...No więc powinnam napisać, że żadnych zastrzeżeń, że sam miód.... ale nie. Denerwowało mnie w nim (zwłaszcza na tej 5-dniowej, może minęła pierwsza euforia i faktycznie poczułam się jakby codziennie), że np. zapomniał przez te pół roku gdzie stoją talerze, skąd bierze się czyste ręczniki. Wiecznie chodziłam i gasiłam za nim światło, które zostawiał dosłownie wszędzie. Takie dorbiazgi w sumie ale przez to było inaczej. Poza tym ja tez byłam inna: jestem dużo bardziej nerwowa niż kiedyś. Zawsze byłam choleryczką ale nie tak łatwo było mnie zdenerwować, teraz czasem wystarczy moment. Więc denerwowałam się niekiedy"o nic" a On dziwnie na mnie patrzył.
I jeszcze ta wszechogarniająca gonitwa czasu. Chcieliśmy w te krótkie dni zrobić tak wiele (w końcu są też domowe obowiązki i sprawy, które wymagają męskiej ręki). Jednak zrobiliśmy mało. Dużo pozostało na inny czas... Niby wiem, że nie da się w 5 (2, 1,5..) dni przeżyć tych utraconych miesięcy ale jednak...
Mimo wszytko jest dobrze, snujemy plany na "od sierpnia", bo wtedy jest Jego wokanda. Marzymy jak to się wreszcie podźwigniemy i zaczniemy prostować życie i wychodzić na finansową prostą. Zwłaszcza, że istnieje taka możliwość, tylko jeden warunek: On musi wreszcie wrócić!
Jesteśmy dobrej myśli, oboje (mimo, że ostatnio mam pewnien kryzys duchowy i zżera mnie smutek i samotność). Trochę się boję tylko, że Jego powrót jest dla mnie synonimem wybawienia od wszelkich trosk, a przecież to nie prawda. W "normalnym" życiu też są problemy i wcale to nie będzie taka znowu sielanka..... ale o tym pomyślę później...
Proszę używać opcji zmień !