Ot, i całe te super "zasady" przyznawania bonów - nie ubiegałam się o bon w mojej miejscowości (pomimo, że spełniałam
wszelkie kryteria), ponieważ mój PUP
dodatkowo wymyślił sobie (tak, dosłownie wymyślił sobie, inaczej nie można tego ująć), że konieczne jest bycie zarejestrowanym w urzędzie przez minimum 2 miesiące. A skąd moja pewność, że są to wymysły, a nie rozsądna i przemyślana polityka urzędu? Ano stąd, że dzisiaj przez telefon kobieta z urzędu pytała się mnie czy składałam wniosek o bon na zasiedlenie (!!!!) Mimo, że rzekomo nie spełniałam kryteriów (2 miesiace bycia zarejestrowanym) (!!!) i mimo, że przy pierwszej wizycie sama powiedziałam, że przecież nie zdążę z wnioskiem przed podjęciem zatrudnienia. Za każdym razem pani nie wyprowadzała mnie z błędu, kwitując tylko
"no tak..." I dzisiaj tak samo - sama pyta się mnie czy składałam, odpowiedziałam, że przecież jak to... podobno nie mogłam, a ona znowu:
"no tak"

Dlatego mam podejrzenie graniczące z pewnością, że to wszystko to fikcja i równie dobrze mogłam składać wniosek, mimo, że podobno mi się nie należał, teraz okazuje się wielkie zdziwienie, że nie składałam...
Szkoda nerwów na to wszystko.
Pocieszam się faktem, że równie dobrze mogłam złożyć wniosek, który byłby odrzucony z powodu nie spełniania kryteriów czasowych rejestracji, ale co się człowiek niepotrzebnie nadenerwuje przez głupie pytania "czy składałam wniosek" to się nadenerwuje.
"no tak", chciałoby się rzec.
Pozwalam na skasowanie mojej wypowiedzi, jeżeli uznana zostanie za spam - mimo wszystko - trzyma się tematu.