H
husky83
Użytkownik
- Dołączył
- 01.2008
- Odpowiedzi
- 63
W telegraficznym skrócie:
Kupujemy szczeniaka, po 48h stwierdzona żółtaczka, po kolejnych 48h umiera.
Sprzedawca zrzuca winę na nas, że my mu coś daliśmy, mimo że informowaliśmy od początku że pies nie chce jeść, wymiotuje i jest apatyczny.
Pełna wersja:
Kupiliśmy 14 tygodniowego szczeniaka. Tak, wiem, że podrośnięty, nie wiemy dlaczego wcześniej się nie sprzedał (sprzedawca unikał odpowiedzi) i nie - nie było to dla nas lampką ostrzegawczą, bo nie kupujemy szczeniaków na co dzień.
Dzień zero (żeby było wiadomo w jakim czasie się wszystko odbywało)
Kupiliśmy Bordera od hodowcy z ZKwP, co mogłoby się wydawać jakimś zabezpieczeniem czy gwarancją.
Pies od początku, jeszcze na podwórku hodowcy trochę wycofany, ale sprzedawca mówi że nie socjalizuje szczeniaków żeby się nie przywiązywać (i to niestety także nie było lampką ostrzegawczą). Dopłacamy resztę (wcześniej zadatek), bierzemy psa.
Pies wymiotuje w samochodzie - zwalamy to na chorobę lokomocyjną.
Jednak w domu wymioty - choć występują rzadziej, to nie ustępują. Pies głównie śpi, nie chce się bawić, jest apatyczny. Nie ma apetytu. Może mu smutno, że wzięty od rodzinki, zobaczymy. W nocy pies śpi w domu (ogólnie cały czas pobytu u nas pies spał w domu i miał do dyspozycji zarówno dom jak i ogród)
Dzień pierwszy w nowym domu.
Pies w nocy zwymiotował, ale żadnej kupy czy sików - co dziwne jak na szczeniaka. Ogólne zachowanie bez zmian. Potem pojawia się biegunka. Umawiamy się do weterynarza (niestety dopiero na kolejny dzień). Kontakt z hodowcą - twierdzi że to lęk separacyjny, że jego psy tak mają. Na informacje, że pies nie je (dostał saszetkę dla szczeniaków, której trochę spróbował i zwymiotował) i wymiotuje na zapach jedzenia - stwierdza, że pies ma wpier***ać surowe mięso, bo wilkom nikt nie gotuje. Próbujemy, pies odsuwa się również od surowego mięsa, po chwili wymiotuje.
Dzień drugi.
Stan i zachowanie coraz gorsze. Ze względu na to, że w nocy również biegunka biorę wolne w pracy i jadę z psem na pierwszy wolny termin do weterynarza, który jest 46h od przyjazdu do nowego domu. Weterynarz stwierdza, że pies jest w złym stanie, że ma zażółcone błony śluzowe (żółtaczka), dostaje antybiotyk, kroplówkę, leki przeciwbólowe i przeciwwymiotne (i jakies jeszcze). Test na parwowirozę negatywny. Dostaje leki objawowe.
Stan psa na krótko minimalnie się poprawia (pies bardziej 'żywy' i ciekawski na 2-3h), po czym stan ponownie się pogarsza.
Kontakt z hodowcą - ten stwierdza, że nie chce podważać kompetencji weterynarza, ale że to lęk separacyjny i za 2-3 dni mu przejdzie.
Dzień trzeci.
Stan bez zmian, pies głównie śpi, teraz nawet odchodzi gdzieś w kąt jak najdalej od ludzi. Widać jeszcze większe zażółcenie. Pomimo że drugą dawkę antybiotuku ma dostać po 48h, ponownie udajemy się do weterynarza ze względu na pogorszenie stanu.
Ten daje psu ponownie kroplówkę oraz leki, dodatkowo próbuje robić USG. To jednak nie w pełni się udaje, ponieważ pies nie pozwala sobie dotykać brzucha - wyraźnie odczuwa ból. Weterynarz stwierdza, że na jelitach coś wyglądało dziwnie (co jednak nie zostaje wpisane do dokumentacji medycznej) i że być może ma zatkane jelita. Jednocześnie stwierdza, że żeby doszło do żółtaczki to do zatkania jelit (lub do zarażenia, ponieważ nie do końca wiadomo co psu było) musiało dojść minimum 5-7 dni wcześniej. Stwierdza też, że trzeba by zrobić badanie endoskopowe, ale że najprawdopodobniej pies by go nie przeżył.
