M
Margerite
Nowy użytkownik
- Dołączył
- 05.2018
- Odpowiedzi
- 1
Jak wyegzekwowac od meza pieniadze na utrzymanie dzieci bez rozwodu?
Od 6 lat jestem zona Francuza. Mamy dwoje malych dzieci. Maz pracuje na etat, ja opiekuje sie naszymi dziecmi.
Maz zarabia w przedziale 3-8 tys euro na miesiac. Mamy wlasne, niewielkie mieszkanie /kredyt/. Maz uznaje zasade, ze on zarabia, wiec pieniadze sa jego. Zaraz po wyplacie /w ciagu 48 godzin do 72 godzin/ jego pieniadze sie ulatniaja z naszego konta. Maz twierdzi, ze mamy takie duze oplaty. Oplat stalych jest 1600-1800 e. Powinnismy bez problemu przezyc. Problem polega na tym, ze nie tylko pieniedzy nie ma, ale on tez nie placi wiekszosci tych oplat stalych /np kredyt mieszkaniowy: 600 e/. Czasem placi, czasem nie placi. Ogolnie wszystko splaca po naliczeniu dodatkowych odsetek i po jakims czasie.
Tak jest ze wszystkimi platnosciami. Z niewiadomych dla mnie wzgledow maz wszedzie robi problemy finansowe i placi ogromne odsetki. On sie tym nie przejmuje. Chodzi spokojnie do pracy. Pozycza w kolko pieniadze, bierze zaliczki z pracy kilka dni po wyplacie. Zle gospodaruje budzetem, w sposob zupelnie nielogiczny. Ustawia wszelkie platnosci w takiej kolejnosci, aby wygenerowac kary i aby nawarstwily sie problemy z finansowe, ktorych przy takich dochodach byc nie powinno.
Szukalam pomocy u psychologa, w sprawie finansow zrobilismy dwuletnia terapie malzenska, aby sobie pomoc. Terapia przyniosla skutek
ojawienie sie naszego drugiego dziecka. Problemy zostaly te same.
Maz nie slucha sie nikogo, krzyczy gdy tylko wspomne temat pieniedzy. Na zycie dostaje od niego miesiecznie 100 e, z czego wymaga ode mnie zapelnionej lodowki, ubran dla nas, chemii do domu. Jest to nieralne, niewykonalne, wiec urzadza mi z tego powodu awantury, ze jestem niegospodarna itd. Mam jeszcze dodatkowo ponad 100 e na dzieci z kasy rodzinnej. Z czego glownie kupuje dla nich jedzenie.
Maz nie ma pali, nie pije. Nie kupuje ubran ani sobie, ani mi czy dzieciom /dla dzieci kupuje ja z mojego niewielkiego funduszu, dostaje sporo uzywanych. Maz nie znika z domu /zaraz po pracy spieszy sie do dzieci, aby spedzic z nimi czas. Przy innych udaje przykladnego meza, ogolnie nim jest, tylko gdy pojawiaja sie dwa tematy: z czego jednym sa pieniadze, zaczyna sie pieklo.
Probowalam od niego odejsc trzy lata temu, pobil mnie i pojechal do szpitala psychiatrycznego. Tam powiedzieli, ze jest zdrow i go wypuscili. Chcial sie zabic jesli odeszlabym. Podjal leczenie i ma stale wizyty u psychiatry. Jego lekarz uwaza, ze to nie jest choroba, ma problem z nerwami. Nie mam go stresowac i bardzo lagodnie sie z nim obchodzic. Nie wywolywac niepotrzebnych konfliktow, nie podejmowac drazniacych tematow /wtedy wszystko lata w naszym mieszkaniu, a sa male dzieci/.
Sprawa wyglada tak, ze wczesniej jeszcze zapelnial lodowke /chociaz sa z tym ciagle problemy/. W tym miesiacu jego wyplata po raz enty zniknela zaraz jak sie pojawila i nie kupil dzieciom nic do jedzenia. Nie potrafi sie wytlumaczyc gdzie sa pieniadze, zbywa mnie i wrzeszczy na mnie, zebym sama poszla do pracy. Podjelam prace wieczorami, udzielalam korepetycji. W dni w ktore to robilam, maz akurat musial zostac w pracy dluzej, albo mial spotkac sie z psychiatra /o czym mnie nie informowal/. Nie moglam isc z dziecmi na korki, przekladalam zajecia w kolko, az stracilam te korki. Gdy udawalo mi sie pojsc i zarobic to nastepnego dnia nie bylo czesto moich zarobionych pieniedzy w portfelu, gdyz twierdzil, ze nie mial na benzyne, aby dojechac do pracy. Zreszta pieniadze sa rzekomo wspolne.
