No dobrze teraz ja bardzo prosiłabym o poradę.
Przeczytałam wątki ale mojej sytuacji nie znalazłam. Ale jest związana z dzieckiem.
Otóż mamy 2 dzieci ( i chciałaby zaznaczyć , że naprawde starałam się nigdy nie być uciązliwym sasiadem. Starsza córka nigdy nie biegała po mieszkaniu , nie grała w pilkę i nie słucha obecnie glośno muzyki. Owszem w zimie zawsze jest gorzej bo dzieci siedzą w domu , jednak nigdy sasiedzi się nie skarżyli a mamy z nimi bardzo dobre stosunki sasiedzkie).
Druga córeczkę mamy niepełnosprawną. Pod koniec zeszłego roku wprowadzili sie nowi sasiedzi. Przez 4 miesiące non-stop włączone były młoty pneumatyczne bo robili remont swojego nowego gniazdka.

Wszyscy sąsiedzi zacisnęli pasa i jakoś to wytrzymali.
Moja córcia niestety nie. Zrobila sie nerwowa i przestała spać po nocach. Obecnie jest jest na lekach.
Córeczka urodziła się i była tzw. roślinką poświęcilam jej ponad 7 lat na to żeby coś zmienić. Obecnie chodzi prowadzona za rączki. ( ma opóźnienie w rozwoju psycho-ruchowym w stopniu głębokim). Kilka lat zajęło nam nauczewnie jej chwycenia zabawki, trzymania jej i wrzucenia do miski. Teraz chwyta zabawki i jak to zazwyczaj bywa rzuca ją ( ląduje na podłodze). Córcia nie rozumie , nie mówi uczymy ją tego żeby chociaż chciała pokazać to czego potrzebuje ( podstawowych potrzeb).
Nie bawi się jak dziecko zdrowe. ( jej zabawki to pudełko tekturowe, piłeczki , siateczki, postuka sobie w ścianę bo to ją stumuluje nie tylko czuciowo ale tez słuchowo bo ma duzy niedosłuch, bawi się miseczką plastykową , czasami pośpiewa czyli wyda dźwięki gardłowe. Nie bede opisywać więcej bo można byłoby napisać książkę.
Córka ma ograniczony świat jak widzę nie tylko przez swój mózg ale otoczenie i naszych nowych sąsiadów. Którym przeszkadza moje niepełnosprawne dziecko. Właśnie tym że się bawi.
Prosze postawić się w mojej sytuacji, jeżeli zabiorę jej to na czym i czego sie uczy zacznie sie cofać.
To nie jest takie proste. Napawdę poświęciłam jej 200 % siebie.
Sąsiedzi najpierw codziennie przychodzili, stukali w kaloryfer, dzwonili telefonem grozili nam że zawiadomia policję, Spółdzielnie mieszkaniową i mops, głośno i nie umiem sie zająć swoim dzickiem.
W końcu zadzwonili na policje i to nie raz . W ten poniedziałek miałam ich kolejną wizytę.
Owszem nic włąściwie nie zrobili, bo co moga zrobić.
Ale nie tylko ja chodze w nerwach na dziecku tez sie to odbija - robi sie nerwowe.
Napisze jeszcze że zrobiłam prywatną wizję lokalną z ich byłymi sąsiadami.
I co się okazało: 1) to byli Ubeki 2) prze 10 lat jak mieszkali w poprzednim mieszkaniu inni lokatorzy mieli piekło, codziennie chodzili do prezesa wspólnoty po prostu o wszystko , wszystko im sie nie podobało. Ci ludzie nie nadaja sie do życia w społeczeństwie. Kłótnie zwady były na porządku dziennym.
Prosze o poradę, pomoc co możemy zrobić?
Acha rozmowy z nimi mamy juz za sobą. I to niejedną . Jak widac nic nie dały.
Z góry Dziekuję