Zabawa dziecka a zakłocanie spokoju

  • Autor wątku Autor wątku ania1977
  • Data rozpoczęcia Data rozpoczęcia
Status
Ten wątek został zamknięty.
I hate my neighbours napisał:
I na koniec: jak byłam mała to mama mi mówiła: "nie biegaj, bo to przeszkadza sąsiadom" i nawet w całkiem dorosłym już życiu zwracała mi uwagę żeby na przykład nie krzyczeć czegoś do niej z łazienki, bo to sie niesie po całym bloku.
Wystarczyło jedno zdanie, bo ja mam do mojej mamy szacunek: tak mnie WYCHOWAŁA. Sąsiedzi, którzy pomimo proszenia nie reagują nie robią nam na złość. Oni po prostu nie potrafią uciszyć dziecka, nie umieją. I szczerze, trochę mi ich szkoda. Dzieciak wychowuje rodziców.

:ok: aż miło się czyta!

I hate my neighbours napisał:
A druga kwestia, która doprowadza mnie do szewskiej pasji to wieczny zapach papierosów w moim mieszkaniu, ale to na inny raz. Może nawet zaraz poszukam i znajdę taki wątek tu na forum.

Jest już taki wątek na forum, sam z tym 'walczę', ale niestety brak kultury wychowania, jak już wcześniej Pani wspomniała... :(

I hate my neighbours napisał:
Pozdrawiam i życzę spokoju.

I ja również, pozdrawiam i spokoju! :)
 
niechcący tu trafiłam ale podzielę się z wami moimi doznaniami, które mam właśnie w tej chwili. mieszkam na 4 piętrze, pode mną mieszka pani, pod nią nikt a na 1 piętrze rodzina z dwójką dzieci. codziennie od godziny 8 jest jeżdżenie stołkiem [czy to w tygodniu czy w weekend] od kuchni do pokoju czyli przez całą długość mieszkania w tą i z powrotem non stop jakieś 2 godziny. później nie wiem co się dzieje ale od 16 niesie się odgłos biegania to mało powiedziane, mam wrażenie, że tam jest stado koni. i mieszkam 3 piętra nad nimi, nie mogę sobie wyobrazić co czuje sąsiadka z parteru. jestem w stanie zrozumieć ludzi, którym przeszkadzają takie odgłosy, bo to nie jest zwykłe śmianie się, płacz podczas kąpania czy tańce. niestety takie jest życie w bloku, niektórzy położą dywan, żeby chociażby dziecko miało ciepło w stopy a niektórzy pozwalają na takie stołkowe rajdy. mnie rodzice wychowali tak, że zanim coś zrobię głośnego w domu mam się zastanowić czy chciałabym żeby inni tak robili i tym sposobem unikam chociażby ubierania się w szpilki i chodzenia w nich pół godziny zanim wyjdę. (o, właśnie skończyło się bieganie i zaczęło stołkowanie :) )
 
Moi drodzy!

Dorzucę do wątku swoje piec groszy.

Moi rodzice mieszkają w betonowym bloku od 35 lat. 8 lat temu nasi sąsiedzi z góry wyprowadzili się i sprzedali mieszkanie młodemu małżeństwu z małym dzieckiem (para jest w moim wieku).

Nasi starzy sąsiedzi nie należeli do najcichszych. Zdarzały się głośne awantury, tupanie, trzaskanie drzwiami, kąpiele w środku nocy. Dorastałem z ich dziećmi, bawiliśmy się razem, wrzeszczeliśmy pod oknami. Pamiętam jak oni puszczali głośno muzykę. Wszystko dało się wytrzymać, bo nie trwało to cały czas, tylko zdarzało się sporadycznie.

Przywitaliśmy nowych sąsiadów już jak się wprowadzali - wyglądali na sympatycznych. Pozory jednak mylą.

