Przyłączam się i popieram odpowiedź Jagi. W Polsce rozpowszechnia się jakieś opowieści o masowym i powszechnym "zabieraniu", dzieci, zwłaszcza polskim rodzicom. Są to opowieści nie mające nic wspólnego z prawdą. Urząd, tzn. Jugendamt (urząd do spraw dzieci i młodzieży), działa i wkracza, jeżeli ma jakiś sygnał z zewnątrz, względnie jeśli włączony został przez sąd w postępowaniu dotyczącym władzy rodzicielskiej; np. przy okazji rozwodu. Powodem tych kilku rozpowszechnionych w Polsce opowieści była w każdym przypadku bezpardonowa walka rodziców dzieci między sobą; czasami było kilka donosów jednej strony na drugą stronę dziennie. Wiele z tych donosów czytałem. Niemal zawsze chodziło o to, żeby drugiej stronie "dokopać". Te urzędy są najczęściej bezradne, i w tej bezradności czasami popełniają głupie błędy. Nie ma żadnego odbierania dzieci rodzicom. Jeśli już do czegoś takiego dochodzi, to chodzi o ekstremalne przypadki, w których jest alkoholizm, narkomania lub kompletne zaniedbanie dzieci. Około rok temu Jugendamt w Berlinie zabrał polskiej dziewczynie, lat 28, 4-letnią dziewczynkę. Z akt wynikało, że niemal codziennie się narkotyzuje i podczas kiedy dziecko w nocy głośno płakało, ona nie reagowała na dzwonki sąsiadów do drzwi, którzy zadzwonili po policję. Policja przyjechała, dziecko znalazła w opłakanym stanie, a matka była w jakimś narkotycznym letargu. Dziecko zabrano, przede wszystkim, żeby je nakarmić i umyć. Po czterech dniach matka zwróciła się o pomoc w odzyskaniu dziecka. Na rozmowę przyszła znarkotyzowana tak, że nie potrafiła powiedzieć składnego zdania. W sumie bardzo nieszczęśliwa dziewczyna, starsznie samotna z tym dzieckiem, wyższe wykształcenie (po Akademii Sztuk Pięknych). Sąd zadecydował, że dziecko odzyska, jeśli przejdzie kurację odwykową; dziecko może systematycznie odwiedzać pod warunkiem, że nie będzie pod wpływem narkotyków. Sąd nie miał nic przeciwko jej propozycji, aby dziecko przekazać jej rodzicom. Ale ci się nie zgłosili. Oto więc przykad zabierania dziecka przez Jugendamt i sąd niemiecki. Nie ma żadnego odbierania dzieci, bo "mieszkanie za małe" lub "bo rodzice nie mają pracy". Przecież to są straszne kłamstwa. W Niemczech, np. w Berlinie, jest strasznie dużo ludzi bezrobotnych, także młodych z małymi dziećmi w małych mieszkaniach; także polskich, młodych rodzin. Nikt nie zabiera im dzieci. Oczywiście, jeśli dziecko parę dni bez jakiegokolwiek sygnału od rodziców nie przychodzi do szkoły, to w końcu ktoś przychodzi i pyta, "Co się dzieje?". Tak samo, jeśli sąsiedzi słyszą w nocy płaczące dziecko i mają wrażenie, że nikogo z rodziców nie ma w domu. Dzwonią wówczas na policję. A jak postępują w takich sytuacjach polscy sąsiedzi w Polsce???