PRAWO - Warto nie warto/żale/problemy/bolączki - tylko jeden temat.

  • Autor wątku Autor wątku Bartata
  • Data rozpoczęcia Data rozpoczęcia
Status
Ten wątek został zamknięty.
Janusz M. napisał:
Może wolą pracować na zmywaku, bo w końcu mecenasów będzie nadmiar, a z usług "przeciętniaka" nikt nie będzie korzystał.

może wolą na zmywaku a może w ogóle nie dopuszczają do siebie opcji, że po zostaniu mecenasem nie będzie się wykonywać zawodu mecenasa. Ja jednak obstawiam, że odbywając aplikacje nie zakładają pracy na zmywaku czy nawet prowadzenia baru bądź sklepu. Inną sprawą jest na ile te plany rozminą się z życiem, ale często w tym wątku dyskutujemy z dyżurnymi optymistami pewnymi swego :)
 
Na tym forum pisuje za dużo osób, które po prostu lubią się wypisać i przedstawić wszem i wobec swoje przemyślenia, w przypadku zadania konkretnego pytania, raczej pożytek niewielki...
 
nie, to ty mało rozumiesz. Na UJ nie ma wielkiego naporu, bo choć może rzeczywiście nie jest szalenie trudno się dostać (w co wątpię i nie wierzę w twoje opowieści, bo co jak co ale na UJ to jeszcze nie takie hop siup zdać) to w miarę cwany człowiek wie, że na UJ może sobie nie da rady, ale za to świetnie da sobie radę na płatnej szkole. I tam idzie bo mniej wysiłku go to będzie kosztowało a zakłada, że dyplom będzie miał taki sam (i formalnie tak będzie).
Co gorsza, zdaje się nie rozumiesz w ogóle realiów jakie panują na rynku pracy w ogóle. Oświecę cię więc pisząc, że o ile informatykom się pogorszy bo będzie ich coraz więcej więc trudniej będzie znaleźć DOBRĄ pracę w zawodzie, to tym 97 % absolwentów niestudiujących informy o których tak piszesz będzie cholernie ciężką znaleźć JAKĄKOLWIEK pracę w zawodzie, o ile można mówić w ogóle o zawodzie politologa, socjologa, kogoś po pedagogice, zarządzaniu, kulturoznawstwie etc. czy większości "prawników".
Ogólnie będą więc informatycy mieli sporą nawet przewagę nad resztą (poza lekarzami bo ci w ogóle w innej niedostępnej dla całej reszty lidze grają) ale na pewno nie bedzie tak jak ci się zdaje, że będą dalej przebierać w ofertach i dyktować warunki. Popytaj już szukających absolwentów to się dowiesz że już dziś nie jest tak różowo jak się pisze w gazetach.

Więcej rozmów z żywymi ludźmi a będziesz lepiej zorientowany w realiach bo na razie to żyjesz w chmurach i swoich wyobrażeniach

naprawde mam gleboko gdzies w co chcesz wierzyc. to o czym mowilem o UJ to sa FAKTY (sam sobie je mozesz sprawdzic) jest tak dlatego, ze bardzo malo osob ubiega sie o przyjecie na informatyke, a nie dlatego ze boja sie ze sobie nie poradza. wiadomo ze kazdy chce isc na jak najlepsza uczelnie, jestes kompletnie oderwany od mentalnosci wspolczesnych maturzystow. nie znam czlowieka ktory zamienilby UJ na prywatna szkolke w pipidowie "bo dyplom ten sam". ludziom sie wydaje sie jesli ukonczy sie dobre studia to praca sama cie szuka (co jest oczywista bzdura, ale takie jest wlasnie rozumowanie).

ale tak to wlasnie jest jak polega sie na opiniach znajomego od znajomego, a nie na danych. w Polsce jest obecnie popyt na 10 tys informatykow. w Europie jest cala masa miejsc pracy dla informatykow, bo wszystkie kraje maja nadprodukcje humanistow. informatykom sie nie moze pogorszyc, bo popyt rosnie znacznie szybciej niz bardzo slaba podaz. ale jesli nie potrafisz zaakceptowac FAKTOW (bardzo niska liczba chetnych do studiowania informatyki, dodatkowe zachety ktore nie dzialaja, znikoma ilosc absolwentow), to po prostu nie dojdziemy do zgody.

