Moi drodzy!
Dorzucę do wątku swoje piec groszy.
Moi rodzice mieszkają w betonowym bloku od 35 lat. 8 lat temu nasi sąsiedzi z góry wyprowadzili się i sprzedali mieszkanie młodemu małżeństwu z małym dzieckiem (para jest w moim wieku).
Nasi starzy sąsiedzi nie należeli do najcichszych. Zdarzały się głośne awantury, tupanie, trzaskanie drzwiami, kąpiele w środku nocy. Dorastałem z ich dziećmi, bawiliśmy się razem, wrzeszczeliśmy pod oknami. Pamiętam jak oni puszczali głośno muzykę. Wszystko dało się wytrzymać, bo nie trwało to cały czas, tylko zdarzało się sporadycznie.
Przywitaliśmy nowych sąsiadów już jak się wprowadzali - wyglądali na sympatycznych. Pozory jednak mylą.
Moja mama - emerytowana nauczycielka, zajmowała się już wtedy dwójką dzieci mojej siostry (3 lata i 1 rok). Dzieci (obecnie 11 i 9 lat) do tej pory spędzają u nas czas po szkole, czasem zostają na noc. Piszę o tym, by uniknąć oskarżeń typu: wredna, stara wampirzyca i jej synek wykształcony bufon terroryzują dziatwę, która beztrosko się tylko bawi. Mamy w domu dzieci, bawią się u nas od zawsze. Robią to w taki sposób, że nie mamy konfliktu z sąsiadami piętro niżej. Ja również pracuję jako nauczyciel.
Problemy zaczęły się dzień po przeprowadzce. Nasi nowi sąsiedzi zalali nam mieszkanie-sprzątając wylewali wiadra wody na podłogę. Nie przyszło im do głowy, ze przeleci to na dół, a kiedy poprosiliśmy sąsiada, żeby zszedł to obejrzeć, nie powiedział nawet przepraszam. Wyglądało, jakby chciał zaprzeczyć, że to jego woda.
Nie skarżyliśmy się, gdy ich kolejne pociechy (a są już trzy) krzyczały w nocy przez kilka godzin. Dzieci płaczą, w ich przypadku trwało to kilka lat, bo rodzice stosowali metodę braku reakcji - niech się wypłacze. Mieli do tego prawo, nic nam do tego. Choć czasem miałem wątpliwości czy oni tych dzieci nie torturują.
Prawdziwe problemy zaczęły się, kiedy dzieci podrosły.
Po przeprowadzce sąsiad zamontowywał panele na klepkę podłogową. Z tego co wiemy, nie położył maty izolacyjnej - bo tak taniej, sam się nawet chwalił. Nie mają dywanów, nie muszą mieć - stworzyli za to perfekcyjne pudło akustyczne, dla popisów swojej trójki (teraz 8, 6 i 2 lata).
Nasz dzień rozpoczyna się zazwyczaj o 6 15 - partyjka kręgli, lecące partiami szklane kuleczki po kaflach w przedpokoju, przejazdy na hulajnodze przed śniadaniem. Potem obowiązkowe tupanie nogami i wrzaski ze złości przy doborze garderoby, plus stukanie obcasów matki i jej pokrzykiwania, szuranie pojemnikami na zabawki na kółkach itd. Wszystko o czasie, kiedy w bloku jest jeszcze cicho, wiec hałas niesie się. Słychać nawet przez zatyczki.
W ciągu dnia po powrocie ze szkoły serie skoków z mebli, skakanki, radosne galopady z wrzaskiem, kiedy ojciec bawi się z nimi w berka itd. Zapraszają też koleżanki, więc radości jest dużo dużo więcej. Zastanawiam się, kiedy te dzieci odrabiają lekcje, skoro chodzą już do szkoły.
Moja mama po pól roku, kiedy pękł nam w dużym pokoju na pól sufit, zabezpieczony siatką zbrojeniową kilka lat wcześniej, poszła na górę i poprosiła grzecznie aczkolwiek stanowczo o spokój. Usłyszała, że jak się jej nie podoba to ma się wyprowadzić, bo jej dzieci mają prawo robić, co chcą i nikomu nic do tego. Od tej pory dzieci szkolone są, żeby nie mówić nam dzień dobry, czasem plują nam na wycieraczkę, a latem regularnie zalewają pranie suszące się na balkonie jakimiś brudami.
Spokój o dziwo pojawił się po narodzinach trzeciej dziewczynki, tzn pojawiły się nocne płacze, ale na rok czasu 2 pozostałe ucichły, skończyły się kręgle, hulajnogi i wrzaski - czyli można było okiełznać dzieci. Po kolejnym roku, kiedy najmłodsza zaczęła chodzić, dołączyła do starszych i wszystko wróciło do "normy".
Nowa sąsiadka skonfliktowała się już z sąsiadami z czwartego piętra i z piętra niżej. Ma opinię wyszczekanej i charakternej. Moi rodzice nie należą do konfliktowych, nie powiadomili nawet Spółdzielni, choć ich o to proszę. Mama niestety często krzyczy i ucisza ich, wtedy jest trochę lepiej. Generalnie odbija się to na jej zdrowiu. Nie powinna tak robić, ale co jej zostaje? Wiem, że w przypadku zaostrzenia konfliktu to ona zostanie ukarana grzywną.
Wielokrotnie namawiałem ich na przeprowadzkę, twierdzą, że starych drzew się nie przesadza. Jesteśmy więc w kropce. Rodzice mówią, że jakoś to przeżyją. Ja wiem, że sytuacja będzie się rozwijać. Pocieszam się, że kiedyś sprzedamy to mieszkanie i będziemy mieć spokój. Oni zostaną ze swoimi pociechami, plującymi innymi pod drzwi.
Po wynajmowaniu kilku mieszkań, wiem, że w przyszłości kupię dla siebie tylko mieszkanie na ostatnim piętrze, najlepiej szczytowe, zrobię szczegółowy wywiad kto mieszka obok i poniżej, prawdopodobnie wygłuszę też podłogi. W Polsce niestety zakup mieszkania to przysłowiowe kupno kota w worku. Wady wychodzą dopiero w trakcie użytkowania.
Z tego, co tu czytam i po zasięgnięciu porady prawnej, widzę, że na chamstwo nie ma rady. Ani w Skandynawii, ani w Niemczech, Francji czy w USA takie sytuacje nie miałyby miejsca. Rada mieszkańców lub administracja włączyłaby się w polubowne rozwiązanie konfliktu. Nie rozumiem dlaczego polska administracja umywa ręce, służby mundurowe zasłaniają się ciszą nocną itd. Dlaczego w naszej kulturze wciąż króluje PAWEŁ I GAWEŁ?
Na koniec dodam jeszcze, że miałem wątpliwą przyjemność przez 8 miesięcy wynajmować mieszkanie pod panią weterynarz, która w majestacie prawa męczyła na 34 metrach sznaucera olbrzymiego. Pies zastawał na całe dnie w domu i wył z przerwami co 15 minut, mniej więcej od 8 do 22, kiedy wracała z pracy, zaczynała odkurzać, włączała pralkę itd.
Rozmowy nie pomogły - wykręcała się pracą z behawiorystą, aplikowaniem środków farmakologicznych. Pies wył, ona robiła się coraz bardziej obcesowa. Jedynym wyjściem było zgłoszenie sprawy do Sądu Grodzkiego. Ponieważ wynajmowałem to mieszkanie, łatwiej mi było się wyprowadzić. Niestety, ale w większości przypadków w Polsce to najprostsze rozwiązanie. Ja do tej pory nerwowe reaguję na każde szczeknięcie.