S
Sathilia
Witam! Mam nadzieję, że w dobrym miejscu zakłądam temat. Ale może przejdę do samej sprawy.
Jestem studentką, uczącą się poza swoją rodzinną miejscowością. Z tego powodu wynajmuję miejsce w mieszkaniu studenckim. Od stycznia 2008r. przeniosłam się do sąsiedniego pokoju, który zamieszkiwała koleżanka, gdyż zwolniło się tam miejsce (współlokator wyjechał do Finlandii na stypendium). W połowie czerwca niespodziewanie wrócił, o czym nie zostałam uprzedzona. Natychmiast chciał mnie ze swojego dawnego miejsca wyrzucić, jednak jako że w moim poprzednim pokoju nie było już miejsca (nikt nie wiedział, że ma on wrócić), doszliśmy w tej sprawie do porozumienia, zwłaszcza, że nie wiedział jeszcze czy zostanie tu na stałe, czy na studia podyplomowe wróci do Finlandii (obronił w czerwcu pracę magisterską). Dlatego te 2-3 tygodnie jakoś się przemęczyliśmy w trójkę w pokoju. Po zakończeniu sesji egzaminacyjnej, spakowałam potrzebne rzeczy i wyjechałam na wakacje do domu, zostawiając ich w dwójkę (są zaręczeni). Podczas mojej nieobecności współlokator wyjął wszystkie moje rzeczy z szafek i szuflad (a tam, gdzie szafka była zamknięta na klucz wyrwał zamek), po czym upchnął je pod moje łóżko, a to, co się nie zmieściło (np. komputer) do jakichś szafek. Odkryli to pozostali współlokatorzy już po jego wyprowadzce (mieszkała tam jeszcze jego narzeczona, jednak była w trakcie wyprowadzki), kiedy okazało się, że przywłaszczył sobie nasze pieniądze, za które miał zapłacić rachunki (przyszedł do mieszkania komornik) i weszli do tego pokoju, by w trybie natychmiastowym wyrzucić stamtąd współlokatorkę (a raczej jej rzeczy). W związku z miejscem, w jakim moje rzeczy zostały umieszczone, poniosłam pewne koszty (gdyż wszystkie ubrania nadawały się do prania, jako że uprzednio współlokator podłogi pod łózkiem nie wyczyścił). Dodatkowo okazało się, że parę rzeczy (których wartość oszacowałam na ok. 150 zł) zwyczajnie brakuje. Do tego niedawno dostaliśmy rachunek za gaz, z którego dowiedzieliśmy, że już wcześniej zrobił to samo, co w wakacje. Z braku możliwości skontaktowania się z winowajcą (przebywa obecnie w Finlandii na studiach podyplomowych), znalazłam w książce telefonicznej numer do jego rodziców i zadzwoniłam do nich w tej sprawie. Opisałam im, o co mi chodzi (jednak nie zdążyłam dojść do kwestii dotyczącej niezapłąconych rachunków), na co zapytali mnie, czy jestem pewna, że to właśnie ich syn zrobił. Kiedy potwierdziłam i powiedziałam, że mam na to nawet świadków, zbył mnie, mówiąc, żebym skontaktowała się z ich synem. Napisałam więc na podany przez nich adres e-mail, chcąc załatwić sprawę polubownie. Winowajca przyznał się jedynie do przeniesienia moich rzeczy w opisane wyżej miejsca i do wyrzucenia jednej rzeczy, gdyż jak stwierdził, uważał, że to śmieci (jednak nimi nie była). Wyparł się natomiast jakiegokolwiek przywłaszczenia, stwierdził, że chcę od niego wyłudzić pieniądze i do tego mnie obraził. Zasugerował też, że to mógł być któryś ze współlokatorów, który wyprowadzał się niedługo po nim. Jednak zanim się wyprowadzili byłam w mieszkaniu i już wtedy wspomnianych rzeczy brakowało. Ponadto mam podstawy twierdzić, że to własnie on, gdyż po pierwsze groził mi przed wyjazdem na wakacje, a po drugie wiem, że zażywa narkotyki. Co zatem mogę zrobić w tej sprawie? Czy kwota tej wielkości (dla mnie to jednak jest sporo - staram się przeżyć za stypendium socjalne) może podlegać jakiemukolwiek postępowaniu? Czy to, że były współlokator przebywa obecnie za granicą ma jakieś znaczenie? Jaka jest szansa na to, że odzyskam swoje rzeczy, a przynajmniej ich równowartość? Jaka jest kwalifikacja jego czynu i jakie mogą być tego konsekwencje? Czy może mu coś grozić za samo naruszenie własności prywatnej?
Przepraszam też za długość opisu, jednak chciałam dokładnie przybliżyć całą sprawę. Z góry dziękuję za wszelką pomoc.
