Mam dwóch synów, młodszy ma dwa lata. Doskonale wiem, co się będzie działo w mieszkaniu, jeżeli pozwolę mu na to co on robiłby najchętniej (duże samochodziki, małe lokomotywki, brzęczące zabaweczki, piłeczki, buteleczki, plastikowe krzesełko, duże krzesła wokół stołu, itd, itp) - to wszystko byłoby naraz w ruchu. Zaczęliśmy wspólnie czas temu, a teraz właściwie reagujemy już tylko na incydenty, młody ma temperament młodego diabła tasmańskiego, ale od czegoś jesteśmy z nim razem w jednym pomieszczeniu - nie będzie ogon machał psem. Właśnie jeździ samochodzikiem. Po dywanie 220 x 300cm. Moja sąsiadka nie poskarży się też, że młody biega jak najęty 10 godz od momentu wstania - wystarczy zamknąć jedne przelotowe drzwi. Jakoś mnie nie ckni moja rola, więc się nie wzruszam (och,ach, moje dziecko biega, moje dziecko rzuca, moje dziecko śmierdzi) - jest konkretna robota do zrobienia. To nieprawda, że to, że dziecko zamienia czyjeś życie w koszmar to jego prawo. Owszem, młody ma swoją wizję spędzania czasu - nie on jednak decyduje jak ten czas będzie wyglądać. Nie chodzi tylko o sąsiadów z dołu z którymi notabene mamy układ - oni już nie włączają głośnej muzy, ja mam od tego słuchawki, a mój syn nie przesadza. Ja mieszkam na drugim, a rodzice myślący inaczej niż ja wychowują 2jkę dzieci na 4 tym piętrze. Tą dwójeczkę słychać od 5.30 do 22 przez 2 piętra. To jakieś zoo, nie mieszkanie.