Moja mama - emerytowana nauczycielka, zajmowała się już wtedy dwójką dzieci mojej siostry (3 lata i 1 rok). Dzieci (obecnie 11 i 9 lat) do tej pory spędzają u nas czas po szkole, czasem zostają na noc. Piszę o tym, by uniknąć oskarżeń typu: wredna, stara wampirzyca i jej synek wykształcony bufon terroryzują dziatwę, która beztrosko się tylko bawi. Mamy w domu dzieci, bawią się u nas od zawsze. Robią to w taki sposób, że nie mamy konfliktu z sąsiadami piętro niżej. Ja również pracuję jako nauczyciel.

Problemy zaczęły się dzień po przeprowadzce. Nasi nowi sąsiedzi zalali nam mieszkanie-sprzątając wylewali wiadra wody na podłogę. Nie przyszło im do głowy, ze przeleci to na dół, a kiedy poprosiliśmy sąsiada, żeby zszedł to obejrzeć, nie powiedział nawet przepraszam. Wyglądało, jakby chciał zaprzeczyć, że to jego woda.

Nie skarżyliśmy się, gdy ich kolejne pociechy (a są już trzy) krzyczały w nocy przez kilka godzin. Dzieci płaczą, w ich przypadku trwało to kilka lat, bo rodzice stosowali metodę braku reakcji - niech się wypłacze. Mieli do tego prawo, nic nam do tego. Choć czasem miałem wątpliwości czy oni tych dzieci nie torturują.

Prawdziwe problemy zaczęły się, kiedy dzieci podrosły.

Po przeprowadzce sąsiad zamontowywał panele na klepkę podłogową. Z tego co wiemy, nie położył maty izolacyjnej - bo tak taniej, sam się nawet chwalił. Nie mają dywanów, nie muszą mieć - stworzyli za to perfekcyjne pudło akustyczne, dla popisów swojej trójki (teraz 8, 6 i 2 lata).

Nasz dzień rozpoczyna się zazwyczaj o 6 15 - partyjka kręgli, lecące partiami szklane kuleczki po kaflach w przedpokoju, przejazdy na hulajnodze przed śniadaniem. Potem obowiązkowe tupanie nogami i wrzaski ze złości przy doborze garderoby, plus stukanie obcasów matki i jej pokrzykiwania, szuranie pojemnikami na zabawki na kółkach itd. Wszystko o czasie, kiedy w bloku jest jeszcze cicho, wiec hałas niesie się. Słychać nawet przez zatyczki.

W ciągu dnia po powrocie ze szkoły serie skoków z mebli, skakanki, radosne galopady z wrzaskiem, kiedy ojciec bawi się z nimi w berka itd. Zapraszają też koleżanki, więc radości jest dużo dużo więcej. Zastanawiam się, kiedy te dzieci odrabiają lekcje, skoro chodzą już do szkoły.

Moja mama po pól roku, kiedy pękł nam w dużym pokoju na pól sufit, zabezpieczony siatką zbrojeniową kilka lat wcześniej, poszła na górę i poprosiła grzecznie aczkolwiek stanowczo o spokój. Usłyszała, że jak się jej nie podoba to ma się wyprowadzić, bo jej dzieci mają prawo robić, co chcą i nikomu nic do tego. Od tej pory dzieci szkolone są, żeby nie mówić nam dzień dobry, czasem plują nam na wycieraczkę, a latem regularnie zalewają pranie suszące się na balkonie jakimiś brudami.

Spokój o dziwo pojawił się po narodzinach trzeciej dziewczynki, tzn pojawiły się nocne płacze, ale na rok czasu 2 pozostałe ucichły, skończyły się kręgle, hulajnogi i wrzaski - czyli można było okiełznać dzieci. Po kolejnym roku, kiedy najmłodsza zaczęła chodzić, dołączyła do starszych i wszystko wróciło do "normy".

Nowa sąsiadka skonfliktowała się już z sąsiadami z czwartego piętra i z piętra niżej. Ma opinię wyszczekanej i charakternej. Moi rodzice nie należą do konfliktowych, nie powiadomili nawet Spółdzielni, choć ich o to proszę. Mama niestety często krzyczy i ucisza ich, wtedy jest trochę lepiej. Generalnie odbija się to na jej zdrowiu. Nie powinna tak robić, ale co jej zostaje? Wiem, że w przypadku zaostrzenia konfliktu to ona zostanie ukarana grzywną.