ja koncze, bo nic sensownego jeszcze w tej dyskusji nie napisales, nie masz pojecia o czym mowisz, twoja absurdalna logika doprowadzila do tego ze ludzie wola prywatna szkolke od UJ, smiechu warte. przy tym wszystkim nawet nie poparles swoich bredni zadnymi danymi, czymkolwiek. puste gadanie o kolegach nie wystarczy - tak sie sklada ze sam mam mnostwo kolegow po informatyce (bardzo duzo z tych osob gra w kosza, nie wiem czemu) i doskonale sie orientuje w zarobkach i sytuacji na rynku pracy. zreszta kazdy przegladajacy oferty pracy swietnie wie jak to wyglada, moze gdybys sam to zrobil to bardziej bys sie w tym orientowal. dziekuje.
 
bastillon napisał:
. to o czym mowilem o UJ to sa FAKTY (sam sobie je mozesz sprawdzic) jest tak dlatego, ze bardzo malo osob ubiega sie o przyjecie na informatyke, a nie dlatego ze boja sie ze sobie nie poradza. wiadomo ze kazdy chce isc na jak najlepsza uczelnie, jestes kompletnie oderwany od mentalnosci wspolczesnych maturzystow. nie znam czlowieka ktory zamienilby UJ na prywatna szkolke w pipidowie "bo dyplom ten sam". ludziom sie wydaje sie jesli ukonczy sie dobre studia to praca sama cie szuka (co jest oczywista bzdura, ale takie jest wlasnie rozumowanie).
FAKTY to możesz sobie włączyć w tefałenie, bo o prawdziwych faktach to jak widać za wielkiego pojęcia nie masz. Bardzo mało osób ubiega się o przyjęcie na informę ? człowieku, na taki UW co roku jest 18 osób na miejsce. Myślisz, że te 17 które się nie dostanie pójdzie na socjologię czy zapłaci czesne i będzie studiować informę gdzie indziej skoro na ten kierunek celowali ? trochę myślenia

bastillon napisał:
ale tak to wlasnie jest jak polega sie na opiniach znajomego od znajomego, a nie na danych. w Polsce jest obecnie popyt na 10 tys informatykow. w Europie jest cala masa miejsc pracy dla informatykow, bo wszystkie kraje maja nadprodukcje humanistow. informatykom sie nie moze pogorszyc, bo popyt rosnie znacznie szybciej niz bardzo slaba podaz. ale jesli nie potrafisz zaakceptowac FAKTOW (bardzo niska liczba chetnych do studiowania informatyki, dodatkowe zachety ktore nie dzialaja, znikoma ilosc absolwentow), to po prostu nie dojdziemy do zgody.
nie dojdziemy do zgody bo opierasz się na jakichś gazetowych opowiastkach a ja na wiedzy empirycznej pozyskanej od absolwentów informy z różnych szkół i od adiunktów wykładających na informie. Wybacz, ale mają znacznie większą wiedzę w temacie niż twoje opowiastki i to im ufam jeśli mówią że coraz więcej szkółek otwiera ten kierunek bo liczy na zysk. Bajeczki rozparzonego dzieciaka nie mającego pojęcia o rynku cenię znacznie niżej niż opinie fachowców siedzących w branży od lat i mających porównanie jak było i jak jest.

