Witam wszystkich.
Przebrnąłem przez większość postów na tym wątku i mam mieszane uczucia... w czym rzecz? Mianowicie chodzi mi o sposób rekrutacji do tej formacji. Aktualnie jestem w trakcie postępowania kwalifikacyjnego do policji,moje drugie podejście wiec mam jakieś rozeznanie w tym temacie, jako że postępowanie to niemiłosiernie się przedłuża w międzyczasie postanowiłem wysłać ankietę i podanie do SW. Wysłałem w 2 miejsca jedno do AŚ w Warszawie drugie do ZK w Pińczowie, z tego pierwszego dostałem list o odrzuceniu mojej kandydatury z drugiego zadzwonili po 2 dniach od wysłania listu poleconego

Pani z kadr zadzwoniła do mnie w piątek przed świętami wielkanocnymi a we wtorek zaraz po świętach miałem jechać na "rozmowę".
Jako że uważam się za osobę poważna postanowiłem się do tejże "rozmowy" jak najlepiej przygotować. W święta zamiast świętować wertowałem ustawę o SW, kodeks karny wykonawczy, historie więzienia w Pińczowie oraz nazwiska panów obsadzonych na ważnych stołkach w regionalnej oraz ogólnokrajowej strukturze SW. We wtorek rano przywdziałem galowy strój i wyruszyłem do Pińczowa.
Po dotarciu na miejsce pierwsza (nie)miła niespodzianka, przed wejściem do przybytku spęd kilkunastu osób...myślę sobie że zadzwonili do większości osób które się zgłosiły, później okazało się że nie do większości ale do wszystkich

a więc jak się dowiedziałem od tamtejszego klawisza ponad 200 osób

Przed wejściem do środka zostawiłem wszystko co miałem przy sobie w schowku na cieciowni i zapytałem gada czy portfel też muszę zostawić, stwierdził żebym go ze sobą zabrał bo: cytuję:"może mi się przydać"

ot taki niewinny ale jakże wymowny żarcik:lol:, dużą część "kandydatów" na stanowisko funkcjonariusza działu ochrony stanowili dobrzy znajomi już tam pracujących...wnioskuję po uśmiechach, uściskach rąk i wzajemnej znajomości imion.
No i jeszcze pracownica jakiegoś sekretariatu obściskująca się z kolesiem który był w mojej grupie(wchodziliśmy po 4 osoby) z uśmiechem na ustach i tekstem cytuje: "już niedługo będziemy pracować w jednym miejscu kochanie",w pewnym momencie poczułem się jak obcy

, bardziej komfortowe byłoby chyba ubieganie się o prace w jakimś urzędzie gminy

po tym trochę zwątpiłem i miałem się już zawijać ale postanowiłem przejść do końca przez tą farsę.Nadeszła moja kolej na "rozmowę". Na "komisji" jak pewnie większość z was wie 4 osoby, jeden starszy pan, jakaś pani psycholog lub coś w tym stylu, kij ją wie

wyjątkowo niemiła pani z nadwagą i jeszcze jakiś koleś, nikt się nie przedstawiał oprócz mnie więc tak lakonicznie opisuje Z całej czwórki tylko starszy pan wysilił się na jakieś udawane i minimalne zainteresowanie moją osobą i zadał parę niedorzecznych pytań za przeproszeniem o dupie Maryny, pani z nadwagą stwierdziła że jak 2 lata temu nie zdałem multiselektu do Policji to teraz też nie zdam i nie potrzebnie im czas zajmuje

Jak zapytałem na jakiej podstawie stwierdza że nie zdam i jak to się dzieje że do policji ludzie multiselekt zdają po kilka razy aż w końcu zdają, a w ustawie o sw też jest zapis który pozwala ubiegać się o przyjecie wielokrotnie nawet po nie zdaniu multiselektu i upłynięciu określonego czasu to pani się trochę poirytowała i nic nie rzekła...widocznie nie miała przygotowanej odpowiedzi bo nie spodziewała się chyba kogoś tak bezczelnego kto zechce podważyć jej zdanie. Starszy pan próbował uratować sytuacje i popierdzielił jakieś dyrdymały o "cechach stałych" zaprzeczając sam sobie kilkukrotnie w paru zdaniach które wypowiedział

Okazało się też że 30 km które dzieli mnie od Pinczowa a które samochodem przy spokojnej jeździe pokonałem w 40 minut to też za dużo, powiedziałem na to że zmiana miejsca zamieszkania nie stanowi dla mnie problemu i zapytałem co z osobami które przyjechały tutaj z miejscowości oddalonych o 200km? (bo takie też były). W odpowiedzi nastało milczenie

Na odchodne zapytałem dlaczego mnie w ogóle ściągali skoro zostałem zdyskwalifikowany tylko na podstawie informacji zawartej w ankiecie?(mi.ubieganie się o służbę w Policji (2010 rok, o aktualnym nie wspominałem i miejsce zamieszkania) bo jak wyżej napisałem tego cyrku rozmową nazwać nie można. No i wtedy odezwał się jeden pan ten który milczał wcześniej i stwierdził że "nie mają czasu na przeglądanie wszystkich zgłoszeń"

)))))) No i wtedy ręce mi opadły...już dalej nie dyskutowałem, po grzecznym dowiedzenia opuściłem szanowną komisje

Po późniejszej rozmowie z innymi osobami które nie były "na cześć" z pracownikami zakładu wymieniliśmy swoje spostrzeżenia i doszedłem do wniosku że moja "rozmowa" i tak nie była największą farsą ale o tym co zasłyszałem od innych nie chce mi się już pisać.
Zawsze byłem przeciwnikiem załatwiania różnych rzeczy "po znajomości" i krytykowałem każdego kto twierdził że bez znajomości nic się nie załatwi ale po tej maskaradzie którą przeszedłem już sam nie wiem co o tym myśleć? Zanim pojechałem na rozmowę też czytałem różne fora na ten temat, najczęściej przewijającym się słowem były właśnie "znajomości", nie bardzo chciałem dopuścić do siebie takie myślenie ale teraz już chyba nie będę w stanie się przed tym bronić.
Musiałem z siebie to zrzucić, jak ktoś doczytał to niech wyciągnie dla siebie odpowiednie wnioski, oczywiście nikogo nie zniechęcam sam też pewnie jeszcze będę próbował tylko z o wiele większym dystansem.