Jestem studentką, uczącą się poza swoją rodzinną miejscowością. Z tego powodu wynajmuję miejsce w mieszkaniu studenckim. Od stycznia 2008r. przeniosłam się do sąsiedniego pokoju, który zamieszkiwała koleżanka, gdyż zwolniło się tam miejsce (współlokator wyjechał do Finlandii na stypendium). W połowie czerwca niespodziewanie wrócił, o czym nie zostałam uprzedzona. Natychmiast chciał mnie ze swojego dawnego miejsca wyrzucić, jednak jako że w moim poprzednim pokoju nie było już miejsca (nikt nie wiedział, że ma on wrócić), doszliśmy w tej sprawie do porozumienia, zwłaszcza, że nie wiedział jeszcze czy zostanie tu na stałe, czy na studia podyplomowe wróci do Finlandii (obronił w czerwcu pracę magisterską). Dlatego te 2-3 tygodnie jakoś się przemęczyliśmy w trójkę w pokoju. Po zakończeniu sesji egzaminacyjnej, spakowałam potrzebne rzeczy i wyjechałam na wakacje do domu, zostawiając ich w dwójkę (są zaręczeni). Podczas mojej nieobecności współlokator wyjął wszystkie moje rzeczy z szafek i szuflad (a tam, gdzie szafka była zamknięta na klucz wyrwał zamek), po czym upchnął je pod moje łóżko, a to, co się nie zmieściło (np. komputer) do jakichś szafek. Odkryli to pozostali współlokatorzy już po jego wyprowadzce (mieszkała tam jeszcze jego narzeczona, jednak była w trakcie wyprowadzki), kiedy okazało się, że przywłaszczył sobie nasze pieniądze, za które miał zapłacić rachunki (przyszedł do mieszkania komornik) i weszli do tego pokoju, by w trybie natychmiastowym wyrzucić stamtąd współlokatorkę (a raczej jej rzeczy). W związku z miejscem, w jakim moje rzeczy zostały umieszczone, poniosłam pewne koszty (gdyż wszystkie ubrania nadawały się do prania, jako że uprzednio współlokator podłogi pod łózkiem nie wyczyścił). Dodatkowo okazało się, że parę rzeczy (których wartość oszacowałam na ok. 150 zł) zwyczajnie brakuje. Do tego niedawno dostaliśmy rachunek za gaz, z którego dowiedzieliśmy, że już wcześniej zrobił to samo, co w wakacje. Z braku możliwości skontaktowania się z winowajcą (przebywa obecnie w Finlandii na studiach podyplomowych), znalazłam w książce telefonicznej numer do jego rodziców i zadzwoniłam do nich w tej sprawie. Opisałam im, o co mi chodzi (jednak nie zdążyłam dojść do kwestii dotyczącej niezapłąconych rachunków), na co zapytali mnie, czy jestem pewna, że to właśnie ich syn zrobił. Kiedy potwierdziłam i powiedziałam, że mam na to nawet świadków, zbył mnie, mówiąc, żebym skontaktowała się z ich synem. Napisałam więc na podany przez nich adres e-mail, chcąc załatwić sprawę polubownie. Winowajca przyznał się jedynie do przeniesienia moich rzeczy w opisane wyżej miejsca i do wyrzucenia jednej rzeczy, gdyż jak stwierdził, uważał, że to śmieci (jednak nimi nie była). Wyparł się natomiast jakiegokolwiek przywłaszczenia, stwierdził, że chcę od niego wyłudzić pieniądze i do tego mnie obraził. Zasugerował też, że to mógł być któryś ze współlokatorów, który wyprowadzał się niedługo po nim. Jednak zanim się wyprowadzili byłam w mieszkaniu i już wtedy wspomnianych rzeczy brakowało. Ponadto mam podstawy twierdzić, że to własnie on, gdyż po pierwsze groził mi przed wyjazdem na wakacje, a po drugie wiem, że zażywa narkotyki. Co zatem mogę zrobić w tej sprawie? Czy kwota tej wielkości (dla mnie to jednak jest sporo - staram się przeżyć za stypendium socjalne) może podlegać jakiemukolwiek postępowaniu? Czy to, że były współlokator przebywa obecnie za granicą ma jakieś znaczenie? Jaka jest szansa na to, że odzyskam swoje rzeczy, a przynajmniej ich równowartość? Jaka jest kwalifikacja jego czynu i jakie mogą być tego konsekwencje? Czy może mu coś grozić za samo naruszenie własności prywatnej?
Przepraszam też za długość opisu, jednak chciałam dokładnie przybliżyć całą sprawę. Z góry dziękuję za wszelką pomoc.