E
erjustynaer
Nowy użytkownik
- Dołączył
- 05.2017
- Odpowiedzi
- 9
Dzień dobry,
jestem w trakcie sprawy rozwodowej. Początkowo z mężem umówiliśmy się, że on przejmie mieszkanie i spłaci mnie. Okazało się, że nie posiada zdolności kredytowej i... zaproponowano mi umowę notarialną, w której on zobowiąże się spłacać kredyt oraz mnie, ale bez przejęcia kredytu
Mnie to jednak niewiele robi - w takiej sytuacji żaden inny bank nie da mi kredytu + cały czas będę obciążona tamtym kredytem i w razie "w" będę odpowiedzialna za brak wpłat. I oczywiście wiem, że jeśli coś takiego podpiszę, to nigdy więcej on do banku nie pójdzie, żeby przepisać to na siebie.
Mamy rozdzielność majątkową (ustanowioną już po złożeniu pozwu), a mieszkanie było kupione przed małżeństwem.
Sprawa jest dość skomplikowana, bo druga strona robi wszystko, żeby utrudnić mi życie. Z mieszkania tak naprawdę uciekłam - przez ostatnie kilka dni zamieszkiwania uniemożliwiano mi pójście spać, odpoczynek, a finalnie użyto wobec mnie przemocy - pogryziono, szarpano, wykręcono kciuk. Niestety, nie posiadam żadnego dokumentu na to. Jedynie zdjęcia, filmy i świadków, którzy widzieli mnie kilka godzin po zdarzeniu.
Kolejno: mąż spłaca kredyt i czynsz samodzielnie od momentu mojej ucieczki - tak zaproponowano, ja tam nie mieszkam, więc stwierdziłam - OK. Poza tym, ta sprawa miała być rozwiązana w chwilę. Zaraz mija 5 miesiąc, a druga strona wszystko opóźnia.
Ta sytuacja blokuje mi możliwość kupna mieszkania i tak naprawdę normalnego życia.
Strona męża mydli mi oczy, że niby są w kontakcie z bankiem i że stracił zdolność ze względu na to, że był na zwolnieniu przez 3 miesiące i że "musimy być dobrej myśli, żeby jak najszybciej ją odzyskał", że nadpłaci kredyt i odzyska ją niebawem. To są ludzie przesiąknięci nienawiścią, którzy robią wszystko, żeby utrudnić mi życie, więc nie do końca wierzę w tę bajkę.
Nie jestem pewna jak powinnam postąpić. Czy zacząć dorzucać się do kredytu i czynszu (nie mieszkając tam) i finalnie zawalczyć o mieszkanie w sądzie (nie mając jednak pewności, czy to się uda + to będzie dla mnie spory wydatek, biorąc pod uwagę, że muszę utrzymywać się mieszkając w innym miejscu), czy istnieje jeszcze jakaś możliwość, która finalnie pozwoliłaby mi zarządzić tym tak, aby nie martwić się o moją przyszłość...?
Najbardziej obawiam się sytuacji, w której druga strona będzie czekała aż do rozwodu, powiedzmy że sąd jemu przyzna mieszkanie, a ja wciąż zostanę z kredytem...
Z kolejnej strony... Rozwiązanie przez sąd nie byłoby dla niego raczej zbyt korzystne - dostałam darowiznę od rodziców, na którą mam dokumenty. Nie wiem też jak ze sprzętem, ale większość sprzętu była brana na raty i... muszę to sprawdzić, ale wydaje mi się, że to ja byłam kredytobiorcą, więc to chyba ja również powinnam być ich właścicielem. Mąż twierdził, że jego praca (położenie paneli i złożenie mebli - co de facto robiliśmy akurat razem) też kosztowała, ale... szanujmy się.
Nie odbiegając od tematu - co powinnam zrobić, aby się zabezpieczyć i żyć spokojnie?
jestem w trakcie sprawy rozwodowej. Początkowo z mężem umówiliśmy się, że on przejmie mieszkanie i spłaci mnie. Okazało się, że nie posiada zdolności kredytowej i... zaproponowano mi umowę notarialną, w której on zobowiąże się spłacać kredyt oraz mnie, ale bez przejęcia kredytu
Mnie to jednak niewiele robi - w takiej sytuacji żaden inny bank nie da mi kredytu + cały czas będę obciążona tamtym kredytem i w razie "w" będę odpowiedzialna za brak wpłat. I oczywiście wiem, że jeśli coś takiego podpiszę, to nigdy więcej on do banku nie pójdzie, żeby przepisać to na siebie.
Mamy rozdzielność majątkową (ustanowioną już po złożeniu pozwu), a mieszkanie było kupione przed małżeństwem.
Sprawa jest dość skomplikowana, bo druga strona robi wszystko, żeby utrudnić mi życie. Z mieszkania tak naprawdę uciekłam - przez ostatnie kilka dni zamieszkiwania uniemożliwiano mi pójście spać, odpoczynek, a finalnie użyto wobec mnie przemocy - pogryziono, szarpano, wykręcono kciuk. Niestety, nie posiadam żadnego dokumentu na to. Jedynie zdjęcia, filmy i świadków, którzy widzieli mnie kilka godzin po zdarzeniu.
Kolejno: mąż spłaca kredyt i czynsz samodzielnie od momentu mojej ucieczki - tak zaproponowano, ja tam nie mieszkam, więc stwierdziłam - OK. Poza tym, ta sprawa miała być rozwiązana w chwilę. Zaraz mija 5 miesiąc, a druga strona wszystko opóźnia.
Ta sytuacja blokuje mi możliwość kupna mieszkania i tak naprawdę normalnego życia.
Strona męża mydli mi oczy, że niby są w kontakcie z bankiem i że stracił zdolność ze względu na to, że był na zwolnieniu przez 3 miesiące i że "musimy być dobrej myśli, żeby jak najszybciej ją odzyskał", że nadpłaci kredyt i odzyska ją niebawem. To są ludzie przesiąknięci nienawiścią, którzy robią wszystko, żeby utrudnić mi życie, więc nie do końca wierzę w tę bajkę.
Nie jestem pewna jak powinnam postąpić. Czy zacząć dorzucać się do kredytu i czynszu (nie mieszkając tam) i finalnie zawalczyć o mieszkanie w sądzie (nie mając jednak pewności, czy to się uda + to będzie dla mnie spory wydatek, biorąc pod uwagę, że muszę utrzymywać się mieszkając w innym miejscu), czy istnieje jeszcze jakaś możliwość, która finalnie pozwoliłaby mi zarządzić tym tak, aby nie martwić się o moją przyszłość...?
Najbardziej obawiam się sytuacji, w której druga strona będzie czekała aż do rozwodu, powiedzmy że sąd jemu przyzna mieszkanie, a ja wciąż zostanę z kredytem...
Z kolejnej strony... Rozwiązanie przez sąd nie byłoby dla niego raczej zbyt korzystne - dostałam darowiznę od rodziców, na którą mam dokumenty. Nie wiem też jak ze sprzętem, ale większość sprzętu była brana na raty i... muszę to sprawdzić, ale wydaje mi się, że to ja byłam kredytobiorcą, więc to chyba ja również powinnam być ich właścicielem. Mąż twierdził, że jego praca (położenie paneli i złożenie mebli - co de facto robiliśmy akurat razem) też kosztowała, ale... szanujmy się.
Nie odbiegając od tematu - co powinnam zrobić, aby się zabezpieczyć i żyć spokojnie?