bastillon napisał:
ja koncze, bo nic sensownego jeszcze w tej dyskusji nie napisales, nie masz pojecia o czym mowisz, twoja absurdalna logika doprowadzila do tego ze ludzie wola prywatna szkolke od UJ, smiechu warte. przy tym wszystkim nawet nie poparles swoich bredni zadnymi danymi, czymkolwiek. puste gadanie o kolegach nie wystarczy - tak sie sklada ze sam mam mnostwo kolegow po informatyce (bardzo duzo z tych osob gra w kosza, nie wiem czemu) i doskonale sie orientuje w zarobkach i sytuacji na rynku pracy.
kolego, może najpierw napisz co sam sobą prezentujesz i w jakim jesteś wieku. Bo z twoich wpisów wynika że jesteś kolejnym studencikiem z I albo II roku studiów co już wie wszystko chociaż dopiero co wyszedł z liceum i rozglądał się nerwowo gdzie wydział a gdzie stołówka i czym się różni wykład od ćwiczeń. Ostrożnie z tym etykietowaniem bo jeśli już piszesz bzdury kompletnie pozbawione ładu i składu, oparte na jakichś legendach - to chociaż przyjmij kontropinię. Kolegów to możesz mieć jakich chcesz, zastanów się tylko że może przechwalają się przed tobą żeby cię np. zdołować albo pokazać że są lepsi. Bo jeśli tak naiwnie łapiesz co ci powiedzą to nie dziwię się że mogą ci coraz większy makaron nawijac na uszy a ty przychodzić tutaj potem i opowiadasz banialuki.
 
Janusz M. napisał:
Może wolą pracować na zmywaku, bo w końcu mecenasów będzie nadmiar, a z usług "przeciętniaka" nikt nie będzie korzystał.

Widze, ze ci, ktorzy zostali w kraju sa w kwestii zmywaka najlepiej zorientowani ;) Ja jak na razie pracujacych na zmywaku nie spotkalam, a juz tu jestem kawalek czasu. Ci, ktorych widze, to np. absolwenci socjologii, ktorzy zostali szefami kuchni i zakladaja wlasne restauracje. Wlasnie najmniej zaradni sa polscy magistrzy prawa - sporo z nich pracuje na tasmie w fabryce obok filozofow i innych humanistow i wszyscy opowiadaja jak to bedzie dobrze kiedy wreszcie naucza sie angielskiego, ale skoro im sie do tego nie spieszy, to zakladam, ze nie jest im tak zle (£8.50/h plus nadgodziny i bonusy). Rozumiem, ze w Polsce nikt nie pracuja na zmywaku przy takiej nadprodukcji roznej masci magistrow i licencjatow?
 
Po 40 latach pracy można pokusić się o ocenę. A oceniam, że jest już "nadprodukcja" niby prawników z dyplomem n.p. Wydziału Prawa Akademii Makijażu.
 
Janusz M. napisał:
Po 40 latach pracy można pokusić się o ocenę. A oceniam, że jest już "nadprodukcja" niby prawników z dyplomem n.p. Wydziału Prawa Akademii Makijażu.

Ja akurat odnioslam sie wylacznie do kwestii zmywaka bez intencji urazenia kogokolwiek. Ta wspominana przez Pana nadprodukcja nie dotyczy tylko wyzszych szkol prywatnych, ale takze uczelni panstwowych. Ci magistrzy pracujacy w fabrykach, ktorych spotkalam, sa w wiekszosci z uczelni takich jak KUL, UJ, UL, UW po studiach dziennych poczynajac od prawnikow a konczac na filozofach.
 
Niestety, łatwiej studiować kierunki humanistyczne niż techniczne. Dla większości maturzystów matematyka to ciemna magia. Ponadto powstało masę kierunków w praktyce nieprzydatnych. Byleby był ten "papierek magistra", bo aż wstyd nazywać to dyplomem.
Słyszy się na straganach "kilo ziemniaczków Panie Magistrze poproszę" :)

Troszkę ponarzekałem, choć akurat mnie to już nie dotyczy. Ja akurat miałem do wyboru pracę w dwóch zawodach. W zależności od potrzeb legitymowałem się odpowiednim dyplomem. Nie musiałem więc emigrować na wyspy.
 
