A
anwilka_kropek
Nowy użytkownik
- Dołączył
- 02.2015
- Odpowiedzi
- 8
Witam serdecznie. Znalazłam wiece podobnych tematów, ale jednak żaden nie odzwierciedlał mojej sytuacji. Z początku zaznaczam, że mieszkanie, w którym mieszkam nie jest moją własnością, opiekujemy się nim. Właścicielem jest moj kuzyn przebywający za granicą.
Mieszkamy od ponad dwóch lat w bliku 4 piętrowym. Mieszkanie to stało przez wiele lat puste, więc Pani, która mieszka pod nami wszystko przeszkadzało już od początku: że pali się światło wieczorem, że się chodzi po mieszkaniu po 22 itp...rok temu wezwała policję do "Ostrej libacji", wpadło dwóch panów byczków i zastali 4 osoby grające w Monopoly, pośmiali się i poszli. Od tamtej pory był względny spokój, zadnych zaczepek, ale jednocześnie traktowanie się jak powietrze. Sprawa przybrała inny obrót kiedy Pani zaczęla chodzic po sąsiadach i opowiadać, ze ona doskonale wie co się u nas dzieje, jakie u nas jest chlanie bo ona ciągle musi wysłuchiwać jak ja w nocy wymiotuję... sęk w tym, że byłam w 8 tyg ciazy. I od momentu, kiedy Pani dowiedziała się o ciaży, zaczął się cyrk. Przyszedł do nas wieczorem Pan-Przyjaciel z bonusem tej Pani i zrobił awanture. Co ciekawsze, powiedział, że on nie będzie rozmawiał z moim mężem, tylko on chce rozmawiać ze mną (doskonale wiedział, ze skoro jestem w ciązy, to się nie mogę denerwować) Ale wytłumaczyłam kulturalnie temu Panu (który z resztą nie mieszka w naszej klatce, tylko jest dochodzący) żeby dzwonili po policję jesli według nich jest głośno, ale jesli policja będzie ciągle przyjeżdzać i nic nie stwierdzą, to powiedziałam, że zgłoszę nękanie i nachodzenie. Pan poszedł...Kilka dni później otrzymaliśmy od zaufanej osoby w spółdzielni informacje, że wplyneła na nas skarga, że sie w nocy kłócimy i rzucamy meblami(!). Maż zszedł do Pani zapytać o co jej tak na prawdę chodzi, więc Pani wykorzystała sytuację i zaczeła na nas wrzeszczeć... Za chwilę dołączyła sie do niej jej córka, która zaczęła do nas przeklinać i nas wyzywać, ze "My możemy spier*alać, bo ona tu mieszka, a my nie jestesmy zameldowani i ze mamy wypie*dalać..." i inne tego typu epitety...pogratulowałam Pani wychowania córki i zaczełam wracać do domu, na odchodne usłyszałam "To skoro Pani jest w ciazy, to czy Pani się tak nie boi....?" na pytanie, czy chodzenia po mieszkaniu usłyszałam "Nie, nie....czy w ogóle Pani tak się nie boi..." nie do końca wiedząc jak mam to traktowac przestraszylam się. Generalnie byłam tak zdenerwowana, ze zaczęłam się coraz gorzej czuć. Skończyło się, że wylądowałam w szpitalu z zagrożeniem poronienia. Mój mąż poprosił wtedy o wizytę dzielnicowego. Dzielnicowy przyjechał, maz nakreślił sprawę, Pan spisał zeznania męża i obawy, poradził, żeby informowac go o każdej ewentualnej interwencji, aczkolwiek uprzedził, że jest spora możliwość, że sprawa zakonczy się w sądzie i poszedł pouczyć Panią. Niedługo potem zjawiła się u nas Spółdzielnia Mieszkaniowa. W zasadzie od tamtej pory co chwile przychodzi do nas spółdzielnia, że Pani mieszkająca pod nami złożyła kolejną skargę na nas, że po 22 jest u nas głośno, że jest pukanie, stukanie, słychać rozmowy i że codziennie wstaję o 2 w nocy i pukam jej w grzejnik (tak, bo to jest normalne). Wytłumaczyłam Państwu sytuację, pośmiali się i poszli. Sami przyznali nam rację, że nie jest to normalne. My nie możemy chodzić w papciach, bo jej tupiemy, ale boso też jej tupiemy więc lepiej, żebyśmy nie chodzili wcale. Problem jest też, że nikt nie może do