Pozniej podjelam probe podjecia pracy normalnej. Maz zapewnial mnie i nowa mediatorke nasza, ze on mnie wesprze i we wszystkim pomoze /w sensie z dziecmi, zorganizuje i oplaci opieke/. Nie do konca tak bylo. Juz pierwszego dnia okazalo sie, ze jedno z naszych dzieci nie ma zapewnionej opieki tak jak on obiecywal i musialam opuscic miejsce pracy kilka godzin przed koncem. kolejne dni byly podobne i szefostwo zakonczylo ze mna swoja wspolprace zanim sie ona zaczela.
Caly czas naklania mnie, abym podjela prace i pomogla mu prowadzic nasz budzet. Tylko mam ze swojej wyplaty placic opiekunce /czyli cala pensja moja/.
Nie mozemy sie dogadac jesli chodzi o finanse. Sa z nim ciagle problemy. Lacza nas dzieci, w domu bywa dobra atmosfera, o ile nie podejme tematow finansowych /badz jeszcze kilku innych, gdzie wymaga ode mnie podporzadkowania sie jego matce/.
Dzieci go uwielbiaja i kochaja. Jego psychiatra twierdzi, ze maz mnie kocha, podobnie nasza byla mediator. Ze tylko ja go trzymam i dzieci w jakis ryzach.
W pracy wiedzie mu sie bardzo dobrze, jest tam doceniany, chociaz ma stresujaca prace.
Ja nie wiem co do niego czuje-gdy zachowuje sie normalnie to czuje, ze go kocham. Gdy ma okres awantur i wybuchow to nic do niego nie czuje, boje sie go. Niestabilnosc, brak bezpieczenstwa, brak zaufania w obie strony. Maz nie wyraza zgody, zeby dzieci pojechaly do Polski w odwiedziny bez niego. W Polsce nie mam bliskiej juz rodziny /nie zyja/. Zas mam mnostwo znajomych z lat mlodosci, ktorych chcialabym odwiedziec , moge tylko bez dzieci.
Nie widze z nim kolorowej przyszlosci. Nic sie nie zmienia jesli chodzi o budzet. Kazdego miesiaca sie denerwuje i krzycze, zeby poplacil rachunki /jak najwiecej/.
Mamy caly czas pusta lodowke. Powiedzial, zebym poszla zebrac do Czerwonego Krzyza jedzenie. Powtarza zdanie: ze on robi dla naszej rodziny MAKSIUMUM . U psychologa opowiada, ze ja go nie doceniam /i slysze, ze to jest zrodlem problemow, ze on sie czuje niedoceniony, bo zarabia, a zona zolza tylko wrzeszczy/. Na koncie w miesiacu pojawiaja sie kilka razy jakies niewielkie sumy np 30 e. Wtedy ide robic szybko zakupy, cos do jedzenia.
To nie jest zycie. Nie wiem co robic.
Od 6 lat jestem zona Francuza. Mamy dwoje malych dzieci. Maz pracuje na etat, ja opiekuje sie naszymi dziecmi.
Maz zarabia w przedziale 3-8 tys euro na miesiac. Mamy wlasne, niewielkie mieszkanie /kredyt/. Maz uznaje zasade, ze on zarabia, wiec pieniadze sa jego. Zaraz po wyplacie /w ciagu 48 godzin do 72 godzin/ jego pieniadze sie ulatniaja z naszego konta. Maz twierdzi, ze mamy takie duze oplaty. Oplat stalych jest 1600-1800 e. Powinnismy bez problemu przezyc. Problem polega na tym, ze nie tylko pieniedzy nie ma, ale on tez nie placi wiekszosci tych oplat stalych /np kredyt mieszkaniowy: 600 e/. Czasem placi, czasem nie placi. Ogolnie wszystko splaca po naliczeniu dodatkowych odsetek i po jakims czasie.
Tak jest ze wszystkimi platnosciami. Z niewiadomych dla mnie wzgledow maz wszedzie robi problemy finansowe i placi ogromne odsetki. On sie tym nie przejmuje. Chodzi spokojnie do pracy. Pozycza w kolko pieniadze, bierze zaliczki z pracy kilka dni po wyplacie. Zle gospodaruje budzetem, w sposob zupelnie nielogiczny. Ustawia wszelkie platnosci w takiej kolejnosci, aby wygenerowac kary i aby nawarstwily sie problemy z finansowe, ktorych przy takich dochodach byc nie powinno.
Szukalam pomocy u psychologa, w sprawie finansow zrobilismy dwuletnia terapie malzenska, aby sobie pomoc. Terapia przyniosla skutek
Maz nie slucha sie nikogo, krzyczy gdy tylko wspomne temat pieniedzy. Na zycie dostaje od niego miesiecznie 100 e, z czego wymaga ode mnie zapelnionej lodowki, ubran dla nas, chemii do domu. Jest to nieralne, niewykonalne, wiec urzadza mi z tego powodu awantury, ze jestem niegospodarna itd. Mam jeszcze dodatkowo ponad 100 e na dzieci z kasy rodzinnej. Z czego glownie kupuje dla nich jedzenie.