Janusz M. napisał:
Niestety, łatwiej studiować kierunki humanistyczne niż techniczne. Dla większości maturzystów matematyka to ciemna magia. Ponadto powstało masę kierunków w praktyce nieprzydatnych. Byleby był ten "papierek magistra", bo aż wstyd nazywać to dyplomem.
Słyszy się na straganach "kilo ziemniaczków Panie Magistrze poproszę" :)

Troszkę ponarzekałem, choć akurat mnie to już nie dotyczy. Ja akurat miałem do wyboru pracę w dwóch zawodach. W zależności od potrzeb legitymowałem się odpowiednim dyplomem. Nie musiałem więc emigrować na wyspy.

Ja tez nie narzekalam na swoja prace w Polsce (no moze tylko na mobbing tak popularny w instytucjach panstwowych), tylko chcialam sprobowac sil gdzie indziej. Chociaz dla wiekszosci osob emigrujacych to byla koniecznosc zyciowa, zeby jakos zwiazac koniec z koncem.

Chociaz zeby sobie ponarzekac - na studiach zarzekalam sie, ze nie chce miec za duzo do czynienia z postepowaniem cywilnym i prawem pracy (jakas taka animozja), a w SA "wyladowalam" w Wydziale Cywilnym. Tutaj tez robie Civil Litigation i Employment Law i uwazam, zeby "nigdy nie mowic nigdy".

A propos nieznajomosci matematyki - w mojej obecnej pracy taka wymowka nie przejdzie i wiekszosc czasu spedzam z kalkulatorem liczac rozne procenty, wystawiajac faktury, tworzac formuly w Excelu etc. (zreszta tak jak inni solicitorzy), bo klient biznesowy (i nie tylko) musi wiedziec, co mu sie oplaca.
 
Ostatnia edycja:
Niestety, łatwiej studiować kierunki humanistyczne niż techniczne. Dla większości maturzystów matematyka to ciemna magia.

Przepraszam, że się wtrącę w ciekawą rozmowę, ale dużym problemem jest też sposób przekazywania wiedzy przez nauczycieli. Jeśli obok "oficjalnego" szkolnictwa istnieje gigantyczny rynek korepetycji (humanistycznych również), na który rodzice wydają kilkaset złotych miesięcznie, żeby tylko ich pociecha miała lepsze stopnie z matmy (przykładowo), to coś tutaj z nauczaniem jest nie tak.

P.S Uważne uczenie się matmy w LO bardzo przydaje się do zrozumienia logiki na studiach prawniczych. :grin:
 
Część chodzi na korki aby rzeczywiście sumiennie pracować, a część żeby "poprawić sobie samopoczucie", wydać masę kasy a potem i tak winę zwalić na system albo korepetytora. Znam taką jedną blondynkę, która wydała masę kasy na korki z historii (sic!) a dostała tyle co ja- ledwo 70% z rozszerzenia, podczas gdy kolega nie brał korków, uczył się sumiennie sam i dostał 96%.

Matma a logika? Z pewnością równań kwadratowych nie uświadczysz przy metodzie zero- jedynkowej, ale na pewno komuś faktycznie matma pomaga w rozwiązywaniu zadań z logiki. Dla mnie to akurat było obojętne ;)
 
Klingon napisał:
Przepraszam, że się wtrącę w ciekawą rozmowę, ale dużym problemem jest też sposób przekazywania wiedzy przez nauczycieli. Jeśli obok "oficjalnego" szkolnictwa istnieje gigantyczny rynek korepetycji (humanistycznych również),

korki z humanistycznych ? to już chyba na łojenie z kasy ostatnich kretynów. Jak można przygotowywać na korkach np. z historii czy polaka ? matma czy fiza rozumiem ale to ?
chyba że to nie chodzi o żadną naukę, ale o zakamuflowaną łapówkę dla nauczyciela żeby stawiał dziecku na lekcjach lepsze stopnie w zamian za monetę zyskaną od rodziców tego ucznia za "korki".
Tak czy inaczej - rozwiązanie dla kompletnych kretynów :)
 
Wracamy do prawa...następne posty o przedmiotach z liceum będę usuwał.
 