Kontakt ze sprzedawcą - ten najpeirw proponuje współudział w kosztach leczenia, a ostatecznie zgadza się na zwrot psa i że on sam będzie go leczył. Jednak nie zgadza się na przywiezienie psa od razu, tylko w kolejnym dniu.
Dzień czwarty.
Stan bez zmian, a w zasadzie jeszcze gorszy. Po południu, na godzinę przed planowaną godziną wyjazdu w celu zwrócenia psa - pies dostaje czegoś w rodzaju padaczki. Kontakt ze sprzedawcą - ten stwierdza, że wie co jest psu, że ma zatkane jelita (we wcześniejszej rozmowie prawdopodobnie powiedzieliśmy o przypuszczeniach weterynarza) i że to my daliśmy coś psu i że to przez nas. Stweirdził że żadnych pieniędzy nie zobaczymy, bo to tylko nasza wina. Rozłącza się, nie odbiera już więcej telefonu. Pies ostatecznie został uspany.
Wg opinii (ustnej) weterynarza - gdyby pies u nas coś zjadł czy czymkolwiek się zaraził - nie ma szans na pojawienie się żółtaczki w 48h, tylko minimum po kilku dniach, stąd jednoznaczny wniosek że pies musiał być chory w dniu sprzedaży.
Sprzedawca zrzuca winę na nas ignorując całkowicie zgłoszenia, że pies od początku wymiotował.
Wprawdzie nie mówmy tutaj o jakieś dużej kwocie, ale chcemy odzyskać "w imię zasad" (żeby sprzedawca nie był bezkarny) koszty zakupu i leczenia, łącznie około 3000zł.
Jak to ugryźć krok po kroku, jakie szanse na wygranie takiej sprawy? Mamy dokumentację medyczną, mamy zdjęcia, wiadomo że nie mamy zdjęć czy filmów gdy pies wymiotuje, bo kto by robił takie zdjęćia (teraz już wiem, że na przyszłość trzeba będzie robić), ale mamy masę dowodów poszlakowych w postaci rozmów na whatsapp z innymi, gdzie komentujemy co się z psem dzieje..
Kupujemy szczeniaka, po 48h stwierdzona żółtaczka, po kolejnych 48h umiera.
Sprzedawca zrzuca winę na nas, że my mu coś daliśmy, mimo że informowaliśmy od początku że pies nie chce jeść, wymiotuje i jest apatyczny.
Pełna wersja:
Kupiliśmy 14 tygodniowego szczeniaka. Tak, wiem, że podrośnięty, nie wiemy dlaczego wcześniej się nie sprzedał (sprzedawca unikał odpowiedzi) i nie - nie było to dla nas lampką ostrzegawczą, bo nie kupujemy szczeniaków na co dzień.
Dzień zero (żeby było wiadomo w jakim czasie się wszystko odbywało)
Kupiliśmy Bordera od hodowcy z ZKwP, co mogłoby się wydawać jakimś zabezpieczeniem czy gwarancją.
Pies od początku, jeszcze na podwórku hodowcy trochę wycofany, ale sprzedawca mówi że nie socjalizuje szczeniaków żeby się nie przywiązywać (i to niestety także nie było lampką ostrzegawczą). Dopłacamy resztę (wcześniej zadatek), bierzemy psa.
Pies wymiotuje w samochodzie - zwalamy to na chorobę lokomocyjną.
Jednak w domu wymioty - choć występują rzadziej, to nie ustępują. Pies głównie śpi, nie chce się bawić, jest apatyczny. Nie ma apetytu. Może mu smutno, że wzięty od rodzinki, zobaczymy. W nocy pies śpi w domu (ogólnie cały czas pobytu u nas pies spał w domu i miał do dyspozycji zarówno dom jak i ogród)
Dzień pierwszy w nowym domu.
Pies w nocy zwymiotował, ale żadnej kupy czy sików - co dziwne jak na szczeniaka. Ogólne zachowanie bez zmian. Potem pojawia się biegunka. Umawiamy się do weterynarza (niestety dopiero na kolejny dzień). Kontakt z hodowcą - twierdzi że to lęk separacyjny, że jego psy tak mają. Na informacje, że pies nie je (dostał saszetkę dla szczeniaków, której trochę spróbował i zwymiotował) i wymiotuje na zapach jedzenia - stwierdza, że pies ma wpier***ać surowe mięso, bo wilkom nikt nie gotuje. Próbujemy, pies odsuwa się również od surowego mięsa, po chwili wymiotuje.
