Wypadek z domu do pracy proszę o pomoc

  • Autor wątku Autor wątku Maci3k007
  • Data rozpoczęcia Data rozpoczęcia
M

Maci3k007

Nowy użytkownik
Dołączył
09.2014
Odpowiedzi
1
Witam, wracając z pracy do domu wpadłem w poślizg na motocyklu i wpadłem na znak drogowy gdzie wybiłem bark nie straciłem przytomności nie miałem żadnego złamania. Przyjechała karetka po jakiś 40 minutach w której nie było lekarza tylko ratownik medyczny na miejscu wypadku nie zabezpieczyli mi barku w calu zawiezienia mnie do szpitala i nastawienia barku przez lekarza który ma do tego uprawnienia. Sanitariusz w celu umieszczenia mnie na noszach postanowił nastawić bark i ułożyć rękę wzdłuż ciała która była wkręcona i leżała nad głową przy tej czynności gdy prostował rękę, w barku coś mi trzasnęło i poczułem straszny ból po czyn ręka opadła i stała się bezwładna, przed ta czynnością potrafiłem poruszać palcami i przedramieniem tylko nie dałem rady ręki wyprostować.

Zapakowali mnie do karetki i zawieźli do najbliższego szpitala 16km w szpitalu zrobili mi prześwietlenie kręgosłupa, na szczęście był w porządku ale powiedzieli, że nie mają miejsca w szpitalu na sali i wysyłają mnie do 2 szpitala wojewódzkiego który znajduje się około 42km dalej, ponownie zapakowali mnie do karetki i wysłali do 2 szpitala gdy zajechałem na miejsce lekarze mnie obejrzeli i powiedzieli, że nie ma konieczności operacji i nie ma zagrożenia życia więc który szpital mnie zabierał z miejsca wypadku ten powinien mnie przyjąć do szpitala z tej racji wsadzili mnie do karetki i ponownie odwieźli do 1 szpitala na miejsce trafiłem o godzinie 23.20 gdzie wypadek miałem o 18.10 ...

W szpitalu dostawałem tylko zastrzyki przeciw bólowe w tym morfine ponieważ cały czas bolała mi ręka na 2 dzień lekarze postanowili zrobić rezonans splotu by zobaczyć czy splot barkowy nie jest uszkodzony ponieważ miałem całkowity bezwład prawej ręki, miejscowy szpital nie miał rezonansu więc wsadzili mnie do karetki i zawieźli 42km do szpitala wojewódzkiego po zrobieniu rezonansu wróciłem karetką do szpitala a wyniki miały być na następny dzień. Następnego dnia przychodzi lekarz i mówi, że źle zrobili rezonans ponieważ zamiast zrobić prześwietlenie splotu to zrobili prześwietlenie barku i ręki, przez to musiałem po raz kolejny jechać karetką 42km w jedna stronę żeby wykonać rezonans. Wyniki rezonasu wyszły poprawnie, wynikało z nich, że splot barkowy jest cały i nie ma żadnego zerwania nerwów. Po tych podróżach zacząłem czuć się coraz gorzej, zacząłem wymiotować bolała mnie strasznie głowa, brzuch leżałem w łóżku i nie wstawałem przez parę dni lekarze zapewniali mnie, że z ręką jest wszystko w porządku i po jakimś czasie wszystko wróci do normy. Problemem było mój zły stan zdrowia nie wiedzieli co jest jego przyczyną na 3 dzień lekarz zapewniał mnie, że z głową jest wszystko w porządku ponieważ miałem tomografie głowy po wypadku a wyniki są dobre, po 30 minutach od tej wiadomości przybiega lekarz i mówi, że jednak nie miałem tomografii i trzeba szybko wykonać badania ponieważ przyczyną bólu głowy może być krwiak. Na szczęście po badaniu okazało się, że nie mam krwiaka i wszystko jest w porządku a przyczyna nie jest wciąż znana. Mój stan się nie poprawiał a leżałem już 7 dni więc lekarz zapytał mnie czy nie ugryzł mnie kleszcz i możliwe, że mam podejrzenie zapalenia opon mózgowych w celu pozbycia mnie się ze szpitala ponieważ nie potrafił określić przyczyny mojego złego stanu zdrowia wsadził mnie w karetkę i kazał zawieść do szpitala zakaźnego oddalonego o 42km. Gdy zajechałem na miejsce lekarze i ratownicy namawiali żeby zrobić punkcję kręgosłupa, jeżeli było by to zapalenie opon mózgowych to zagrażało by mojemu życiu po takim długim czasie, ja jednak nie zgodziłem się na tą punkcję po czym wróciłem karetką z powrotem do szpitala i na własne życzenie się wypisałem do domu, w domu poczułem się znacznie lepiej i mój stan zaczął wracać do normy.