nas przyjść (jak się później okazało, nawet przed ciszą nocną) bo zawsze kończy się to kolejną skargą. Przed wczoraj odebrałam telefon od właściciela mieszkania w okolicach godziny 15, że przed chwilą rozmawiał z Panią przez telefon i Pani wręcz rząda, żeby nas "wypierd*lić na zbity ryj", właściciel powiedział, ze absolutnie nie ma takiej opcji, ponieważ on monitoruje mieszkanie i wie, że u nas sie nic nie dzieje, ale ona wie lepiej, i jak mysmy śmiali zgłosić ją dzielnicowemu. Więc własciciel zaczał się coraz bardziej denerwować i powiedział jej, że jakoś się musimy bronić i jak będzie trzeba to sprae się zgłosi jeszcze dalej. Na co Pani do niego powuedziała, ze ciagle jest głośno, że nawet teraz jest bardzo głośno (była u nas ta sama para która grała z nami w monopol, pili herbate, była godzina po 15...." więc własciciel kazał jej wzywac policję, jak jej będzie przeszkadzało. Na drugi dzień (czyli wczoraj) znów była wizyta ze spółdzielni, Pani ze spółdzielni była bardzo bojpowa i mówi, że ją nic nie obchodzi bo "sąsiedzi mają podsłuch pod sufitem i maja nagrania ze jest szuranie i pukanie i puścili jej z komputera" każdy kto odrobine pomysli, wie, ze jakikolwiek mikrofon nie ma funkcji "Nagraj tylko tych z góry a nie nas", poza tym, godzine utworzenia pliku mozna przerobić, każde dziecko to potrafi, wystarczy go zapisać na nowo. Aczkolwiek bardzo mnie ciekawy, czy mogą mnie podsłuchiwać. Tego samego dnia, godzina 23:30...od ponad godziny śpimy, ponieważ mój mąż szedł dziś do pracy na 4:30...ktoś puka... okazało się, że policja. Więc nakreślilismy Panom sytuacje, Panowie odnotowali, że zastali w mieszkaniu śpiące małżeństwo (dziwne...o 23:30...) i poszli... Opisuję to, dlatego, że nie bardzo już wiem, jak mam sobie z tym poradzić. Jest to normalne zatruwanie życia... nie dało się nas wykurzyć normalnie, to trzeba mnie zdenerować, żebym straciła dziecko? Bo chodzi na pewno o to, że nie życzą sobie,żeby nad nimi płakało dziecko, bo dziecku nie pokaże o 22 zegarka a ono magicznie przestanie płakać. Co chciwle są skargi, kłamstwa, wezwania. Jestem w 20 tygodniu ciąży, zmęczona psychicznie i wiecznie podenerwowana, boję się, że odbije się to na moim dziecku. Przecież 22 nie oznacza, że mam pogasić swiatła i siedzieć pod scianą az zachce mi się spać. Przeciez ja tez słyszę sąsiadów, jak piorą, jak chodzą, sikają wołają "podaj papier"...tak jest w bloku...ile razy szczeka pies za ścianą jak dziewczyna wraca przed 23 z pracy... tak po prostu jest. Nie wiem, co mam zrobic, żeby dała nam spokój. Dzielnicowy mnie trochę nastraszył, że skoro są takie sytuacje i córka tej Pani jest w stosunku do nas agresywna i chcą się nas pozbyć, że powinnam uważać i starać sie nie wychodzić samemu, żeby nie zepchnęła mnie ze schodów, bo nie wiadomo, co ludziom przyjdzie do głowy. Jesteśmy najnormalniej w świecie zastraszeni, nie wolno mi iść w nocy do łazienki, jestem w ciazy - muszę...nie wolno mi po 22 chodzić po mieszkaniu...i gdziekolwiek coś puknie, ktos szurnie, to jest skarga, że to u nas... Nie wyprowadzimy się stąd, bo niby dlaczego? a po drugi i tak nie mamy dokąd. Przeciez nawet mimo tego, że nie jesteśmy wlascicielami mieszkania, chyba mamy jakies prawa? Skoro Pani cały czas składa skargi na rzeczy, których nie ma, to już się boję, co będzie opowiadała, jak urodzi nam się dziecko... Boję sie o moje dziecko, staraliśmy sie o nie prawie 4 lata, dawano nam 5% szans... wytrzymam wszystko, byle mojemu dziecku sie nic nie stało. Proszę o pomoc.
