trzeba przechodzić przez Januszexy ;)

W przeciwnym wypadku jest to coś, co nie tylko bardzo źle działa na psychikę, ale powoduje, że potem jest duży problem z wpisaniem sobie czegokolwiek do CV.
Zależy od wiedzy i zaangażowania. Z każdego, nawet najgorszego Januszexu da się dość dużo wyciągnąć oraz wpisać w CV.

Wiem co sugerujesz - że bezsensowność wykonywanych obowiązków to zawsze pozory, a pracownik uważający swoje obowiązki za bezsensowne jest leniwy, arogancki lub zbyt głupi, żeby zrozumieć ich głębię i prawdziwy cel ich wykonywania :) Otóż wyobraź sobie, że naprawdę istnieje coś takiego jak "obiektywnie bezsensowne" obowiązki, co nawet dla laika, który nie zna specyfiki danej branży, będzie oczywiste. Podam ci trzy przykłady:

- pracodawca zleca ci testowanie formularza na pewnej stronie internetowej pod kątem walidacji danych/reakcji na nieprawidłowe dane. Inaczej mówiąc: masz próbować "hakować" formularz na wszelkie możliwe sposoby i sprawdzać jak się zachowuje. Sęk w tym, że ten formularz nie jest w ogóle dostępny dla zwykłych użytkowników, tylko jest częścią panelu administracyjnego dostępnego jedynie dla twojego pracodawcy i może jeszcze jednej osoby, i z góry wiadomo, że nikt nigdy nie będzie tam nawet próbował wpisywać żadnych błędnych danych, żeby go "wywalić", więc twoja praca już z założenia nie ma sensu

- pracodawca zleca ci napisanie oprogramowania, które ma zostać gdzieś uruchomione i coś robić. Dostajesz bardzo mglisty opis tego, co owo oprogramowanie ma robić, w miarę postępów pracodawca wymyśla różne dziwne przypadki testowe "z sufitu", które masz tam obsłużyć. Po miesiącu pracy, która kosztowała cię sporo wysiłku intelektualnego, informujesz, że skończyłeś, i do tematu nigdy już się nie wraca. Po jakimś czasie pytasz z ciekawości czy to, co stworzyłeś, działa zgodnie z oczekiwaniami, po czym słyszysz, że w ogóle nie działa, bo komputer, na którym miało to działać, został po prostu wyłączony (o tym, że twoja praca trafi prosto do kosza, pracodawca wiedział już w momencie, kiedy ją wykonywałeś, ale ci o tym nie powiedział)

- w toku prac nad testowaniem pewnego oprogramowania zgłaszasz w systemie raportowania błędów kilkaset (blisko 800) błędów, każdy z obszernym, dokładnym opisem (nic na "odwal się"), po czym dowiadujesz się, że większości z tych twoich pedantycznych wypocin nikt nie przeczytał i nigdy nie przeczyta, bo w międzyczasie rozpoczęły się prace nad nową wersją softu, stara idzie do kosza, a wraz z nią twoja praca
I co? I nie zgłosisz tego pracodawcy, że praca ta nie ma sensu podając mu swoje argumenty zamiast na forum?

Tak, wiem, że każdą decyzję pracodawcy da się obronić jeśli będzie się to robić na siłę, i teoretycznie pracownika nie powinno interesować co się potem dzieje z efektami jego pracy jeśli otrzyma za nią pieniądze. Problem pojawia się wtedy, kiedy pieniądze są zupełnie niewspółmierne do wspomnianej pracy, a z pracownika niejednokrotnie robi się idiotę. Nie wiem kim jesteś i ile zarabiasz, porównajmy jednak dwie sytuacje:

- pracodawca zleca ci jakieś kompletnie idiotyczne zadanie, ale płaci ci za nie 50 tysięcy na miesiąc

- pracodawca jako "zadanie" zleca ci dokształcanie się z różnych randomowych tematów technicznych, ale nie po to, żebyś miał je potem wykorzystać w pracy/awansować/dostać podwyżkę, tylko tak po prostu, żebyś sobie czytał (i nie ma mowy o żadnej ekstra płacy)

Zakładam, że w pierwszym przypadku chętnie byś się zgodził na taki układ (choć też nie mam 100% pewności), a w drugim stwierdziłbyś, że coś tu jest nie halo.