Wielokrotnie namawiałem ich na przeprowadzkę, twierdzą, że starych drzew się nie przesadza. Jesteśmy więc w kropce. Rodzice mówią, że jakoś to przeżyją. Ja wiem, że sytuacja będzie się rozwijać. Pocieszam się, że kiedyś sprzedamy to mieszkanie i będziemy mieć spokój. Oni zostaną ze swoimi pociechami, plującymi innymi pod drzwi.

Po wynajmowaniu kilku mieszkań, wiem, że w przyszłości kupię dla siebie tylko mieszkanie na ostatnim piętrze, najlepiej szczytowe, zrobię szczegółowy wywiad kto mieszka obok i poniżej, prawdopodobnie wygłuszę też podłogi. W Polsce niestety zakup mieszkania to przysłowiowe kupno kota w worku. Wady wychodzą dopiero w trakcie użytkowania.

Z tego, co tu czytam i po zasięgnięciu porady prawnej, widzę, że na chamstwo nie ma rady. Ani w Skandynawii, ani w Niemczech, Francji czy w USA takie sytuacje nie miałyby miejsca. Rada mieszkańców lub administracja włączyłaby się w polubowne rozwiązanie konfliktu. Nie rozumiem dlaczego polska administracja umywa ręce, służby mundurowe zasłaniają się ciszą nocną itd. Dlaczego w naszej kulturze wciąż króluje PAWEŁ I GAWEŁ?

Na koniec dodam jeszcze, że miałem wątpliwą przyjemność przez 8 miesięcy wynajmować mieszkanie pod panią weterynarz, która w majestacie prawa męczyła na 34 metrach sznaucera olbrzymiego. Pies zastawał na całe dnie w domu i wył z przerwami co 15 minut, mniej więcej od 8 do 22, kiedy wracała z pracy, zaczynała odkurzać, włączała pralkę itd.

Rozmowy nie pomogły - wykręcała się pracą z behawiorystą, aplikowaniem środków farmakologicznych. Pies wył, ona robiła się coraz bardziej obcesowa. Jedynym wyjściem było zgłoszenie sprawy do Sądu Grodzkiego. Ponieważ wynajmowałem to mieszkanie, łatwiej mi było się wyprowadzić. Niestety, ale w większości przypadków w Polsce to najprostsze rozwiązanie. Ja do tej pory nerwowe reaguję na każde szczeknięcie.
 
pabelloo napisał:
kiedy wracała z pracy, zaczynała odkurzać, włączała pralkę itd.

niestety ta rodzina zachowywała się tragicznie, ale do tej pani weterynarz to nie wiem o co masz problemy. U mnie w bloku pół ludzi ma psy, które szczekają i jakoś trzeba żyć. Co do prania i odkurzania itp., ja wracam np. do domu od pn do pt po 20 albo koło 21, to kiedy tacy ludzie mają robić takie czynności? Albo np. brać prysznic?
 
To wyobraz sobie sytuacje w ktorej wracasz do domu z pracy o 17 i pies wyje, skamle i szczeka nad glowa przez caly czas az do 22. Ja nie mowie o normalnym szczekaniu, tylko o zawodzeniu nieszczesliwego psa, ktorego ktos na caly dzien zostawia samego w domu.

Kilka razy przychodzili ludzie z bloku obok i pytali, czy ktos nie umarl, bo ten pies tak wyje, a w okolicy jest wiele starszych i samotnych osob.

Jesli chodzi o odkurzanie i pranie to nie robi sie tego po godz 22 (napisalem wyraznie, ze o tej porze wracała do domu, a sprzatanie zaczynalo sie najczesciej ok 23). W regulaminie mojej spoldzielni wpisane jest wyraznie:

Z pralek domowycn nalezy korzystac w sposob nie zaklocajacy spokoju innym. Zaleca sie uzywanie pralek w godzinach od 8 do 21 00. W godzinach od 22 do 6 00 nalezy powstrzymac sie od czynnosci powodujacych halas.

Jesli pracuje sie do pozna, to nie ma sie automatycznie prawa do halasowania.