No dobrze- To wracając do tematu- skoro konkurencja na rynku prawniczym rośnie, to w jakiej dziedzinie prawa szukać tej "niszy"?- innymi słowy, gdzie jeszcze jest popyt na usługi, a podaż prawników jest na- ujmę to- racjonalnym poziomie. Czy też może warto wyjechać do Niemiec i tam uzyskać prawniczy dyplom, a potem wrócić?
 
nie wiem jak inni ale dla mnie cała ta koncepcja szukania niszy to taki wytrych, zaklęcie za którym nic tak naprawdę nie stoi. No bo co to ma oznaczać ? że człowiek dłubie w jednej działce i jest np. wąskim specem od prawa farmaceutycznego ? i gdzie z tym potem iść ? ilu takich niszowych prawników potrzeba w kraju ? kilku pracodawców poznajduje prawników a reszta gdzie z tą swoją specjalizacją pójdzie ? do mniejszych mias i miasteczek i będzie świadczyć uslugi z dziedziny tego prawa farmaceutycznego ? każdy chyba czuje absurd tej wizji.

Wg mnie przy takiej masie ludzi wykonujących te zawody szansą jest właśnie coś przeciwnego - wszechstronność. Czyli osiągnięcie względnej sprawności warsztatowej tak aby móc obsługiwać różne podmioty i różne zagadnienia bo raczej przyszłość wygląda tak że prawnik będzie czekał na każdego klienta co się nawinie i nie będzie wybrzydzał, że tego to nie bierze bo specjalizuje się w .... Będzie łapanie co się trafia albo ucieczka z zawodu za chlebem.
 
Uwazam, ze waska specjalizacja lub niszowa jest dobra w duzej kancelarii lub w butikowej. Do malej przydaje sie raczej ogolna specjalizacja i wszechstronnosc, chociaz jesli ktos jest dobry we wszystkim, czesto jest dobry w niczym.
 
Postgraduate1 napisał:
Uważam, ze wąska specjalizacja lub niszowa jest dobra w dużej kancelarii lub w butikowej. Do małej przydaje się raczej ogólna specjalizacja i wszechstronność, chociaż jeśli ktoś jest dobry we wszystkim, często jest dobry w niczym.

Z mojej perspektywy powiem tak.

Specjalizacja powinna być multidyscyplinarna.
Przykład:
- specjalizacja wypadki komunikacyjne, a zatem obrona sprawcy, albo występowanie w imieniu pokrzywdzonego.
Zajmując się tymi sprawami musisz znać się na fizyce ( krytyczna ocena opinii biegłych rekonstruujących wypadki ), medycynie sądowej, prawie o ruchu drogowym.
Występować będziesz nie tylko w sprawie karnej, ale także z roszczeniami odszkodowawczymi oraz o zadośćuczynienie etc.

Tu nie chodzi o znajomość jednej ustawy - która może zostać uchylona i specjalizacja zostanie spuszczona w WC do kanału, lecz znajomość przepisów prawa i orzecznictwa dot. określonej sfery życia.

Zajmując się prawem rzeczowym, trzeba znać nie tylko kc, ale prawo administracyjne, podatkowe etc związane z nieruchomościami.
Pomożesz wybrać klientowi najlepsze rozwiązanie, czy zasiedzenie, czy uwłaszczenie etc.

Idea jest taka, żeby prawnik przeprowadził klienta przez wszystkie problemy w jakich klient może się znaleźć. Taka specjalizacja ma sens.
 
Na szczescie tu gdzie pracuje nie musze znac sie na fizyce, zeby dochodzic odszkodowania w wypadku komunikacyjnym (Personal Injury). Tez sa osobne kalkulacje, w tym tablice aktuarialne pozwalajace okreslic wysokosc poszczegolnych roszczen bazujac na przewidywalnej dlugosci zycia, jesli reprezentujemy mase spadkowa, lub przewidywalnej dlugosci zycia zawodowego. W zaleznosci od wartosci odszkodowania instruujemy wspolnego experta lub dwoch osobnych, ktorzy nastepnie uzgadniaja wspolne punkty i roznice w swoich ekspertyzach, a Sad rozstrzyga, ktora strona ma racje.

