"Piłeś nie jedź"- przeczytaj ku przestrodze!

  • Autor wątku Autor wątku Niuans
  • Data rozpoczęcia Data rozpoczęcia
Status
Ten wątek został zamknięty.
Niuans

Niuans

Moderator w spoczynku
Dołączył
10.2005
Odpowiedzi
350
Zakład Karny w Hrubieszowie otacza ponury mur. Mariusz S. z okna celi ma widok na ten mur. Nad łóżkiem powiesił kilka zdjęć z przeszłości. Zdjęcie dziewczyny zdjął. Przestała przyjeżdżać po trzech latach. Mariusz ją rozumie. Przecież to nie parę dni, tylko 10 lat czekania. Przesiedział już pięć i pół roku. Wtedy miał 23 lata, dziś 28... - Jakoś trzeba żyć.

Najważniejsze, że rodzina się nie odwróciła - Mariusz S., ładny chłopak w więziennym uniformie, niepewnie wyciąga do mnie rękę. Jakby czuł, że nie zasługuje na podanie ręki. Wysportowany. Bo tu dużo się ćwiczy, żeby nie zwariować. Każda czynność po paru miesiącach robi się nudna. Wtedy Mariusz "zaczyna nowy kapitał", miesiącami czyta książki, potem miesiącami rozmawia ze współwięźniami w celi. Tak w kółko.
Siedzimy naprzeciwko siebie przy więziennym stole. Normalnie żył. Od lat 80. w Niemczech, gdzie wyjechał z rodzicami. Skończył niemiecką szkołę, nigdy nikomu nie zrobił krzywdy, nigdy nie szarżował, nie zapłacił mandatu. Był rok 1999. Bum na sprowadzanie aut z Zachodu. Można powiedzieć, że Mariuszowi się powodziło. Kupił dżipa, w Poniatowej poznał fajną dziewczynę. Akurat przyjechał do niej na majowy weekend. W sobotę, dzień przed tym, jak stracił wszystko, złamał swoją zasadę i dał się namówić chłopakowi w barze, żeby wsiąść do auta po piwie. Tamten tłumaczył, że to tylko parę metrów. Pili prawie do rana. Rano wsiadł znowu. Też podjechać tylko kawałek, do knajpy, gdzie miało być fajnie... - Niewiele pamiętam. Tyle, że droga była kręta. Tamten chłopak odkręcił szybę i zaczepiał dziewczyny. Pamiętam, że irytował mnie, bo cały czas zmieniał kasety. Przytomniałem na kawałkach tej drogi. Pamiętam, że on coś powiedział i spojrzałem na niego. Akurat był łuk w lewo. Do tej pory nie wiem, czy to było w tym momencie. Za łukiem szły poboczem trzy osoby. To był ułamek sekundy, takie tępe uderzenie. Tyle pamiętam. Uciekłem w kierunku rzeczki. W głowie miałem myśl, żeby jak najdalej się od tego oddalić - patrzy na mnie, czy rozumiem, że nie chciał uciekać. - Przy brzegu stali wędkarze. Wzięli mnie za ręce i nogi i zanieśli do wsi. Ocknąłem się znów, jak zobaczyłem nad sobą siekierę. Nie zdążyli mnie zlinczować, bo nadjechała policja. Miałem 2,5 promila. Zabiłem babcię, jej córkę i wnuczka. Ponoć dwie osoby zabrałem ze sobą, w kołach. Ponoć ciągnąłem jakieś 50 m. Jedna przeleciała mi nad głową.

Mariusz nie wie, ilu bliskich zostawiły. W liście do nich prosił, żeby znaleźli w sobie siłę, by przebaczyć. Ale list nie dotarł. Ponoć został zatrzymany w prokuraturze. Mariusz to też rozumie: - Postawiłby mnie w lepszym świetle, a prokurator jest od tego, by wywalczyć najwyższy wymiar kary. Życie ludzkie to poważna rzecz.
W sądzie widział starszego pana, pewnie męża babci, ojca i dziadka. Chciał spojrzeć mu w twarz, ale tamten nie chciał. Potem przestał go widywać na rozprawach. Słyszał, że się powiesił.

