communication napisał:
Czyli mam rozumieć ze polskie prawo zezwala na kradzież cudzej własności intelektualnej?
Wyciągasz pochopne wnioski... Przede wszystkim, prawo nie zezwala na żadną kradzież cudzej własności intelektualnej - skąd taki pomysł?
Sam temat jest jak przysłowiowa rzeka, zaś na Twoje pytanie powinien odpowiadać legislator lub jego przedstawiciel (poszukaj na stronach mkidn), ale może spróbuję pokrótce powiedzieć swoje zdanie.
Zacznijmy od tego, że cały Oddział 3 "Dozwolony użytek chronionych utworów" zawarty w USTAWIE z dnia 4 lutego 1994 r. "o prawie autorskim i prawach pokrewnych" (zwana dalej upaipp) to
ustawowe przełamanie monopolu twórcy na wyłączne korzystanie z jego dzieła - i to nie tylko w dziedzinie dozwolonego użytku użytku osobistego, ale również w innych kategoriach dozwolonego użytku chronionych utworów.
I tu od razu wchodzimy w sferę kwestii moralnych i etycznych życia społecznego, a nie w kwestie
stricte prawne. Po prostu, legislator, mając na uwadze
dobro społeczne uznał, że takie złamanie monopolu twórcy jest
niezbędne dla prawidłowości tychże stosunków społecznych. Tematu nie będę rozwijał bo nie czuję się tu kompetentny.
Ale, proszę zauważ, że to złamanie monopolu oznacza zasadniczo to, że można wykorzystywać utwory posiadające ochronę prawno - autorską
bez konieczności uzyskiwania pozwolenia na takie wykorzystywanie, a nie to, że autor pozbawiany jest
całkowicie wynagrodzenia za owo wykorzystywanie. Przeczytaj uważnie wskazany oddział, a zobaczysz, że w wielu przypadkach ustawa przyznaje autorowi
prawo do wynagrodzenia.
W przypadku dozwolonego użytku osobistego mamy dla odmiany rekompensatę za wynagrodzenie dla autora w postaci opłat od czystych nośników i urządzeń służących reprodukcji utworów (płyty CD / DVD/ magnetowidy, rekordery, ksera, etc.), jak również od usług zwielokrotniania utworów na potrzeby dozwolonego użytku osobistego (punkty ksero, etc) - Art.20 do 21. upaipp. I są one egzekwowane.
To byłyby kwestie społeczne i finansowe.
Jeśli zaś chodzi o kradzież wartości intelektualnej - to naruszeń takich dokonuje oczywiście
osoba rozpowszechniająca utwory posiadające ochronę prawno - autorską bez pozwolenia autora. I takie osoby są ścigane, w szczególności z mocy upaipp. A dlaczego nie pobierający czy posiadający nielegalne kopie (oczywiście poza kopiami programów komputerowych)? A moim zdaniem z bardzo prostej przyczyny - swobody praw obywatelskich i domniemania niewinności.
Zauważ, że legislator nie traktuje w jakiś szczególny, odrębny sposób Internetu od innych sposobów wykorzystywania utworów (czyli pól eksploatacji). Jest traktowany równorzędnie - i moim zdaniem zupełnie słusznie. Bo dlaczegóż miałoby być inaczej? Czym różni się nagranie filmu z TV od ściągnięcia go z Internetu? Niczym, poza technologią. Czym różni się kupno licencji do utworu zapisanego na płycie w tradycyjnym sklepie od kupna licencji do tego utworu w sklepie wirtualnym? Niczym - poza technologią, reprezentowaną poprzez nośnik lub jego czasowy brak.
No i pytanie zasadnicze - w jaki sposób przeciętny Kowalski może wiedzieć, czy audycja emitowana w TV, radiu, telewizji kablowej bądź płyta z utworem lub książka są
rozpowszechniane legalnie? Skąd pewność, że odpowiednia instytucja opłaciła odpowiednią licencję? To samo w Internecie - skąd wiedza bądź pewność, że dany utwór jest rozpowszechniany legalnie bądź nielegalnie? Oczywiście trochę przejaskrawiam, ale nie łudźmy się, że wszystko poza internetem jest w 100% legalne, na co wskazują choćby poruszane w tym dziale historie autorów...
Rozwiązania są dwa - albo tak jak u nas założyć, że Kowalski
nie odpowiada za działania osób rozpowszechniających utwory albo, jak w innych krajach, przerzucić tą odpowiedzialność
de facto na Kowalskiego. Ja wybieram pierwszą opcję.
Popatrz też, że podejście naszego ustawodawcy ma inne korzystne strony dla przeciętnego Kowalskiego. Kowalski kupuje sobie kilkadziesiąt płyt w normalnym sklepie, domniemywając, że są one legalne. Potem jedną z płyt kopiuje na mp3, żeby sobie słuchać utworów w podróży. I następuje nieszczęśliwy przypadek - płyta po kopiowaniu rozlatuje się w napędzie w przysłowiowy
drobny mak. I robi się ciekawie. W świetle polskiego ustawodawstwa Kowalski w dalszym ciągu posiada
legalną kopię utworu,
za licencje na używanie którego zapłacił słone pieniądze w klepie. A w przypadku innych ustawodawstw, których jesteś zwolennikiem, już nie ma takiej legalnej kopii, bo nie ma oryginału lub imiennego paragonu zakupu płyty... I co teraz? Możesz się przejść do naszych dużych sieci handlowych i zapytać się czy wydadzą Ci drugą kopię utworu (muzyki), którego nośnik się rozpadł...
Tak, może wystarczy.
Na zakończenie dodam tylko, że dozwolony użytek (w tym osobisty) to nie jest jakaś egzotyczna specyfika naszej upaipp. W innych ustawodawstwach też to jest, aczkolwiek każdy naród ma jakąś swoją wizję - jak chociażby osławiony amerykański
Fair Use, o którym było głośno za kontrowersyjną sprawą digitalizacji książek przez google.
I poczytaj ustawy o prawie autorskim z 1935 oraz 1952. Można się zdziwić, jak niewiele się zmieniły w swoim kośćcu - ale popatrz też uważnie, w jakim kierunku przebiegały zmiany.