No nie wiem kto jest idiotą na linii pracodawca-pracownik, gdzie pracodawca zleca idiotyczne zadania :)

Jak jest jakieś banalnie idiotyczne zadanie to wykonam nawet i za połowę tej stawki jak i myślę 99% innych osób ;)

No i 2pkt tak samo wykonałbym. Tak też zrobiłem - wykorzystałem potem tą wiedzę w innej, normalnej firmie w której mam i $ + warunki pracy, żegnając Januszex z radością na luzaku :)

Tak samo jak i są noclegi na w Zakopanem za 300zł a są za 30.000zł. I wyobraź sobie, że te za 30k się sprzedają. Kto je kupuje? Arabowie ;)
 
Ogólnie wyobraź sobie, że trafiasz do firmy na stanowisko X, po czym okazuje się, że wykonujesz tam robotę, która może ma w 5% coś wspólnego z nazwą tego stanowiska. Firma-januszeks jest czymś w rodzaju układu zamkniętego, gdzie tak naprawdę wszystkie decyzje podejmuje sam właściciel, pod nim jest ok. 5 zaufanych osób, w tym jedna mocno techniczna, i ta właśnie osoba techniczna jest twoim bezpośrednim przełożonym, z którym spędzasz w jednym pomieszczeniu 8 godzin dziennie 5 dni w tygodniu przez ileś lat (oczywiście cała firma zatrudnia więcej pracowników). Z jakichś nieznanych powodów nie jesteś jednak traktowany jak pełnoprawny pracownik, tzn. w twojej obecności twój przełożony prowadzi rozmowy z różnymi ludźmi z firmy, podejmowane są różne decyzje, zlecane i wykonywane są różne prace, ale ty jesteś od tego wszystkiego odizolowany, jesteś jakby poza głównym nurtem, robisz za tło. Wygląda to dosłownie tak, że przebywasz w pomieszczeniu z ludźmi rozmawiającymi na bieżące tematy firmowe, a ty jesteś traktowany tak, jakby cię tam w ogóle nie było (lub wręcz rozmawia się przy tobie szeptem albo wychodzi się do osobnego pomieszczenia na "tajną naradę", w której ty nie uczestniczysz). Z oczywistych względów nie możesz nabyć żadnego doświadczenia ani wiedzy, bo od wszelkiej wiedzy jesteś po prostu odcinany. De facto nie masz możliwości wykonywania pracy, do której wykonywania zostałeś zatrudniony. Nie jesteś wysyłany na żadne szkolenia, twoje szkolenie nazywa się "poczytaj sobie w internecie". Praca, którą wykonujesz, dzieli się na:

- bezsensowne i niepotrzebne zadania (co nie znaczy, że nie wymagały wysiłku), jak te opisane wcześniej

- zadania, które mają sens, ale jest to powtarzalna, taśmowa robota grubo poniżej twoich kwalifikacji

- zadania z kosmosu, często wykraczające poza wiedzę twojego przełożonego, do których wykonywania nie zostałeś w żaden sposób przygotowany (masz wręcz wrażenie, że przełożony przydzielając ci je bardziej testuje twoją cierpliwość/wytrzymałość niż realnie liczy na ich wykonanie)

Rozmawiam na ten temat. Jeżeli rozmowy nie dają pożądanego efektu - zmieniam pracę na inną. Jak nabrałeś odp. doświadczenia oraz uważasz, że masz wysokie kompetencje to dlaczego nie zmienisz tej pracy na odpowiednią do Twoich umiejętności gdzie płacą więcej oraz warunki są lepsze tylko tkwisz w Januszexie? Zastanawia mnie właśnie zachowanie wielu znajomych, którzy wolą w takim czymś tkwić, niż to zmienić.

