jerry23 napisał:
kto kupi dług, traci 1000 czy 900 zł? tak właśnie to tłumaczysz.
Tak tłumaczę? Podawałem straty kwotowo? Jeśli tak to rozumiesz, to nic dziwnego, że nie rozumiesz. I wyszło ci perpetuum mobile. Taka ta Twoja logika niestety.
To teraz po kolei. Zacznijmy od dłużnika. Pewnie, że nic mu więcej nie przybywa. Jemu przybyło raz. Określona kwota. Stała i niezmienna (nie wprowadzajmy tu komplikacji w postaci jakiś odsetek, czy innych kosztów). Skoro nie oddał to skrzywdził wierzyciela. To oczywiste. Wierzyciel jest więc pokrzywdzony, dopóki nie odzyska całości należności (przy czym odsetki rekompensują inflację, niemożność obracania środkami itp.). Ponieważ to jego pokrzywdzenie (zwłoka dłużnika) może być rozciągnięte w długim czasie, to nic dziwnego, że w takim okresie może dochodzić do zmian podmiotowych u wierzyciela (np. pierwotny wierzyciel umrze i wejdzie w jego miejsce spadkobierca). Dla dłużnika, ale i dla świata zewnętrznego nic się nie zmieniło. Pieniądze są u dłużnika (choćby w postaci wspomnień z przyjemnego wydawania) a powinny być u wierzyciela. Póki nie są, to wierzyciel jest - jaki, drogie dzieci? - tak, tak, pokrzywdzony. Chociaż to tylko wnuk sołtysa udzielającego pożyczki dłużnikowi. Uwaga jerry, do zapamiętania, nie otrzymał tego co mu się należy więc dzieje mu się krzywda. To wróćmy do naszej ukochanej cesji. Wierzyciel może też odpłatnie przekazać swoje prawo do zwrotu należnych pieniędzy innej osobie. Co się wtedy dzieje? Teraz wierzycielem jest ta inna osoba. I co należy jej się spłata? Pewnie, że się należy! Zapłacił za to, by mu się należała, więc nikt nie ma prawa tego kwestionować. Skoro więc mu się należy zapłata od dłużnika, to jest wierzycielem (ani lepszym, ani gorszym zarówno od sołtysa, jak i jego wnuka). Czyli co tu się dzieje? Mamy dalej dłużnika z kieszenią wypchaną pieniędzmi, które powinny być w kieszeni wierzyciela (teraz jest nim sąsiad wnuka sąsiada, który wierzytelność kupił). Powinny być w jego kieszeni, prawda? Zgodziliśmy się chyba co do tego. Nie powinny być u dłużnika, tylko właśnie u wierzyciela. A nie są. Po prostu wierzyciel ich nie ma. A powinien. Bo dłużnik ma obowiązek mu je oddać. A nie oddaje. Skoro więc wierzyciel nie ma pieniędzy, które mu się należą to - co mu się dzieje drogie dzieci? - tak, tak, dzieje mu się krzywda. I to jest to, kol. jerry co w dobrym prawie jest najpiękniejsze, czysta logika.
A to, czy ktoś bywa pokrzywdzonym na własną prośbę, bo jest to element jego biznesu i ta krzywda go wcale nie boli, nie ma najmniejszego znaczenia. Nie wymyślaj więc jakiś kwot zakupu (mniejszych lub większych), zapominając o czymś takim jak utracone korzyści itp. To wszystko bzdury. W stosunku zobowiązaniowym mamy zawsze wierzyciela i dłużnika i zmiany podmiotowe po którejś z tych dwóch stron, nie mają najmniejszego wpływu na sam stosunek. Tak jak nie mają wpływu pobudki mentalne każdej ze stron. Tyle.