Mieszkamy od ponad dwóch lat w bliku 4 piętrowym. Mieszkanie to stało przez wiele lat puste, więc Pani, która mieszka pod nami wszystko przeszkadzało już od początku: że pali się światło wieczorem, że się chodzi po mieszkaniu po 22 itp...rok temu wezwała policję do "Ostrej libacji", wpadło dwóch panów byczków i zastali 4 osoby grające w Monopoly, pośmiali się i poszli. Od tamtej pory był względny spokój, zadnych zaczepek, ale jednocześnie traktowanie się jak powietrze. Sprawa przybrała inny obrót kiedy Pani zaczęla chodzic po sąsiadach i opowiadać, ze ona doskonale wie co się u nas dzieje, jakie u nas jest chlanie bo ona ciągle musi wysłuchiwać jak ja w nocy wymiotuję... sęk w tym, że byłam w 8 tyg ciazy. I od momentu, kiedy Pani dowiedziała się o ciaży, zaczął się cyrk. Przyszedł do nas wieczorem Pan-Przyjaciel z bonusem tej Pani i zrobił awanture. Co ciekawsze, powiedział, że on nie będzie rozmawiał z moim mężem, tylko on chce rozmawiać ze mną (doskonale wiedział, ze skoro jestem w ciązy, to się nie mogę denerwować) Ale wytłumaczyłam kulturalnie temu Panu (który z resztą nie mieszka w naszej klatce, tylko jest dochodzący) żeby dzwonili po policję jesli według nich jest głośno, ale jesli policja będzie ciągle przyjeżdzać i nic nie stwierdzą, to powiedziałam, że zgłoszę nękanie i nachodzenie. Pan poszedł...Kilka dni później otrzymaliśmy od zaufanej osoby w spółdzielni informacje, że wplyneła na nas skarga, że sie w nocy kłócimy i rzucamy meblami(!). Maż zszedł do Pani zapytać o co jej tak na prawdę chodzi, więc Pani wykorzystała sytuację i zaczeła na nas wrzeszczeć... Za chwilę dołączyła sie do niej jej córka, która zaczęła do nas przeklinać i nas wyzywać, ze "My możemy spier*alać, bo ona tu mieszka, a my nie jestesmy zameldowani i ze mamy wypie*dalać..." i inne tego typu epitety...pogratulowałam Pani wychowania córki i zaczełam wracać do domu, na odchodne usłyszałam "To skoro Pani jest w ciazy, to czy Pani się tak nie boi....?" na pytanie, czy chodzenia po mieszkaniu usłyszałam "Nie, nie....czy w ogóle Pani tak się nie boi..." nie do końca wiedząc jak mam to traktowac przestraszylam się. Generalnie byłam tak zdenerwowana, ze zaczęłam się coraz gorzej czuć. Skończyło się, że wylądowałam w szpitalu z zagrożeniem poronienia. Mój mąż poprosił wtedy o wizytę dzielnicowego. Dzielnicowy przyjechał, maz nakreślił sprawę, Pan spisał zeznania męża i obawy, poradził, żeby informowac go o każdej ewentualnej interwencji, aczkolwiek uprzedził, że jest spora możliwość, że sprawa zakonczy się w sądzie i poszedł pouczyć Panią. Niedługo potem zjawiła się u nas Spółdzielnia Mieszkaniowa. W zasadzie od tamtej pory co chwile przychodzi do nas spółdzielnia, że Pani mieszkająca pod nami złożyła kolejną skargę na nas, że po 22 jest u nas głośno, że jest pukanie, stukanie, słychać rozmowy i że codziennie wstaję o 2 w nocy i pukam jej w grzejnik (tak, bo to jest normalne). Wytłumaczyłam Państwu sytuację, pośmiali się i poszli. Sami przyznali nam rację, że nie jest to normalne. My nie możemy chodzić w papciach, bo jej tupiemy, ale boso też jej tupiemy więc lepiej, żebyśmy nie chodzili wcale. Problem jest też, że nikt nie może do nas przyjść (jak się później okazało, nawet przed ciszą nocną) bo zawsze kończy się to kolejną skargą. Przed wczoraj odebrałam telefon od właściciela mieszkania w