Co istotne, jesteś kimś w rodzaju "osoby do użytku wewnętrznego", tzn. o tym, co umiesz, co zrobiłeś i co byłbyś w stanie zrobić, wie tylko twój bezpośredni przełożony, natomiast dla wszystkich "na zewnątrz" masz być nierozgarniętym idiotą, który nie ma o niczym pojęcia. Oczywiście twój przełożony nie uznaje za stosowne wyprowadzić "tych innych" z błędu, i z chęcią przypisuje sobie istotną część twoich dokonań. W końcu pewnego dnia "pękasz" i oświadczasz, że nie będziesz już wykonywać poleceń z kategorii trzeciej ("ambitnej") za 1/4 lub 1/5 ich wartości rynkowej, i albo zaczynasz być traktowany normalnie, albo zakres obowiązków zostaje dostosowany do twojej pensji, albo się żegnacie. Rezultatem jest sytuacja, w której przełożony postanawia przestać wydawać ci jakiekolwiek polecenia (poza sporadycznymi przypadkami) i woli nie mieć wykonanej roboty niż zapłacić ci za nią adekwatną stawkę (czyli albo sabotuje działania firmy działając na jej szkodę, albo potwierdza się, że przydzielane ci zadania były faktycznie wydumane, a ich wykonanie nie było do niczego potrzebne). Jednocześnie ten sam przełożony odmawia ci przejścia na zadaniowy czas pracy i (chyba złośliwie) każe ci dyżurować na miejscu przez 8 godzin dziennie dosłownie po nic, prawdopodobnie czekając na to, aż sam się zwolnisz, bo formalnie nie ma na ciebie żadnego haka.

Mógłbym pisać jeszcze długo, ale w tym miejscu skończę, bo robi się niemerytorycznie. Chciałem tylko spytać, czy tego rodzaju zachowania ze strony pracodawcy noszą znamiona mobbingu (moim zdaniem tak), i czy teoretycznie coś takiego jest w ogóle do udowodnienia. Google w odpowiedzi na zapytania typu "ostracyzm w pracy", "ignorowanie pracownika w pracy", "izolowanie pracownika" zwraca kilka dość ciekawych wyników, które sugerują, że problem jest realny, i nie sprowadza się do trywialnego "jak ci się nie podoba, to zmień pracę".

Nie bój się. Pracodawca prędzej czy później pęknie i Cię zwolni, bo budżetu nie ma z gumy.
O ile z mobbingiem byłoby ciężko - tak możesz go posądzić o wypłacenie odprawy + odszkodowania, jak będzie ściemniał z hakami. Wtedy Ci się może uzbierać niezła sumka w wysokości kilkunastu/kilkudziesięciu tysięcy która myślę odpowiednio wynagrodzi Twoje straty moralne.

Tak jak Ty - zaczynała większość z nas. Dlatego nie przejmuj się, ponieważ absolutnie nie jesteś jedyny na starcie kariery. Miej dobre wspomnienia, schowaj ego do kieszeni, więcej pokory oraz uśmiechu a na bank Ci to wynagrodzi :)
 
Dzięki za słowa otuchy. Zasadniczy problem polega na tym, że to niestety wcale nie jest początek mojej drogi zawodowej - nie chcę wchodzić w szczegóły, ale powiedzieć, że się tam zasiedziałem, to tak, jak nic nie powiedzieć :) Mogę za to podać Ci najbardziej prawdopodobne przyczyny, dla których niektórzy ludzie (w tym i Twoi znajomi) czasami tak robią, tzn. tkwią w takim bagnie. To działa mniej więcej tak (szczególnie w przypadku osób mniej pewnych siebie i zaradnych życiowo, za to zbyt ugodowych): przychodzisz do takiego miejsca z żadnym lub bardzo małym doświadczeniem i początkowo się nie wychylasz. Z czasem zaczynasz widzieć, że dzieje się źle, ale nadal naiwnie wierzysz, że w końcu zaczniesz być traktowany normalnie (tak, jak to bywa w przypadku normalnych firm, a nie januszeksów), a jednocześnie wmawiasz sobie, że chyba ciągle umiesz zbyt mało, żeby próbować gdzieś indziej. Aż w końcu nadchodzi taki moment, kiedy orientujesz się, że jednak siedziałeś tam za długo i prawdopodobnie stałeś się niezatrudnialny. Wracając do meritum: raczej sam z siebie nie planuję wytaczać dział w postaci mobbingu, bardziej myślałem o potraktowaniu tego właśnie jako czegoś w rodzaju obrony na wypadek, gdyby się okazało, że nawet i z odejściem stamtąd mogą być problemy (mam tu na myśli jakieś próby nakłaniania mnie do tego, żebym przyuczał swojego ewentualnego następcę albo jakiś inny "hak") - szansa mała, ale różnie bywa.
 
