To fakt, mama bardzo mnie wspiera. Nie tylko finansowo. Jak się pojawiał jakiś problem (bo kto z Nas ich nie ma?) to zawsze mogłam i nadal mogę liczyć na to, że spędzi ze mną godzinę, dwie, czasami trzy na rozmowie telefonicznej albo na Skype, tylko po to, żeby mnie wesprzeć, znaleźć jakiś "złoty środek" w danej sytuacji, pocieszyć. Rozmawiamy tak codziennie, ewentualnie co drugi dzień, jak nie możemy się zgrać czasowo - mama w pracy, ja w szkole, potem mama może rozmawiać, a ja akurat jestem na treningu albo na jakiś zajęciach dodatkowych, albo w wolontariacie (czasami chodzimy z wolontariuszami z mojej szkoły śpiewać np. kolędy przed świętami itd. do szpitala miejskiego na oddział dla starszych, schorowanych ludzi i chorych psychicznie ludzi). W sumie, mam więcej kontaktu z mamą, co prawda nie fizycznego (że mnie przytuli, pogłaszcze po głowie itd.), niż niejedno dziecko zapracowanych rodziców, którzy wychodzą z domu rano, a wracają praktycznie na noc. Te dzieciaki mają najnowsze gadżety, kieszonkowe, które mogą wydawać na swoje zachcianki - ale to nie zastąpi chociażby rozmów z rodzicem. Dlatego nie do końca rozumiem tego, że tak sztywno określa się, co dla dziecka jest dobre, a co złe. Niektóre dzieci mają rodziców pod jednym dachem, a nie widują ich w ogóle i ich nie znają tak naprawdę. Ja mam świetny kontakt ze swoją mamą i wiem, że po prostu tak musiało być, bo na pomoc ze strony Państwa nie mogłyśmy liczyć, nie winię za to nikogo i w sumie, całkiem nieźle sobie radzę, co mogłaby w sumie chyba potwierdzić rozmowa z psychologiem. Nie mam żadnych zaburzeń, problemów natury psychicznej czy fizycznej z tego powodu, że mieszkam bez rodziców - co więcej, te problemy psychiczne to ja miałam - mieszkając z obojgiem rodziców i patrząc na to, jak mój ojciec ubliża matce, że jest niedojdą (ujmował to bardziej wulgarnie) i nic w życiu nie potrafi, pomimo, że mama nie dość że pracowała, to prawie wszystko robiła w domu (starałam jej się pomagać, ale przede wszystkim skupiałam się na nauce).
bydociec : dbam o naukę, nikt mi nie może zarzucić, że tego nie robię. Zawsze dbałam. Bo wychodzę z założenia, że "młodość i uroda przemija, a wiedzy nikt Ci nie odbierze" ... Często powtarzała mi to mama, no i tak mi to zapadło w pamięć. Poza tym, ja się lubię uczyć. A w domu nie miałam do tego warunków. Ciągłe kłótnie, strach, głód, zimno, daleko do szkoły - 4 km przez las do autobusu szkolnego i do tego sąsiad schizofrenik, który potrafił wyskoczyć mi zza drzewa z widłami mówiąc, że mnie zabije... Bałam się go, prosiłam ojca żeby mnie zawiózł do szkoły - nie, bo jemu się nie chce, albo jak mu dam pieniądze na paliwo, to mnie zawiezie. A potem spał do 13-14 w południe... W ten sposób opuszczałam dużo godzin, i to był kolejny powód, dla którego zamieszkałam na początku sama, a potem z chłopakiem, w mieście, w którym się uczę - nie muszę codziennie walczyć o to żeby w ogóle dotrzeć do szkoły.