E
ewelina_78
Witam,
mam pewien problem i mimo jako takiej znajomości prawa, nie potrafię się do niego ustosunkować. W ubiegłym roku w związku z trudną sytuacją życiową musiałam wyjechać za granicę do pracy. Miałam do napisania pracę licencjacką i uznałam, że potrzebuję pomocy, bo sama nie miałam czasu należycie się nią zająć.
Znalazłam ogłoszenie w internecie, napisałam maila z zapytaniem, ustalili kwotę i wysłałam zaliczkę (30 zł). Na podstawie zaliczki zaczęli pisać i po kilku dniach dostałam 3 strony tekstu z poleceniem zapłaty 420 złotych celem otrzymania całego rozdziału. Jednak po przeczytaniu okazało się, że praca jest -szczerze mówiąc- beznadziejna. Te 3 strony zawierały mnóstwo błędów, literówek, błędów rzeczowych, bibliografia zawierała pozycje, o których nie miałam pojęcia, jak mają się do proponowanego przeze mnie tematu. Napisałam maila z prośbą o poprawki, wskazałam szczegółowo błędy. Znowu zalecili mi płacić odpisując, że praca jest dobra. Przez dwa meile podyskutowałam z "redaktorką" o moich uwagach, na co ona odpowiadała, że wszystko jest w porządku. Na kolejnego ich meila z prośbą o pieniądze odpisałam jeszcze bardziej szczegółowo prosząc po raz kolejny o poprawienie i przesłanie mi tych 3 stron, żebym mogła je sprawdzić. Napisałam też, że czarno widzę naszą współpracę, skoro już na początku jest tak źle.
Nie odpisali. Dzisiaj natomiast (po 4 miesiącach) mój mąż (z jego konta wpłaciłam im zaliczkę) dostał wezwanie do zapłaty tych 420 złotych. Straszą sądem. Niestety list przyszedł poleconym, teściowa odebrała.
Zastanawiam się teraz, co mam zrobić. Zgodnie z ich regulaminem - dopiero po tym wezwaniu ustaliłam ich stronę internetową, po nazwisku właścicielki, miałam możliwość reklamacji. Wszyskie sprawy reguluje korespondencja mailowa.
Czy mam im odpisać? Czy dać sobie spokój?
mam pewien problem i mimo jako takiej znajomości prawa, nie potrafię się do niego ustosunkować. W ubiegłym roku w związku z trudną sytuacją życiową musiałam wyjechać za granicę do pracy. Miałam do napisania pracę licencjacką i uznałam, że potrzebuję pomocy, bo sama nie miałam czasu należycie się nią zająć.
Znalazłam ogłoszenie w internecie, napisałam maila z zapytaniem, ustalili kwotę i wysłałam zaliczkę (30 zł). Na podstawie zaliczki zaczęli pisać i po kilku dniach dostałam 3 strony tekstu z poleceniem zapłaty 420 złotych celem otrzymania całego rozdziału. Jednak po przeczytaniu okazało się, że praca jest -szczerze mówiąc- beznadziejna. Te 3 strony zawierały mnóstwo błędów, literówek, błędów rzeczowych, bibliografia zawierała pozycje, o których nie miałam pojęcia, jak mają się do proponowanego przeze mnie tematu. Napisałam maila z prośbą o poprawki, wskazałam szczegółowo błędy. Znowu zalecili mi płacić odpisując, że praca jest dobra. Przez dwa meile podyskutowałam z "redaktorką" o moich uwagach, na co ona odpowiadała, że wszystko jest w porządku. Na kolejnego ich meila z prośbą o pieniądze odpisałam jeszcze bardziej szczegółowo prosząc po raz kolejny o poprawienie i przesłanie mi tych 3 stron, żebym mogła je sprawdzić. Napisałam też, że czarno widzę naszą współpracę, skoro już na początku jest tak źle.
Nie odpisali. Dzisiaj natomiast (po 4 miesiącach) mój mąż (z jego konta wpłaciłam im zaliczkę) dostał wezwanie do zapłaty tych 420 złotych. Straszą sądem. Niestety list przyszedł poleconym, teściowa odebrała.
Zastanawiam się teraz, co mam zrobić. Zgodnie z ich regulaminem - dopiero po tym wezwaniu ustaliłam ich stronę internetową, po nazwisku właścicielki, miałam możliwość reklamacji. Wszyskie sprawy reguluje korespondencja mailowa.
Czy mam im odpisać? Czy dać sobie spokój?