Dzięki za słowa otuchy. Zasadniczy problem polega na tym, że to niestety wcale nie jest początek mojej drogi zawodowej - nie chcę wchodzić w szczegóły, ale powiedzieć, że się tam zasiedziałem, to tak, jak nic nie powiedzieć :)
Yyy zasiedziałeś się? Ile czasu? Miesiące? Lata?
I dlaczego zdecydowałeś się na Januszex, będąc jak wnioskuję z postu - wysoce ambitnym gdzie mógłbyś mieć pracę dopasowaną pod kątem umiejętności a co za tym idzie, także $? Do Januszexu nie wrócę. Z wiekiem staję się coraz mądrzejszy i powrót do Januszexu traktowałbym na równi... z pracami społecznymi przy których ogranicza się wolność w ramach kary za przestępczy czyn. Zupełnie inny świat, inny język. Nie pasuję tam. Chociaż jeden wspominam pozytywnie, udało mi się tam nawet przepracować 3 lata! Początki kariery... :)
Mogę za to podać Ci najbardziej prawdopodobne przyczyny, dla których niektórzy ludzie (w tym i Twoi znajomi) czasami tak robią, tzn. tkwią w takim bagnie. To działa mniej więcej tak (szczególnie w przypadku osób mniej pewnych siebie i zaradnych życiowo, za to zbyt ugodowych): przychodzisz do takiego miejsca z żadnym lub bardzo małym doświadczeniem i początkowo się nie wychylasz. Z czasem zaczynasz widzieć, że dzieje się źle, ale nadal naiwnie wierzysz, że w końcu zaczniesz być traktowany normalnie (tak, jak to bywa w przypadku normalnych firm, a nie januszeksów), a jednocześnie wmawiasz sobie, że chyba ciągle umiesz zbyt mało, żeby próbować gdzieś indziej.
Hmm? Na początku stwierdziłeś, że to nie jest początek drogi zawodowej - a teraz twierdzisz, że przychodzisz do takiego miejsca z żadnym lub bardzo małym doświadczeniem. To w końcu jak jest? :LOL: Czy to jest przykład w przypadku innego znajomego? Jak tak, to przepraszam.
Wybacz, że może za mocno logicznie rozumuję. Jednakże na myśl przychodzi mi jeszcze fakt, iż może na początku kariery pracowałeś w innej branży którą zmieniłeś i pracujesz obecnie w innej branży będąc w Januszexie? Jeśli tak - to moje twierdzenie, gdzie na początku kariery pracujesz w Januszexie potwierdza moją słuszność.
Moi znajomi się zasiedzieli, bo... mają zwyczajnie w świecie za małe umiejętności ;) to w przypadku większości, natomiast jest mniejszość która ma większe umiejętności, ale brakuje im w tym wypadku... umiejętności miękkich.

Aż w końcu nadchodzi taki moment, kiedy orientujesz się, że jednak siedziałeś tam za długo i prawdopodobnie stałeś się niezatrudnialny. Wracając do meritum: raczej sam z siebie nie planuję wytaczać dział w postaci mobbingu, bardziej myślałem o potraktowaniu tego właśnie jako czegoś w rodzaju obrony na wypadek, gdyby się okazało, że nawet i z odejściem stamtąd mogą być problemy (mam tu na myśli jakieś próby nakłaniania mnie do tego, żebym przyuczał swojego ewentualnego następcę albo jakiś inny "hak") - szansa mała, ale różnie bywa.
What? Niezatrudnialny?
Czyli zmiana pracy = bezrobocie? No nie żartujmy.
Nie obawiaj się. Okres wypowiedzenia, ewentualnie wykorzystanie urlopu i tyle.
Z drugiej strony zastanawia mnie jak taki Januszex może wjeżdżać Ci na ambicje, skoro dysponujesz tak dużą wiedzą. Mnie osobiście taki Januszex jak mobbingował - nie tykał ani trochę. A bardziej powodował śmiech. Mogę sypać różnymi przykładami z rękawa jak sobie przypomnę - ale myślę, że forum prawne nie jest na to odpowiednim miejscem ;)
 
