Dzień dobry,
zwracam się z prośbą o pomoc w zrozumieniu sytuacji, którą pokrótce opiszę. Jednocześnie proszę o powstrzymanie się od komentarzy typu "zasłużył sobie na to".
Otóż mój narzeczony od trzech lat wychodził na przepustki. Te wyjścia były bardzo częste ponieważ oprócz tzw. wielodniówek wychodził do szkoły. W tym czasie opinie na jego temat były bardzo dobre, wręcz przygotowywano wszystko do wystąpienia o przedterminowe warunkowe zwolnienie z odbywania kary. We wrześniu tego roku wszystko się zmieniło. Wstrzymano przepustki tłumacząc nieoficjalnie sytuację dramatem który miał miejsce w Warszawie, gdzie mężczyzna na przepustce zamordowała. Wychowawcy tłumaczyli, że należy poczekać jakiś czas i od nowa przejść przez cały system weryfikacji jego wyjść na wolność. Kurator wystawił pozytywną opinię, dzielnicowy również nie miał żadnych zastrzeżeń, a nawet przeciwnie. Myśleliśmy, że to formalność i że znowu zacznie wychodzić na przepustki. Zdecydowaliśmy również, że zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami składamy wniosek o wokandę. Dziś na komisji narzeczony dowiedział się, że nie ma szans ani na wokandę, ani na widzenia. Obniżono mu też opinię mimo, że nic nie zrobił, pracuje sumiennie, skończył szkołę, realizuje program resocjalizacji. Dzisiaj na tej komisji padło stwierdzenie, że zaszły jakieś nieścisłości i że te przepustki mu się nie należą. Nie rozumiem dlaczego teraz widzą te nieścisłości, a przez trzy lata nikt o nich nie wspominał. Swoją decyzję argumentują też faktem, że przepustki są dla rodzin, a ja do niej nie należę. Dodam, że narzeczony nie ma innych bliskich osób. O co w tym chodzi?