Co do udzielania porad z zakresu prawa rzeczowego, administracyjnego, podatkowego etc. w jednym, to jesli klient chce takiej kompleksowej porady, to tutaj ide do dzialu, ktory sie tym zajmuje i kolega mi pomaga, ktorego czas potem dopisywany jest do mojego rachunku dla klienta zamiast mnie "bladzacej w ciemnosci" i w najgorszym wypadku mojej kancelarii pociagnietej do odpowiedzialnosci finansowej przez klienta za zla rade.

A propos multidysciplinarnosci to wczoraj mialam klientke, ktorej solicitor specializujacy sie w wypadkach w pracy udzielil porady nt. prawa pracy. Ogolnie mowiac, teraz my musimy to odkrecic, bo rady w/w solicitora byly calkowicie bledne, mimo iz wyplywajace z dobrej woli i checi pomocy. Taka osoba nie dosc, ze moze poniesc odpowiedzialnosc dyscyplinarna, to jeszcze jej kancelaria moze zostac pociagnieta do Sadu za zaniedbanie. I chyba takiego nadzoru nad multidyscyplinarnymi adwokatami/radcami brakuje w Polsce.
 
Po przeczytaniu znacznej części wątku nie mogłam się nie odezwać...
Wybaczcie, za wypowiedź nieco wyrwaną z aktualnego toku dyskusji.

Nie mogę pochwalić się dużym doświadczeniem zawodowym, nie znam kilku języków, nie odbyłam dodatkowych kursów. Jeszcze nie jestem aplikantem. Prawników i wysoko postanowionych ludzi w rodzinie, kręgu znajomych i sąsiadów - brak. Nie mam świetnej prezencji. Oceny - takie sobie. Wiedza? Mizerna. Co prawda w trakcie studiów obdyłam kilka bezpłatnych praktyk (za które od czasu do czasu otrzymałam "kilka stów"), ale co z nich wyniosłam? Tyle, ile się dało, czyli niewiele.

Mam dobrą pracę. W zawodzie. Zodbyłam ją sama, po kilku czy kilkunastu nieudanych rozmowach kwalifikacyjnych. Odrzucano mnie albo z nieznanych mi powodów, albo z uwagi na moje "wysokie wymagania finansowe" (tj. kwotę niezbędną do opłacania rachunków, zakupu jedzenia i od czasu do czasu ubrania). Nie zarabiam kokosów, ale jestem samodzielna. Nie wiem, ilu aplikantów ma tak dobrze, jak ja. Nie jest mi ich jednak żal.

Wiecie dlaczego?

Bo jeśli ktoś po pięciu latach orki i po zdaniu niełatwego egzaminu ceni się TAK STRASZNIE NISKO, to trudno go szanować. Co więcej, jeżeli pewna grupa osób zgadza się na psią płacę, to - automatycznie - pozostała grupa osób na tę psią płacę jest skazana.

Idąc dalej - sami mentorzy mogą poczuć się zagrożeni. Przecież oni podobną robotę wykonują nie za psią płacę, a za jej wielokrotność. Co będzie, jeśli taki aplikant ukończy aplikację? Jeżeli wystarczała mu pensja minimalna, trzy tysiące będą dlań błogosławieństwem.


Proszę Was... Jesteśmy młodymi, inteligentnymi ludźmi. Naprawdę, niewielu nas jest (kto pobawił się trochę w x spółce lub urzędzie, ten wie o tym dobrze). Nie dajmy robić się w bambuko. Szanujmy siebie, swoją wiedzę, ciężką pracę...

Rozumiem, doskonale wręcz rozumiem, że podczas studiów można za darmo popracować w kancelarii. To wręcz wskazane. Ale po studiach, na aplikacji, za tysiąc? Litości. Kendra J. po administracji zaocznej za Waszą robotę (poczta, telefony, kawa, wędrówka do KRS-u) weźmie więcej, a mniej potrafi.

Pomyślcie o tym, kiedy zaoferują Wam "atrakcyjne warunki zatrudnienia".
 
Ostatnia edycja:
Status
Ten wątek został zamknięty.
Powrót
Góra