Mariusz często opiera głowę na łokciach. Jakby chciał pomóc głowie wytrzymać te myśli. - Nie jestem mordercą. Morderca planuje przestępstwo. To był straszny wypadek, coś, co nie miało się stać... Najbardziej mnie boli, że to był pierwszy raz.
W lutym pierwszy raz od pięciu lat był za tą bramą. Stanął i przytrzymał się ramienia kuzyna. Ze strachu. A świat wydał mu się taki wielki...
Zaczął się uczyć w szkole w Lublinie. Żeby przyzwyczajać się do normalności. Nie, nie pojedzie na ten grób, jak skończy odsiadkę. Pojechałby i co?

Jezu, zabiłem człowieka!

Młodzi, ambitni, lubią życie. Dużo bardziej niż dorośli. Nawet piją inaczej. Szybciej. Życie zmienia im się zwykle z soboty na niedzielę. Bo najgorzej jest w sobotnią noc, gdy wracają z dyskotek, w niedzielny poranek, kiedy "zmuleni" sobotnim kacem przemieszczają się do następnej knajpy, i w święta, gdy zjeżdżają ze szkół do domu i objeżdżają imprezy, gdzie można spotkać znajomych. Lubią grać policji na nosie.
Kpt. Janusz Krotkiewicz, kierownik działu penitencjarnego Zakładu Karnego w Hrubieszowie, pokazuje statystyki: - 28 lat, 26, 22, 27, 29... Obecnie 14 osób siedzi za zabicie na drodze człowieka. Wszyscy młodzi. Starszym to się zdarza rzadko. Typowy skazany: student, maturzysta, właśnie rozpoczął naukę lub pierwszą pracę, rokujący, dobry dom, bardzo dobra opinia, niekarany. Wszyscy z terenu lubelskiego. Mają prawo odbywać karę jak najbliżej miejsca zamieszkania. Typowy scenariusz: impreza, popis przed dziewczyną, wzięcie kluczyków bez wiedzy rodziców, szybkość niedostosowana do łuku drogi i nietrzeźwość.
Skazani za wypadek ze skutkiem śmiertelnym dostają coraz surowsze wyroki - sześć, osiem lat.

Ale trudno mówić, że są surowe, gdy chodzi o ludzkie życie. - Do połowy lat 90. dostawali trzy i pół roku do czterech lat, a po jednej trzeciej wyroku mogli się ubiegać o warunkowe zwolnienie - mówi kpt. Krotkiewicz. - Presja społeczna wymusiła na wymiarze sprawiedliwości, że kara wzrosła dwukrotnie.
Są sprawcami co czwartego wypadku, który miał miejsce w weekend.

Statystyki potwierdzają, że młodych zabójców jest najwięcej. W 2004 r. kierowcy w wieku 18-24 lata zabili "mimo woli" 993 osoby, kierowcy w wieku 25-39 lat - 1482. W następnych przedziałach wiekowych statystyki spadają o więcej niż połowę.

W więzieniu nazywają ich "petka". "Petka" to odbywający karę po raz pierwszy. Najpierw trafiają do celi przejściowej na 14 dni. Zabierają ze sobą jedną parę spodni, dwie koszule i gryzące sumienie. Potem do grup półotwartych zwanych P-2, to między innymi znaczy, że w określonych godzinach mają otwartą celę.


Czy on też miał dzieci?