okolicach godziny 15, że przed chwilą rozmawiał z Panią przez telefon i Pani wręcz rząda, żeby nas "wypierd*lić na zbity ryj", właściciel powiedział, ze absolutnie nie ma takiej opcji, ponieważ on monitoruje mieszkanie i wie, że u nas sie nic nie dzieje, ale ona wie lepiej, i jak mysmy śmiali zgłosić ją dzielnicowemu. Więc własciciel zaczał się coraz bardziej denerwować i powiedział jej, że jakoś się musimy bronić i jak będzie trzeba to sprae się zgłosi jeszcze dalej. Na co Pani do niego powuedziała, ze ciagle jest głośno, że nawet teraz jest bardzo głośno (była u nas ta sama para która grała z nami w monopol, pili herbate, była godzina po 15...." więc własciciel kazał jej wzywac policję, jak jej będzie przeszkadzało. Na drugi dzień (czyli wczoraj) znów była wizyta ze spółdzielni, Pani ze spółdzielni była bardzo bojpowa i mówi, że ją nic nie obchodzi bo "sąsiedzi mają podsłuch pod sufitem i maja nagrania ze jest szuranie i pukanie i puścili jej z komputera" każdy kto odrobine pomysli, wie, ze jakikolwiek mikrofon nie ma funkcji "Nagraj tylko tych z góry a nie nas", poza tym, godzine utworzenia pliku mozna przerobić, każde dziecko to potrafi, wystarczy go zapisać na nowo. Aczkolwiek bardzo mnie ciekawy, czy mogą mnie podsłuchiwać. Tego samego dnia, godzina 23:30...od ponad godziny śpimy, ponieważ mój mąż szedł dziś do pracy na 4:30...ktoś puka... okazało się, że policja. Więc nakreślilismy Panom sytuacje, Panowie odnotowali, że zastali w mieszkaniu śpiące małżeństwo (dziwne...o 23:30...) i poszli... Opisuję to, dlatego, że nie bardzo już wiem, jak mam sobie z tym poradzić. Jest to normalne zatruwanie życia... nie dało się nas wykurzyć normalnie, to trzeba mnie zdenerować, żebym straciła dziecko? Bo chodzi na pewno o to, że nie życzą sobie,żeby nad nimi płakało dziecko, bo dziecku nie pokaże o 22 zegarka a ono magicznie przestanie płakać. Co chciwle są skargi, kłamstwa, wezwania. Jestem w 20 tygodniu ciąży, zmęczona psychicznie i wiecznie podenerwowana, boję się, że odbije się to na moim dziecku. Przecież 22 nie oznacza, że mam pogasić swiatła i siedzieć pod scianą az zachce mi się spać. Przeciez ja tez słyszę sąsiadów, jak piorą, jak chodzą, sikają wołają "podaj papier"...tak jest w bloku...ile razy szczeka pies za ścianą jak dziewczyna wraca przed 23 z pracy... tak po prostu jest. Nie wiem, co mam zrobic, żeby dała nam spokój. Dzielnicowy mnie trochę nastraszył, że skoro są takie sytuacje i córka tej Pani jest w stosunku do nas agresywna i chcą się nas pozbyć, że powinnam uważać i starać sie nie wychodzić samemu, żeby nie zepchnęła mnie ze schodów, bo nie wiadomo, co ludziom przyjdzie do głowy. Jesteśmy najnormalniej w świecie zastraszeni, nie wolno mi iść w nocy do łazienki, jestem w ciazy - muszę...nie wolno mi po 22 chodzić po mieszkaniu...i gdziekolwiek coś puknie, ktos szurnie, to jest skarga, że to u nas... Nie wyprowadzimy się stąd, bo niby dlaczego? a po drugi i tak nie mamy dokąd. Przeciez nawet mimo tego, że nie jesteśmy wlascicielami mieszkania, chyba mamy jakies prawa? Skoro Pani cały czas składa skargi na rzeczy, których nie ma, to już się boję, co będzie opowiadała, jak urodzi nam się dziecko... Boję sie o moje dziecko, staraliśmy sie o nie prawie 4 lata, dawano nam 5% szans... wytrzymam wszystko, byle mojemu dziecku sie nic nie stało. Proszę o pomoc.