Obowiązek pracodawcy zapłaty wynagrodzenia także za ten czas, w którym pracownik był gotów do pracy, ale czekał z przyczyn, za które odpowiada pracodawca, to § 615 BGB (niemiecki kodeks cywilny). W Niemczech nie ma kodeksu pracy, takiego jak w Polsce; stosunek pracy uregulowany jest w niemieckim kodeksie cywlinym (Bürgerliches Gesetzbuch, w skrócie: BGB). od § 611 i następne. W niemieckich ustawach kolejność przepisów oznaczona jest paragrafami (§§), a nie tak jak w Polsce, artykułami. (art.); poza konstytucją niemiecką (Grundgesetz), gdzie też są "Artykuły/Artikel".
Jeśli chodzi o zakaz przekazywania pracowników, to jest on uregulowany w osobnej ustawie która nazywa się "Arbeitnehmerüberlassungsgesetz = Ustawa o przekazywaniu pracowników" ; konkretnie w § 1 tej ustawy. Krótko powtórzę: Nie wolno bez zezwolenia Urzędu Pracy pracowników zatrudnionych w jednej firmie przekazywać/wypożyczać do pracy w innych firmach. Nie będę pisał, dlaczego w Niemczech (w innych krajach też) jest to zabronione, bo znów się zanadto tu na tym ciekawym forum rozpiszę. Tylko krótko o tym; Ktoś zatrudni człowieka za 4,- Euro za godzinę, przekazuje go innej firmie, która płaci mu za niego 10,- Euro za godzinę pracy, do czego to prowadzi? Człowiek jest towarem!
Oczywiście, że jedna firma może na zamówienie drugiej firmy wykonywać jakieś dzieło; np. budować fundamenty domu albo pomalować 1500 metrów sześciennych ścian, skopać pół hektara ogrodu itp. Wtedy jest to umowa o dzieło (Werkvertrag), a umówione w umowie o dzieło wynagrogrodzenie ustalone jest w całości z góry, jakąś tam kwotą albo jakoś jednostkowo, np. 14,- Euro za każdy metr kwadratowy pomalowanej ściany. Wiadomo wtedy, że firma wykonuje te pracę swoimi pracownikami, a dysponuje i dyryguje nimi w miejscu pracy nadal ich prawdziwy pracodawca, i wszystko prawnie jest w porządku. W umowach o przekazanie pracowników firmy umawiają się: "Za godzinę każdego mojego pracownika, który będzie u ciebie tyrał, dostanę od ciebie 12,- Euro." I właśnie to jest zabronione w § 1 ustawy od przekazywaniu pracowników/Arbeitnehmerlassungshesetz, i ścigane przez niemieckie urzędy, a konkretnie przez Hauptzollamt. Niektórzy są oczywiście trochę "cwańsi" i "kombinują jak konie pod górę", i dla zmylenia przeciwnika konstruują jakieś umowy zlecenia lub o dzieło, żeby kontrolerzy zobaczyli na papierze, że firma firmie płaci za za "dzieło", czyli za wykonanie tylu a tylu metrów kwadratowych tapetowania, a nie za tzw. "człowiekogodzinę", a tak naprawdę kasują za tę "człowieko-godzinę", a te papierowe umowy o dzieło albo zlecenie jest kłamliwą fikcją. Dlatego kontrolerzy z Zollamtu wpdają i pierwsze o co rozpytują napotkanych pracowników, to "Wer ist hier der Chef!?!" i okazuje się, że tymi pracownikami wcale nie dyryguje "kapo" tej firmy, gdzie mają umowę o pracę, czyli ich prawdziwy pracodawca, tylko ktoś z innej firmy. Potem skontrolują te rzekome umowy o dzieło lub zlecenia i przypuszczają, że to fikcja i szukają dalej. Zrewidują np. biuro lub samochody jednej i drugiej firmy i wreszcie znajdą to, co szukali: notatki o rozliczeniach pomiędzy firmami, z których jasno wynika, że firma firmie płaciła nie za jakieś metry sześcienne lub kwadratowe jakiegoś dzieła lub zlecenia, lecz prymitywnie za "człowieko-godzine". Wynik: ogromne grzywny dla obu firm, nadpłacenie podatku od wynagrodzeń, składek socjalnych. Ten proceder kwitnie w Niemczech, zwłaszcza w polsko-niemieckich "układach", tak samo jak "umowy śmieciowe" w Polsce, gdzie ktoś pracuje na umwie "zlecenia" lub "o dzieło", bo taki nagłówek tłustym drukiem stoi na papierze, a tak naprawdę "tyra" jak zwykły pracownik, ma się stawić na konkretną godzinę w pracy, słuchać poleceń przełożonego. (W Niemczech to by nie przeszło, bo nieważny jest ten kłamliwy pisemny nagłówek na papierze zwanym umową, lecz rzeczywista treść umowy, jaka jest w świadomości jednej i drugiej strony. A jest to najczystsza umowa o pracę, a zatem trzeba respektować prawa pracownicze, odprowadzać składki socjalne i podatek od wynagrodzeń. I cała polska jurysprudencja kiwa mądrze głową i mówi: "Skoro ktoś w umowie nazwał sobie krowę koniem, jest wszystko OK bo jest wolność umów, basta!" Innymi słowy: Nie ważne jaka jest "rzczywista rzeczywistość", ważne jest jaka jest ta papierowo-umowna. A ludzie? Jeżeli pracują na umowa śmieciowych, to czym są....? Sama nazwa umowy jest odpowiedzą na to pytanie. A prawników coraz mądrzejszych, którym to "zwisa i powiewa", albo którzy w ogóle nie wiedzą, "co jest grane", jest coraz więcej; do których - jak mówią u nas na wsi "Bez kija (i kasy oczywiście też) nie podchodź." Trzymam za Was kciuki, pokażcie tym cwaniakom, że - jak też u nas na wsi mawiają, "tata nie zrobił was palcem"! Powodzenia!