12.00. Arkadiusz G., 22 lata, ceruje na maszynie ręczniki. Rwą się, ale to dobrze, bo jest co robić, a jak robisz, to nie myślisz. Pierwsze dziewięć miesięcy, gdy nie wychodził z celi, nie myślał o niczym innym, tylko o tamtym. Godzina spaceru i znów kraty. Już się nauczył podstawowych rzeczy, czyli co trzeba wiedzieć, jakich słów nie używać, jak zabijać czas. O 14.30 wraca do celi, włącza 14-calowy telewizor i do rana musi przeczekać myśl, że zabił człowieka. Czasem kładzie się na kozetce i zastanawia się, czy tamten mężczyzna też miał dzieci. Czy miał dom? Był Ukraińcem, miał 34 lata. Wiózł ludzi na prace zarobkowe.
Jeszcze rok temu, 24 czerwca, Arkadiusz G. nie zastanawiał się nad tym, że ma wszystko. Żonę, pracę w fabryce mebli w Biłgoraju, pięciomiesięczne dziecko, że zaczął studia na politechnice w Rzeszowie. Za trzy dni mieli się przenieść do nowego domu... Rzadko pił. Nigdy gdy prowadził. Gdyby wiedział, że po czterech piwach rano alkomat coś jeszcze wykaże, wziąłby wtedy urlop. Był środek tygodnia. Odpust na św. Jana. Potem zabawa, jak to we wsi. O północy Arkadiusz G. poszedł spać. Przed szóstą ubrał się i wsiadł do auta. Ten Ukrainiec nadjechał z przeciwka. Obrońca co mógł, to zrobił, mówił, że Arkadiusz G. był uczestnikiem, a nie sprawcą. Dostał pięć lat. Miał 0,5 promila.
- Nie było innego wyjścia, jak się oswoić - odkłada ręcznik na stertę. - Bo jakby się nie przyzwyczaić, to co? Zwariować? Najtrudniej było się nauczyć siedzieć w zamknięciu. Tak siedzieć dla samego siedzenia. W domu to nie do pomyślenia. I rozstać się z żoną. Pół roku po ślubie...
Przyjeżdża co miesiąc na widzenia. Też poszła na studia, żeby nie siedzieć i nie myśleć. Czasem przywozi syna. Siadają w wydzielonym miejscu przy stoliku i rozmawiają o przyszłości. Ale do tego, co było, nigdy nie będzie powrotu. - Nikt mnie nie zapyta, za co siedziałem, czy chciałem, czy nie. Wystarczy, że siedział, czyli kryminalista - ale wydaje mu się, że wyjdzie taki sam, że więzienie nie zmieni go na gorsze.


Czy jestem zły?

Stęchły zapach więzienia miesza się z zapachem gotowanej na obiad kaszy.
- Podobno to nie był jakiś dobrotliwy człowiek. Podobno lubił wypić - Michał P., zatrudniony jako pomoc w pralni, suszy więzienne ubrania na parownicy. Analizuje, szuka czegoś, co sprawi, że będzie mu lżej. Czasem układa w myślach list do jego rodziny. Ale nie wyśle. Nie chce rozdrapywać. Ma 27 lat, wygląda na więcej. Bo miesiąc za kratami to jak rok na wolności. Już dwa lata, jak tu trafił. Przywykł. Czasem próbuje wczuć się w to, co myślą o nim rodziny zabitych. Pewnie myślą: zły. Tak jak sąsiedzi. Mówi o sobie: "spalony w Hrubieszowie". W grudniu był po raz pierwszy na przepustce. Czuł się tak, jakby go wypuścili z klatki i powiedzieli: rób co chcesz. Jakby psa wypuścić z budy. Nikt nie odezwał się w bloku, nie próbował zrozumieć, co czuje. - Myślą: ty jesteś bandyta, bo siedzisz w kryminale - mówi ze zrozumieniem. Nawet nie wychodził z domu. Raz wyszedł i nie poznawał znajomych, większość już po ślubie, z dziećmi.
Michał P. pracował w Warszawie przy wykańczaniu mieszkań. Akurat przyjechał na urlop. Lubił się pobawić, jak zjeżdżał. - Była sobota. Wypiło się kilka piw, spotkałem kolegę, potem "pękło" wino w parku. Nie wiem do dziś, co mną kierowało. Wziąłem kluczyki od auta ojca. Była paskudna jesień. Jeszcze wypiłem piwo. Nie zmieściłem się w zakręt i wyrzuciło mnie na drugą stronę, gdzie dwie osoby szły pieszo z rowerami. Jedna przeleciała przez samochód. Zatrzymałem się i przykryłem ją kocem. Po siedmiu dniach ten człowiek dostał zawału. Napisali, że z powodu wypadku. Jeszcze na miejscu wypadku przepraszałem, ale córka tego człowieka krzyczała, że jestem mordercą. Też bym nie przyjął takich przeprosin. Od mordercy. Bo siąść za kierownicą po pijaku, to tak jakby wziąć załadowany pistolet do ręki. Zdecydowałem się dobrowolnie poddać karze.