Maz nie ma pali, nie pije. Nie kupuje ubran ani sobie, ani mi czy dzieciom /dla dzieci kupuje ja z mojego niewielkiego funduszu, dostaje sporo uzywanych. Maz nie znika z domu /zaraz po pracy spieszy sie do dzieci, aby spedzic z nimi czas. Przy innych udaje przykladnego meza, ogolnie nim jest, tylko gdy pojawiaja sie dwa tematy: z czego jednym sa pieniadze, zaczyna sie pieklo.
Probowalam od niego odejsc trzy lata temu, pobil mnie i pojechal do szpitala psychiatrycznego. Tam powiedzieli, ze jest zdrow i go wypuscili. Chcial sie zabic jesli odeszlabym. Podjal leczenie i ma stale wizyty u psychiatry. Jego lekarz uwaza, ze to nie jest choroba, ma problem z nerwami. Nie mam go stresowac i bardzo lagodnie sie z nim obchodzic. Nie wywolywac niepotrzebnych konfliktow, nie podejmowac drazniacych tematow /wtedy wszystko lata w naszym mieszkaniu, a sa male dzieci/.
Sprawa wyglada tak, ze wczesniej jeszcze zapelnial lodowke /chociaz sa z tym ciagle problemy/. W tym miesiacu jego wyplata po raz enty zniknela zaraz jak sie pojawila i nie kupil dzieciom nic do jedzenia. Nie potrafi sie wytlumaczyc gdzie sa pieniadze, zbywa mnie i wrzeszczy na mnie, zebym sama poszla do pracy. Podjelam prace wieczorami, udzielalam korepetycji. W dni w ktore to robilam, maz akurat musial zostac w pracy dluzej, albo mial spotkac sie z psychiatra /o czym mnie nie informowal/. Nie moglam isc z dziecmi na korki, przekladalam zajecia w kolko, az stracilam te korki. Gdy udawalo mi sie pojsc i zarobic to nastepnego dnia nie bylo czesto moich zarobionych pieniedzy w portfelu, gdyz twierdzil, ze nie mial na benzyne, aby dojechac do pracy. Zreszta pieniadze sa rzekomo wspolne.
Pozniej podjelam probe podjecia pracy normalnej. Maz zapewnial mnie i nowa mediatorke nasza, ze on mnie wesprze i we wszystkim pomoze /w sensie z dziecmi, zorganizuje i oplaci opieke/. Nie do konca tak bylo. Juz pierwszego dnia okazalo sie, ze jedno z naszych dzieci nie ma zapewnionej opieki tak jak on obiecywal i musialam opuscic miejsce pracy kilka godzin przed koncem. kolejne dni byly podobne i szefostwo zakonczylo ze mna swoja wspolprace zanim sie ona zaczela.
Caly czas naklania mnie, abym podjela prace i pomogla mu prowadzic nasz budzet. Tylko mam ze swojej wyplaty placic opiekunce /czyli cala pensja moja/.
Nie mozemy sie dogadac jesli chodzi o finanse. Sa z nim ciagle problemy. Lacza nas dzieci, w domu bywa dobra atmosfera, o ile nie podejme tematow finansowych /badz jeszcze kilku innych, gdzie wymaga ode mnie podporzadkowania sie jego matce/.
Dzieci go uwielbiaja i kochaja. Jego psychiatra twierdzi, ze maz mnie kocha, podobnie nasza byla mediator. Ze tylko ja go trzymam i dzieci w jakis ryzach.
W pracy wiedzie mu sie bardzo dobrze, jest tam doceniany, chociaz ma stresujaca prace.
Ja nie wiem co do niego czuje-gdy zachowuje sie normalnie to czuje, ze go kocham. Gdy ma okres awantur i wybuchow to nic do niego nie czuje, boje sie go. Niestabilnosc, brak bezpieczenstwa, brak zaufania w obie strony. Maz nie wyraza zgody, zeby dzieci pojechaly do Polski w odwiedziny bez niego. W Polsce nie mam bliskiej juz rodziny /nie zyja/. Zas mam mnostwo znajomych z lat mlodosci, ktorych chcialabym odwiedziec , moge tylko bez dzieci.
Nie widze z nim kolorowej przyszlosci. Nic sie nie zmienia jesli chodzi o budzet. Kazdego miesiaca sie denerwuje i krzycze, zeby poplacil rachunki /jak najwiecej/.
Mamy caly czas pusta lodowke. Powiedzial, zebym poszla zebrac do Czerwonego Krzyza jedzenie. Powtarza zdanie: ze on robi dla naszej rodziny MAKSIUMUM . U psychologa opowiada, ze ja go nie doceniam /i slysze, ze to jest zrodlem problemow, ze on sie czuje niedoceniony, bo zarabia, a zona zolza tylko wrzeszczy/. Na koncie w miesiacu pojawiaja sie kilka razy jakies niewielkie sumy np 30 e. Wtedy ide robic szybko zakupy, cos do jedzenia.
To nie jest zycie. Nie wiem co robic.