Fakt faktem, ze ona zapewne musiala sprzatac tak pozno, bo pies prawie codziennie demolowal jej mieszkanie.

Ja nie bronie nikomu brac prysznica wieczorem - niczego takiego nie napisalem.
 
pabelloo - W regulaminie mojej spółdzielni też jest wiele przepisów i co z tego ?
Ja w swojej naiwności myślałam ,że pozbyłam się problemu "z sufitu" i po części tak się stało - moi sąsiedzi oduczyli 5cio latka skakania, biegania , pokończyły się też nocne imprezy oraz obcasy sąsiadki , niestety został pies i mąż . Mąż łazi "z pięty " (dudni mi sufit) od samego rana i wieczorami (po 22giej też), a pies za nim niemiłosiernie skrobiąc przy tym pazurami , mało tego ...weekend , sobota , 7:50 a oni biorą się za odkurzanie! Sąsiadka znów w ciąży ,rozrosła się -zrobiło im się już za ciasno w łóżku (piesek z nimi sypia) i potrafi spaść z tego wyrka w środku nocy z hukiem , budząc mnie i moich domowników, po czym łazi po tej podłodze i skrobie, a ja oka nie mogę zmrużyć!
Nawet nie chcę myśleć , co nas niedługo czeka jak się urodzi drugie dziecko i zacznie raczkować,biegać, skakać ,walić zabawkami w podłogę ,a w tle to okropne drapanie "pieseczka" od którego "flaki mi się skręcają" i każdy nerw w mózgu pulsuje jak to słyszę . Ja już to przeżywałam! Były rozmowy z nimi w spółdzielni , była u nas posłuchać naszego "sufitu" podczas zabawy pierwszego syna, męża i psa ... przyznała ,że oni nie słyszą swoich sąsiadów z góry tak jak my ich , zdeklarowała się do położenia dywanu/wykładziny... i tak sobie czekam na te dywany ponad półtora roku !
Co mam zrobić ? Wzywać policję , znów pisać skargi do spółdzielni ?
Dojrzewa we mnie decyzja o sprawie w sądzie ,ale jakoś nie wierzę w polskie sądy - przecież zszarpanie komuś nerwów , to "mała szkodliwość społeczna" , a jeśli nawet bym wygrała, to jaka "kara" ich spotka ? Groszowa grzywna ?
 
Poradźcie co powinna zawierać opinia od sąsiadów na temat zakłócania spokoju, ciszy nocnej. Zostałam oskarżona o hałasowanie dziecka i sprawa trafi do sądu, chciałabym mieć taką opinie od innych sąsiadów, jak ona powinna wyglądać żeby sad wziął ja pod uwagę
 
Czy można jakoś zasugerować sądowi że być może sąsiadka cierpi na nadwrażliwość słuchową, czy jakoś sąd może skierować ją na badania?
 
monik5 napisał:
Czy można jakoś zasugerować sądowi że być może sąsiadka cierpi na nadwrażliwość słuchową, czy jakoś sąd może skierować ją na badania?

Pierwszy raz słyszę o takiej "jednostce chorobowej " :what:

Może zamiast wyszukiwać "choroby" u sąsiadki, zwróci pani baczniejszą uwagę na swoje dziecko.
Wbrew temu co się mówi..."NIE wszystkie dzieci są nasze" i nikt nie musi się rozpływać nad dzieciaczkiem sąsiada (ach,och, jakie to dzieciątko jest cudowne....), do tego zakłócającemu ciszę i spokój sąsiadom.
 
marwika napisał:
Wbrew temu co się mówi..."NIE wszystkie dzieci są nasze" i nikt nie musi się rozpływać nad dzieciaczkiem sąsiada (ach,och, jakie to dzieciątko jest cudowne....), do tego zakłócającemu ciszę i spokój sąsiadom.

ja tam mam sąsiadów z małymi dziećmi, które czasem krzyczą (nie ma dzieci które drą się 24 h na dobę) Ci młodzi ludzie i tak mają ciężko, kupili sobie mieszkanie, wychowują dwójkę dzieci jak mogą najlepiej; ja też krzyczałem jak byłem młody. Dużo w domu czytam pracują itp., ale umiem się skupić na robocie, a nie wymyślam problemy dookoła. Jak to mówią "złej baletnicy..." Jak kobieta nie lubi dzieci to ma jakiś problem, ale nie będę tego dalej ciągnął.
 