Dzień drugi.
Stan i zachowanie coraz gorsze. Ze względu na to, że w nocy również biegunka biorę wolne w pracy i jadę z psem na pierwszy wolny termin do weterynarza, który jest 46h od przyjazdu do nowego domu. Weterynarz stwierdza, że pies jest w złym stanie, że ma zażółcone błony śluzowe (żółtaczka), dostaje antybiotyk, kroplówkę, leki przeciwbólowe i przeciwwymiotne (i jakies jeszcze). Test na parwowirozę negatywny. Dostaje leki objawowe.
Stan psa na krótko minimalnie się poprawia (pies bardziej 'żywy' i ciekawski na 2-3h), po czym stan ponownie się pogarsza.
Kontakt z hodowcą - ten stwierdza, że nie chce podważać kompetencji weterynarza, ale że to lęk separacyjny i za 2-3 dni mu przejdzie.
Dzień trzeci.
Stan bez zmian, pies głównie śpi, teraz nawet odchodzi gdzieś w kąt jak najdalej od ludzi. Widać jeszcze większe zażółcenie. Pomimo że drugą dawkę antybiotuku ma dostać po 48h, ponownie udajemy się do weterynarza ze względu na pogorszenie stanu.
Ten daje psu ponownie kroplówkę oraz leki, dodatkowo próbuje robić USG. To jednak nie w pełni się udaje, ponieważ pies nie pozwala sobie dotykać brzucha - wyraźnie odczuwa ból. Weterynarz stwierdza, że na jelitach coś wyglądało dziwnie (co jednak nie zostaje wpisane do dokumentacji medycznej) i że być może ma zatkane jelita. Jednocześnie stwierdza, że żeby doszło do żółtaczki to do zatkania jelit (lub do zarażenia, ponieważ nie do końca wiadomo co psu było) musiało dojść minimum 5-7 dni wcześniej. Stwierdza też, że trzeba by zrobić badanie endoskopowe, ale że najprawdopodobniej pies by go nie przeżył.
Kontakt ze sprzedawcą - ten najpeirw proponuje współudział w kosztach leczenia, a ostatecznie zgadza się na zwrot psa i że on sam będzie go leczył. Jednak nie zgadza się na przywiezienie psa od razu, tylko w kolejnym dniu.
Dzień czwarty.
Stan bez zmian, a w zasadzie jeszcze gorszy. Po południu, na godzinę przed planowaną godziną wyjazdu w celu zwrócenia psa - pies dostaje czegoś w rodzaju padaczki. Kontakt ze sprzedawcą - ten stwierdza, że wie co jest psu, że ma zatkane jelita (we wcześniejszej rozmowie prawdopodobnie powiedzieliśmy o przypuszczeniach weterynarza) i że to my daliśmy coś psu i że to przez nas. Stweirdził że żadnych pieniędzy nie zobaczymy, bo to tylko nasza wina. Rozłącza się, nie odbiera już więcej telefonu. Pies ostatecznie został uspany.
Wg opinii (ustnej) weterynarza - gdyby pies u nas coś zjadł czy czymkolwiek się zaraził - nie ma szans na pojawienie się żółtaczki w 48h, tylko minimum po kilku dniach, stąd jednoznaczny wniosek że pies musiał być chory w dniu sprzedaży.
Sprzedawca zrzuca winę na nas ignorując całkowicie zgłoszenia, że pies od początku wymiotował.
Wprawdzie nie mówmy tutaj o jakieś dużej kwocie, ale chcemy odzyskać "w imię zasad" (żeby sprzedawca nie był bezkarny) koszty zakupu i leczenia, łącznie około 3000zł.
Jak to ugryźć krok po kroku, jakie szanse na wygranie takiej sprawy? Mamy dokumentację medyczną, mamy zdjęcia, wiadomo że nie mamy zdjęć czy filmów gdy pies wymiotuje, bo kto by robił takie zdjęćia (teraz już wiem, że na przyszłość trzeba będzie robić), ale mamy masę dowodów poszlakowych w postaci rozmów na whatsapp z innymi, gdzie komentujemy co się z psem dzieje..