ciag dalszy
w sytuacji np na dyskotece chcialam stamtad uciec, czulam sie obco, balam sie ze tam musze byc. Kazde wyjscie z domu konczy sie awantura, zapieram sie, placze, wymiotuje.
Wiem ze nawet silny bodziec jak np zawal sasiadki nie bylby mnie wstanie wyciagnac z domu, bo i tak nie wiem jak bym mogla pomoc.
Ja mam problem z spotkaniem sasiada na klatce schodowej ktory do dzis nie wie o mnie nic, tylko tyle ze siedze w domu, jakas nienormalna.
Kolejne osoby mnie poznajace np na kursie juz sie odemnie odwrocily, zaczynalam im mowic ze jestem chora uposledzona i dawaly mi spokoj. Bylam drazliwa, boje sie kazdej sytuacji spolecznej, nie wychodze do fryzjera, nie dbam o siebie, nic nie sprawia mi przyjemnosci. Mam niepoukladane, destrukcyjne mysli, probuje to zmienic ale nic nie pomaga.
Jestem pasozytem, osoba przy ktorej wszyscy sie prymitywnie zachowuja, robia glupie zarty, przeklinaja, prukaja, po prostu juz wariuja przy mnie jak ciagle milcze, tylko glupio usmiecham, lub probuje sie narzucac.
Nie chce wracac do domu w Polsce bo tam przychodza znajomi kolezanki siostry a ja sama , wstyd mi mojej nieporadnosci, cos ktos powie ja juz placze, nie mysle jak dojrzaly czlowiek, nie umie przejac odpowiedzialnosci za siebie a co dopiero pomagac iinnym.
Przychodzi do domu ktos znajomy ja wtedy sie chowam do pokoju, a jesli wychodze to nie moge rozmawiac jak inni, nie mam wiedzy, a ukladanie prostych zdan sprawia mi problem, nie moga mnie zrozumiec co chce powiedziec, a sama tez nie wiem co chce przekazac, tak jakbym wypowiadala slowa lekkomyslnie.
Na sama mysl, ze nie jestem taka jak inni wciaz placze, gdzie sie pojawiam sa klotnie, wszystko robie zle, nie wiem ze jak jest np remont to trzeba rzeczy wyniesc z pokoju.
Wiem, ze kiedys rodzicow zabraknie, rodzenstwo kopnie mi w tylek, nikt mi nie pomoze, bo kazdy ma swoje zycie, zarabia, nie mam dobrych stosunkow z nikim, samoczynnie jestem drazliwa, nie umie stworzyc relacji wiec je niszcze. Jestem bezradna, chce porozmawiac z rodzina miec dobre relacje, nie potrafie, co powiem jest zle, dziwne albo narzucajace sie.
Gdzie nie bylam slyszalam jak mowiono ona zostanie sama, wiele razy nazywana Downem, choc nie mam wygladu chorego na Downa, a mam wrazenie ze te dzieci sa madrzejsze odemnie.
Bedac u chorej babci nie wiedzialam nawet jak jej pomoc, jak nakarmic, zrobili to rodzice, nawet nie zadbam o moich rodzicow, bo jestem do niczego.
Czasem chcialabym zeby ktos przychodzil z opieki i przynosil mi jedzenie, ubrania, bo sama nie moge siebie utrzymac, a rodzicow nie chce obarczac.
Nie mam ani jednej kolezanki, probowalam rozmawiac to nie wyszlo, nikt nie uwaza mnie za kogos sympatycznego, z stazu mnie wyrzucili, potem nie znalazlam pracy.
Idac do sklepu nawet widze jak ludzie ze soba rozmawiaja, ale nic nie zapamietuje, by wyobrazic sobie jak ja bym to mogla robic. Dzien mija za dniem, a dla mnie jakby czas stanal w miejscu. Chlopak stwierdzil ze mam powazne zaburzenie, ze nie wie jak pomoc, a kaze mi znalezc prace, nie mam zadnych zainteresowan wiec nie moge z nim nawet czegos ustalic porozmawiac, siedzimy w osobnych pokojach, nie chcac ze soba rozmawiac, nie moge czytac ksiazek bo nie pamietam co przeczytalam, jak to uzyc wsrod ludzi. Zawsze mowilam sobie ze jestem fajna ale widac do czego to zaprowadzilo.
Slyszalam wielokrotnie ze mam wypie..... wziac sie za siebie, tylko nie wiem jak, jak nie domyslam sie wielu rzeczy, ludzie ze mnie zartuja a ja placze. Zatrzymalam sie na jakims stopniu rozwoju i nie moge tego przeskoczyc. Nikogo nie interesuje moje zycie, a tak bardzo potrzebuje innych. Kiedys skonczy sie tak ze zamkna mnie w psychiatryku, nie chce tego, chce byc normalna zdrowa kobieta, bo przeciez kazdy rodzic pragnie szczescia swojego dziecka. Poza rodzicami nie kochal mnie nigdy nikt. Nigdy nie uslyszalam ze jestem fajna, madra. Zawsze tylko litowano sie nademna. Czesto nie wiedzialam jak sie ubrac,zakladalam w cieple dni dlugie spodnie, czapke jak nie padal snieg, nie wiem co ze mna jest. Nie chce byc posmiewiskiem , tak bardzo cierpie.