matika100 napisał:
ja tam mam sąsiadów z małymi dziećmi, które czasem krzyczą (nie ma dzieci które drą się 24 h na dobę) Ci młodzi ludzie i tak mają ciężko, kupili sobie mieszkanie, wychowują dwójkę dzieci jak mogą najlepiej; ja też krzyczałem jak byłem młody. Dużo w domu czytam pracują itp., ale umiem się skupić na robocie, a nie wymyślam problemy dookoła. Jak to mówią "złej baletnicy..." Jak kobieta nie lubi dzieci to ma jakiś problem, ale nie będę tego dalej ciągnął.

Przeczytaj wszystkie wątki o tej tematyce na forum, to może zrozumiesz...
Nie chodzi o żadne krzyki.
Tłumaczyc nie będę , bo szkoda mi palców....
 
"Nadwrażliwość słuchowa to nieprzyjemne uczucie w uszach powstające pod wpływem głośniejszych dźwięków otoczenia. Większość osób odczuwa w przykry sposób jedynie bardzo głośne dźwięki (powyżej 90-100 dB). Osoby z nadwrażliwością słuchową nie tolerują zwykle dźwięków już znacznie cichszych, np. odgłosów bawiących się dzieci, brzęku naczyń, trzaśnięcia drzwiami, włączonego odkurzacza, klaksonu samochodu itp. Ponieważ dźwięki te wywołują znaczny dyskomfort lub nawet ból w uszach"...
Być może moja sąsiadka cierpi na to a sama o tym nie wie lub nie chce się do tego przyznać, jeśli zwykłe chodzenie jej przeszkadzało to coś jest na rzeczy. Więc jeszcze raz ponawiam pytanie czy sąd może skierować daną osobę na badanie?
 
Dlaczego nadwrażliwość słuchowa jest tak dokuczliwa?
Nadwrażliwość słuchowa bardzo często uniemożliwia normalne życie w społeczeństwie. Zdarzają się przypadki nietolerowania codziennych, nawet niezbyt głośnych odgłosów otoczenia. Ludzie cierpiący na nadwrażliwość na dźwięki nie są w stanie normalnie żyć i pracować, często zmuszeni są do rezygnacji z zawodu nauczyciela, muzyka, wychowawczyni w przedszkolu, zamykają się w domu i ograniczają kontakty ze światem zewnętrznym.

Czy nadwrażliwość słuchowa jest chorobą?
Nie, nadwrażliwość słuchowa jest objawem utraty równowagi pomiędzy procesami hamowania i wzmacniania w drogach słuchowych, co prowadzi do ich "przestrojenia" i obniżenia progów pobudzenia.
 
@monik5
Do nadwrażliwości słuchowej w/g mnie może doprowadzić właśnie głośne sąsiedztwo.

Polecam poczytać o szkodliwości hałasu np tu : Walka z hałasem
... obojętnie kto lub co ten hałas wytwarza, pies, dziecko czy jakieś urządzenie - należy z tym walczyć.
Być może zamiast kierować sąsiadkę na badania w pierwszej kolejności sąd powinien zlecić pomiar hałasu jakie generuje wasza rodzina (dziecko).

Trzymam kciuki za sąsiadkę :)
 
Ja mieszkam przy ruchliwej ulicy. Zamknąć ruch kołowy bo hałas męczy mnie ? hehe
 
@sixteen179
Nie bez powodu przy ruchliwych ulicach są instalowane ekrany akustyczne :)
 
Struna* napisał:
Nie bez powodu przy ruchliwych ulicach są instalowane ekrany akustyczne

przy Grójeckiej w Warszawie albo przy Żwirkach jest od groma tych ekranów akustycznych:cool:. Odpocznij chłopie.
 
To może jak dzieci są głośne to pozakładać w domach ekrany akustyczne ? hehe
 
Status
Ten wątek został zamknięty.
Powrót
Góra