B
BBQ
Użytkownik
- Dołączył
- 06.2016
- Odpowiedzi
- 64
Witam,
Jestem z niewielkiej miejscowości i muszę dojeżdżać do pracy. W 2019 roku próbowałem zdać egzamin na PJ kilkukrotnie ale oblewano mnie za różne bzdury typu odbicie się od krawężnika, ostatnim razem egzaminator stwierdził, że nie zastosowałem się do znaku STOP (zatrzymałem się za znakiem żeby mieć lepszą widoczność). Muszę dojeżdżać samochodem bo dojeżdżając do pracy komunikacją publiczną i wracając nią do domu traciłbym mnóstwo czasu a terminy egzaminów obecnie są jakie są, 6 tygodni oczekiwania na egzamin (!!!).
Od tego czasu jeździłem bez PJ na czym zostałem przyłapany już raz (otrzymałem mandat) i teraz drugi raz (gliniarz stwierdził, że recydywa więc wniosek do sądu). Zakładając, że sąd orzeknie zakaz prowadzenia pojazdów a ja do tego zakazu się nie zastosuję i będę jeździł samochodem, co grozi mi kolejnym razem? Przedłużenie zakazu, więzienie? Wpadłem dwa razy przy rutynowej kontroli więc wyjątowy pech
.
Nie opłaciłem mandatu który dostałem za pierwszym razem i nie mieli jak tego wyegzekwować, ma to znaczenie dla sprawy?
I żeby mi się tu nikt nie rzucił do gardła powiem tylko tyle, że próbowałem zdobyć uprawnienia, to nie jest tak że stwierdziłem że sobie będę jeździł dla przyjemności na pikniki tylko potrzebuję auta do dojeżdżania do pracy, państwo nie daje mi pieniędzy na życie, gdyby tak było, siedziałbym w domu i nie miał potrzeby jeżdżenia nigdzie a skoro tego nie robi to nie powinno utrudniać ludziom życia, ciekaw jestem jaka byłaby zdawalność w WORDach gdyby kursant płacił za egzamin tylko raz, nawet większą kwotę np 500 zł ale mógł zdawać dowolną ilość razy. Mógłbym się założyć że z 30% zdawalność skoczyłaby do 90%, tu chodzi tylko o to żeby wysępić od ludzi pieniądze a nikt nie patrzy na to, że dla wielu ludzi oznacza to problemy, wręcz dramaty bo jeden nie jest w stanie dojechać do pracy a drugi na przykład wozić chorego członka rodziny na leczenie czy rehabilitację, państwo ma to w d...ie, widzi tylko własny zysk, więc zanim ktoś napisze że jestem taki czy jeszcze gorszy niech pomyśli kto jest gorszy w tej sytuacji, ja czy państwo.
Pracuję w tym kraju już lata i jedyne na co mam to wynajem małego mieszkania, opłaty, jedzenie i koszty związane z samochodem, oszczędności mam bardzo niewielkie więc nawet jak pójdę do więzienia to zbyt dużej różnicy nie będzie, ja już mam więzienie -.-, pytam tylko ze względu na ciekawość jak to wygląda ze strony prawnej.
Pozdrawiam
Jestem z niewielkiej miejscowości i muszę dojeżdżać do pracy. W 2019 roku próbowałem zdać egzamin na PJ kilkukrotnie ale oblewano mnie za różne bzdury typu odbicie się od krawężnika, ostatnim razem egzaminator stwierdził, że nie zastosowałem się do znaku STOP (zatrzymałem się za znakiem żeby mieć lepszą widoczność). Muszę dojeżdżać samochodem bo dojeżdżając do pracy komunikacją publiczną i wracając nią do domu traciłbym mnóstwo czasu a terminy egzaminów obecnie są jakie są, 6 tygodni oczekiwania na egzamin (!!!).
Od tego czasu jeździłem bez PJ na czym zostałem przyłapany już raz (otrzymałem mandat) i teraz drugi raz (gliniarz stwierdził, że recydywa więc wniosek do sądu). Zakładając, że sąd orzeknie zakaz prowadzenia pojazdów a ja do tego zakazu się nie zastosuję i będę jeździł samochodem, co grozi mi kolejnym razem? Przedłużenie zakazu, więzienie? Wpadłem dwa razy przy rutynowej kontroli więc wyjątowy pech
Nie opłaciłem mandatu który dostałem za pierwszym razem i nie mieli jak tego wyegzekwować, ma to znaczenie dla sprawy?
I żeby mi się tu nikt nie rzucił do gardła powiem tylko tyle, że próbowałem zdobyć uprawnienia, to nie jest tak że stwierdziłem że sobie będę jeździł dla przyjemności na pikniki tylko potrzebuję auta do dojeżdżania do pracy, państwo nie daje mi pieniędzy na życie, gdyby tak było, siedziałbym w domu i nie miał potrzeby jeżdżenia nigdzie a skoro tego nie robi to nie powinno utrudniać ludziom życia, ciekaw jestem jaka byłaby zdawalność w WORDach gdyby kursant płacił za egzamin tylko raz, nawet większą kwotę np 500 zł ale mógł zdawać dowolną ilość razy. Mógłbym się założyć że z 30% zdawalność skoczyłaby do 90%, tu chodzi tylko o to żeby wysępić od ludzi pieniądze a nikt nie patrzy na to, że dla wielu ludzi oznacza to problemy, wręcz dramaty bo jeden nie jest w stanie dojechać do pracy a drugi na przykład wozić chorego członka rodziny na leczenie czy rehabilitację, państwo ma to w d...ie, widzi tylko własny zysk, więc zanim ktoś napisze że jestem taki czy jeszcze gorszy niech pomyśli kto jest gorszy w tej sytuacji, ja czy państwo.
Pracuję w tym kraju już lata i jedyne na co mam to wynajem małego mieszkania, opłaty, jedzenie i koszty związane z samochodem, oszczędności mam bardzo niewielkie więc nawet jak pójdę do więzienia to zbyt dużej różnicy nie będzie, ja już mam więzienie -.-, pytam tylko ze względu na ciekawość jak to wygląda ze strony prawnej.
Pozdrawiam