Tacy młodzi, tacy głupi

Ponurym korytarzem wraca z niedzielnej mszy w ekumenicznej kaplicy Jarosław K. Jak większość we wsi Kleszczele jest prawosławny. Zawsze się modli za tego, co zginął. Choć nie wie, czy w ogóle wypada mu się modlić. Klawisz odnotowuje powrót w zeszycie. Trzask krat. Jarosław K. był na ostatnim roku stosunków międzynarodowych. Za tamtą podróż dostał trzy lata... Nie miała być ostatnia. - Był ślub ciotecznej siostry. Wsiadłem do auta tylko domknąć szybę. Ojciec z Belgii przywiózł to auto. Puegot 306. "A co będę szedł", pomyślałem. Kuzyn prowadził, gdy wracaliśmy do domu. Zatrzymaliśmy się, żeby kupić jeszcze po piwie. "Mały" nie mógł odpalić. Mówię mu: "Wysiadaj". Pamiętam tylko, jak wystrzeliły poduszki. Potem już nic. Chyba uciekałem. Ale daleko nie uciekłem. W szpitalu przypadkiem ktoś mi powiedział: zginął brat panny młodej, a brat kierowcy jest sparaliżowany.

Zza krat jest widok na cerkiew. Za cerkwią jest las... - Najgorzej siedzi się latem - Cezary M., 25-letni ogolony chłopak, roznosi posiłki. To zawsze odmiana. Trzy razy dziennie człowiek wychodzi z celi, widzi nowe twarze. A jak się zmęczy, to dłużej śpi. Na wolności, gdy był właścicielem dyskoteki pod Augustowem i zarabiał pieniądze, nie lubił marnować czasu. Tu czas i tak stoi. Od trzech i pół roku. Dostał cztery i pół i zakaz prowadzenia na pięć lat. - Straciłem dużo czasu - zastanawia się. - Gdy lokal zaczął prosperować, miałem plany. Wszystko się skończyło.
To nigdy nie miało się wydarzyć: - Była już niedziela nad ranem. W sobotę, gdy wychodził ostatni gość, robiłem imprezę dla znajomych. Nikt wtedy nie chciał wracać, to wsiadłem. Nie wiem, ile wypiłem, ale nie czułem, że padam na nos. To był prosty odcinek drogi, ani zakrętu, ani nic
.

Ano, stało się

Trzask drzwi od celi. Bogdan O., 25 lat, siedzi tu już od 16 miesięcy. Jechał z Grójca, gdzie pracował, do wioski pod Brańskiem na Wszystkich Świętych. Piwo na rozruch wypił już w drodze. Potem kolejne. - Co mi strzeliło, żeby jechać do dziewczyny? Słyszałem tylko huk. Była mgła. Uciekłem do lasu schować auto. Schyliłem się, żeby wyciągnąć radio,i pod siedzeniem pasażera zobaczyłem głowę. Nie wiem, jak tu wpadła. Nakryłem głowę pokrowcem i wróciłem odciągnąć w pola tułów. Już była niedziela. Rano poszedłem do kościoła i wydawało mi się, że wszyscy już wiedzą. Dostałem pięć lat - Bogdan najbardziej żałuje sam siebie.
W Polsce jest 4,5 mln kierowców w wieku 18-24 lata. W Hajnówce siedzi kilkunastu. Artur Cyruk mówi, że znają się z dyskotek, na które podkradają samochód ojca, żeby przyszpanować. Lubią jeździć szybko, bo wtedy piszczą: - Często na rozmowie wstępnej pytają, czy siedzi taki i taki i czy można do niego dołączyć. Sporo koresponduje z więzienia z rodzicami na Zachodzie. To zwykle chłopaki z Łomży, Zambrowa, Siemiatycz. Większość rodziców z tych miasteczek siedzi w Stanach lub w Belgii. Wysyłają dzieciom pieniądze, fundują superfurę, a dzieci żyją. Potem przyjeżdżają do aresztu. W tej okolicy funkcjonuje nawet opinia, że lepiej nie kupować auta z Siemiatycz i Zambrowa, bo jest zajeżdżone przez małolatów.
Są różni. Czasem mają poczucie winy, najczęściej idą w zaparte, że to zły los, mówią: "Ano, stało się".
Często uciekają z miejsca, myślą, że wytrzeźwieją. Potem tłumaczą, że napili się już po zdarzeniu, z szoku. :!:
Póki są w areszcie tymczasowym, większość jest niewinna: - Siedzą, szukają sposobów, żeby przedłużyć postępowanie, jeden drugiemu w celi udziela porad prawnych - opowiada Artur Cyruk. - Znają świetnie prawo ze swoich przypadków. Tu mają dużo czasu na refleksję, bo areszt tymczasowy trwa długo, nawet rok. Gietka Edyta

Źródło
 
Status
Ten wątek został zamknięty.
Powrót
Góra