Po paru tygodniach pojechałem do tego samego lekarza żeby dostać rehabilitację, lekarz zapewniał, że wszystko zacznie wracać do normy ponieważ rezonans jest dobry, jednak tak nie było jeździłem na rehabilitacje cały czas ćwiczyłem a rodzice się niepokoili ponieważ minęło parę miesięcy a poprawy żadnej nie było.
Postanowiłem zacząć szukać pomocy na własną rękę, ojciec miał znajomego lekarza w Szwecji więc do niego przedzwonił a on poprosił żeby przesłać mu wszystkie badania, kiedy lekarz przejrzał te badania powiedział, że rezonans jest kiepskiej jakości i na jego podstawie nie da się określić czy nerwy nie są pozrywane, w tym celu znalazł mi klinikę w warszawie "Carolina Medical Center" w której zrobiłem rezonans i okazało się, że mam 4 korzenie nerwowe wyrwane z kręgosłupa i tylko operacja mi pomoże.
Doradzono mi żeby wykonał tą operacje w Wrocławiu, po 4 miesiącach od wypadku w Wrocławiu zrobili mi operację, że okres był długi od wypadku to pozrywane nerwy pousychały a żeby połapać te nerwy musiałem mieć wycięty 24cm nerw łydkowy żeby to wszystko połapać do kupy.

Jestem już 2 lata po wypadku a ręka jest dalej bezwładna mam zaniki mięśni przykręgosłupowych, nerwobóle 24/h , sanitariusze nie maja prawa nastawiać barku a nastawiali mam z 20 świadków, lekarze postawili złe diagnozy i żebym nie szukał pomocy na własną rękę to bym cały czas chodził prowadził rehabilitacje z pozrywanymi 4 nerwami z kręgosłupa a ręka nigdy by nie miała szans na powrót do sprawności.

Postanowiłem więc założyć sprawę a żeby nie wchodzić w koszta adwokat postanowił zgłosić to jako popełnienie przestępstwa, złożyłem zeznania na policji w niewielkim mieście do 20tys mieszkańców chciałem żeby sprawa toczyła się w sądzie wojewódzkim a nie miejscowym ponieważ wszyscy się znają i każdy swojego będzie bronił jednak prokurator się na to nie zgodził ponieważ zapewniał że pracują tu ludzie z poza miasta i nie ma podstaw do takiej obawy. Gdy złożyłem zeznania policja wysłała mnie na opinie biegłych do Szczecina na drugi koniec Polski, do Szczecina mam 804km w jedna stronę. Od razu było to dla mnie podejrzane ponieważ opinie można złożyć w 5-6 miastach w odległości do 250km. Po zajechaniu do Szczecina przyjął mnie stary lekarz z 80 lat co ledwo zipał bez zapoznania się z moja sprawą od razu z góry mówił, że po co mi te wszystkie sprawy i tak nie wygram dawał mi do zrozumienia że to wszystko nie ma sensu, mylił moje akta jak zwróciłem uwagę, że ma nie moje teczki to wyszedł i po jakimś czasie przyszedł dopiero z moimi aktami, może myślał że dam mu jakąś łapówkę żeby dostać pozytywną opinie ja jednak nie miałem kasy i nie miałem zamiaru nikomu nic płacić. Po jakimś czasie przyszła negatywna opinia w której napisał, że przy nastawianiu barku nie da się uszkodzić splotu barkowego chociaż sanitariusze nie mają do tego prawa i postawa lekarzy była prawidłowa.

Prokurator na podstawie tej opinii umorzył sprawę, napisałem odwołanie zachodzę do sądu a sędzia który prowadzi moją sprawę mówi, że osoba przeciwko której prowadzę sprawę to jego rodzina i nie chce prowadzić tej sprawy, oddaje sprawę dla swojego kolegi to są jakieś jaja ... a teraz specjalnie przeciągają sprawę.

Proszę o pomoc co mam robić? Ciągnąć to dalej? Nie mam za bardzo już kasy i nie wiem czy wchodzić w koszta i zakładać nową sprawę w sądzie wojewódzkim? Czy mam jakieś szansę cokolwiek z tym zrobić? Po jakim czasie będzie przedawnienie sprawy? Za miesiąc będzie 2 lata od wypadku. ;/
 
Powrót
Góra