Już wyjaśniam. Okres mojego pobytu w tej firmie trzeba liczyć w latach i było ich całkiem sporo, darujmy sobie dokładne liczby, bo samo pisanie o tym i świadomość tego mnie osłabia. Zrobiłem co zrobiłem (nie ewakuowałem się stamtąd w porę), czasu nie cofnę, nic już tego nie zmieni. Jeśli chodzi o Twoje drugie pytanie: miałem na myśli to, że wtedy, kiedy tam zaczynałem, miałem znikome doświadczenie, natomiast pisząc, że nie jest to początek mojej drogi zawodowej, miałem na myśli już czas obecny. A z byciem niezatrudnialnym to może być niestety smutna prawda - chodzi o to, że przez te lata byłem tam człowiekiem "od wszystkiego i od niczego", bez jasno określonej ścieżki rozwoju (skakałem z tematu na temat, niczego nie miałem szansy nauczyć się naprawdę dobrze), a to nie wygląda dobrze w CV. Może się okazać, że nikt (a w każdym razie nikt poważny) nie zechce mnie już zatrudnić. Ale ok, co ma być, to będzie.
 
Już wyjaśniam. Okres mojego pobytu w tej firmie trzeba liczyć w latach i było ich całkiem sporo, darujmy sobie dokładne liczby, bo samo pisanie o tym i świadomość tego mnie osłabia.
W porządku. RODO i te sprawy. Domyślam się ile lat pracowałeś.
Zrobiłem co zrobiłem (nie ewakuowałem się stamtąd w porę), czasu nie cofnę, nic już tego nie zmieni.
A nie szukałeś w międzyczasie innej pracy? Ewakuacja jak ewakuacja - jednak trzeba uczynić bądź co bądź kolejny krok. Wtedy ma się wolną rękę w szukaniu pracy. Jak się tą pracę znajdzie i będzie miało się większą płacę oraz lepsze warunki pracy niż te które masz obecnie... co wtedy stoi na przeszkodzie? Jednak rozumiem, że dopiero teraz doszło do kaca moralnego?

Jeśli chodzi o Twoje drugie pytanie: miałem na myśli to, że wtedy, kiedy tam zaczynałem, miałem znikome doświadczenie, natomiast pisząc, że nie jest to początek mojej drogi zawodowej, miałem na myśli już czas obecny.
OK. Czyli tak jak mówię - początek drogi zawodowej. Ja w Januszexach pracowałem na początku... może jakieś 5 lat? I jest spoko. Akurat w tej pracy gdzie mam stanowisko menadżerskie w branży IT - w ogłoszeniu potrzebne było wymagane 5 lat doświadczenia zawodowego. Tyle ile przebyłem właśnie w Januszexach ;) wystarczyło? Wystarczyło :)

A z byciem niezatrudnialnym to może być niestety smutna prawda - chodzi o to, że przez te lata byłem tam człowiekiem "od wszystkiego i od niczego", bez jasno określonej ścieżki rozwoju (skakałem z tematu na temat, niczego nie miałem szansy nauczyć się naprawdę dobrze), a to nie wygląda dobrze w CV.
A Ty myślisz, że Jezusem w danej dziedzinie zostaje się od razu?
Ja też nie znałem pewnych tematów do końca. Ale miałem pewną przewagę nad innymi w postaci pewnego skilla która pozwoliła mi się wybić i posiadać tą wiedzę którą posiadam obecnie. Dodatkowo też co jest ciekawe - mało co przydało mi się w obecnej pracy z tej wiedzy. Jednak przydały się inne umiejętności - między innymi znajomość oprogramowania oraz brak uczucia szoku który miałem na samym początku w Januszexie. Szoku także doznał mój wspólnik który ze mną współpracował ze mną jednocześnie na okresie próbnym. Jemu podziękowano, mi nie.

