Doświadczenie życiowe mówi, że najlepszym sposobem opanowania dzieciaka "żywego", któremu rodzice pozwalają na wszystko mając gdzieś normy społeczne, tłumaczący zachowanie pociechy ową "żywością" albo awanturami "to tylko dzieci, przecież nie zabronię przebiegnięcia do kuchni czy niech sobie poskacze jest w swoim domu" ;-) każdy z nas to słyszał wiele razy, prawda? ) jest sprawienie mu rodzeństwa. Okazuje się, że można opanować ruchliwość dziecka, zmniejszyć jego "przebiegalność" i "skoczność". I jest cisza.
Można. A nawet pojawiają się się awantury o ciszę!
(Faktem jest, że po dwóch latach jest podwójnie gorzej, ale chodziło mi o to, że można)
To taki uśmiech przez łzy.
Bardzo przykre jest, że nikt z osób terroryzowanych przez bezmyślnych, posiadających elementarne braki w kulturze, rodziców i podobnych im dzieci nie może liczyć na żadną pomoc. W imię dziwnie pojętej poprawności.
U nas nastąpiły niewielkie zmiany - dzieci są wyprowadzane z domu (co nie oznacza, że jest spokój, tylko, że bywają przerwy) i , o dziwo, rodzice reagują na stukanie w sufit. Na prośby i próby mediacji - nie.
Od czasu do czasu puszczają nam muzykę (ale krótko, bo sami nie wytrzymują i chyba nie lubią AC/DC), my im też puszczamy (ale my lubimy i puszczamy im te same kawałki).

Próbowaliśmy wszelkich dostępnych metod. Próbowaliśmy na swoim poziomie, próbowaliśmy na uniwersalnym. Poskutkował poziom najniższy. Tylko to do nich dociera. Szkoda.
I tak się życie toczy.
Ściskam Was serdecznie i noworocznie życzę świętego spokoju!
Gratulacje, Wodo!