CV to inny temat! Masakra! Jak mi znajomy wysłał moje CV (pracuje w IT i twierdzi, że... znajdzie prędzej przez znajomych niż przez ogłoszenia o pracę, bo do ogłoszeń się zraził) to z umiejętności jakie zanotował - pierwsze wrażenie było widać, że bardziej nadaje się jako kumpel do łowienia ryb. Zero konkretnych skilli, CV na odwal się a pracodawcy będą bić drzwiami i oknami. A skąd. W CV trzeba wynotować dokładnie i idealnie wszystko. Programowanie? Piszesz wszystko od a do z w programowaniu? Sieci? Piszesz wszystko o sieciach? ERPy? Piszesz wszystko o ERPach. Znajomość procesów biznesowych? Piszesz wszystko o nich. Znajomość IDE? Piszesz wszystko! A nie jak znajomy, gdzie pracował przez 3 lata w firmie i wymienił tylko 3 podpunkty składające się z 5 słów. Nosz...

Może się okazać, że nikt (a w każdym razie nikt poważny) nie zechce mnie już zatrudnić.
Dlatego na rozmowie pokaż skilla. I to takiego, którego nikt inny przed Tobą nie ma, nie miał i nie będzie miał. To Ty masz zagiąć o rozmowie na pracę kogoś, kto się na niczym absolutnie nie zna.

Ale ok, co ma być, to będzie.
W sumie. Pamiętam jak dawałem widełki finansowe w wysokości 6.000zł, 7.000zł (czasy pierwszego progu podatkowego), taka pensja była spora. Nikt mnie nie chciał. Ale jak na innej rozmowie zapytałem się o widełki finansowe to wybrałem 2x wyższą pensję od tej co oferowałem wcześniej. I pracę... dostałem. Dlatego cieszę się, że wcześniej nie dostałem pracy a dostałem ją w tym momencie.

Dlatego podsumowując - nie ma co robić jakichś mobbingów. Chyba, że masz jakąś wyższą motywację i faktycznie masz ku temu powody oraz odczuwasz podświadomie, że faktycznie pracodawca na to zasłużył - to wtedy tak. Chociaż z drugiej strony kierowanie zespołem to też nie jest łatwy kawałek chleba. Też czasami zdarza mi się dawać bardziej zadania jednej osobie, niż drugiej - gdzie ta druga osoba... może mieć potem względem mnie pretensje, że jej nie daję co robić. Jeszcze mnie posądzi o mobbing ;)
Jak zwolni to zwolni. Dostaniesz odprawę jak dobrze się przygotujesz w sądzie pracy.
Jak znajdziesz lepszą pracę to będziesz sam chciał odejść i sam złożysz wypowiedzenie. I myślę tyle.
 
Ostatnia edycja:
ppilar napisał:
Chodzi mi o typ mobbingu polegający na tym, że pracownik jest traktowany jak niewidzialny, tzn. jest izolowany od reszty zespołu, nie jest wdrażany w normalny tok pracy firmy, nie oferuje mu się żadnych szkoleń, a powierzane mu zadania (o ile w ogóle są powierzane) są albo bezsensowne i służą jedynie sztucznemu wypełnieniu mu czasu, albo odwrotnie - nierealne do wykonania (i też niepotrzebne). Sytuacja ma charakter ciągły i długotrwały. O ile w przypadku "zwykłego" mobbingu da się zebrać jakiś materiał dowodowy, tutaj jest to niemożliwe, bo co nagrywać - ciszę? Jak wygląda typowa ścieżka postępowania w przypadku "cichego mobbingu"? W takich sytuacjach wszystko musi się opierać na zeznaniach ewentualnych świadków, a jeśli takich świadków nie będzie, nic nie da się zrobić (oczywiście poza odejściem z pracy), a pracodawca musi wtedy pozostać bezkarny?
Ja tak uważam...chyba w zależności od twojego stanowiska i jeśli jest to wyszczególnione to wyznaczonych zadań.
Jeśli umowa nie spełnia twoich oczekiwań tu mam na myśli że pracodawca nie wypełnia swoich obowiązków zgodnie z umową to możesz zawsze w razie problemów zacząć od tego aspektu i ewentualnie przekierować to w stronę mobbingu.Zawsze musisz zgłosić takie odczucia bo jesli formalnie jest wszystko okey to oni powinni taką skargę odnotować.
 
Powrót
Góra