Witam wszystkich

to mój pierwszy post ogólnie więc z góry liczę na wyrozumiałośc jeżelie jednak cos pominę

Od razu zaznaczę, że temat przeczytałem "od deski do deski", co swoją drogą zajęło mi ponad 3 dni, więc od razu uprzedzam ewentualne komentarze odnośnie zapoznania się z tematyką itd.

Nie trudno się domyślić, że moja obecnośc tutaj została podyktowana problemem, z jakim boryka się tutaj większość - nie licząc "ujadaczy" i "tematycznych skoczków". Jestem, razem z partnerką, tym nieznośnym sąsiadem z dołu, mającym nad sobą dziecko- i teraz pewnie zaraz zostanę opluty i zakuty w dyby

- prawdpodobnie w wieku ok. 3 lat maksymalnie. Kwestią zasadniczą jest to, że od kilku miesięcy zaczęło ono nosić buty ortopedyczne, co stało się dla nas niesamowicie uciązliwe.
Mieszkamy w bloku z "wielkej płyty" z lat 70-tych od około 2 lat. Wiem, że nad nami w momencie wprowadzania ktoś mieszkał, mimo że nie słyszałem żadnych odgłosów nawet, jak to się często pisze, normalnego użytkowania mieszkania, co mogę powiedzieć, stanowiło ok. 60% powodu, dla którego postanowiliśmy się wprowadzić. Od razu również zaznaczę, że od urodzenia mieszkam w takich budynkach, więc wiem co oznacza funkcjonowanie w budownictwie wielorodzinnym i wszelkiego rodzaju odgłosy sa mi znane wewnątrz i na zewnątrz nieruchomości (w ostatniej, gdzie były okna od strony podwórza, był wielki plac zabaw dla całego prawie osiedla oraz szkoła podstawowa z boiskami więc wiadomo o co chodzi

) Tak jak wspomniałem, mój problem w sumie trwa od niedawna i zawsze uważałem się za osobę cierpliwą i ugodową. Nie sądziłem że kilkugodzinne bieganie dziecka w takich butach może doprowadzić człowieka do pasji. Pracuję czasem 10 godzin dziennie, chodzę na treningi więc czasem jestem w domu nawet po 21-szej (obalam argument siedzenia w domu i nasłuchiwania z dyktafonem), jestem 32-letnim facetem (kolejny mit, że na starośc wszystko przeszkadza

). Tak- nie posiadam dzieci ale obecnie, mimo że takie rozmowy sie juz pojawiły z partnerką, obecnie nie mam zamiaru narażac ją na życie w tym stresie podczas ciąży. Wyprowadzka, niestety, nie wchodzi w grę do domku bo koszty (jak żyć...

). To miało być nasze, ciche "gniazdko", gdzie wyposażenie go również było wspomagane kolejnym kredytem i jak już mówiłem ta cisza bya podstawowym elementem. Sam się dziwiłem, że salon bez żadnym mebli może być tak cichy-tak, był pogłos ale to normalne. Obecnie równiez z tym walczymy bo lubimy "surowe wnętrza" ale z uwagi na obecną sytuację staramy się walczyć w każdej możliwej płaszczyźnie. Podwieszany sufit odpada -dźwięki uderzeniowe tylko u źródła.
Ale przechodzę do meritum. Do dnia dzisiejszego dwie wizyty u sąsiadów na 3 miesiące. Wynik- dziecko chore i najważniejsze (rozumiem jakby było orzeczenie lekarskie o znacznym stopniu niepełnosprawności a nie buty ortopedyczne...) więc będzie biegać. Na moja propozycję partycypacji w kosztach położenia dywanu, sarkastyczny śmiech (kochane panele

). Wiem, nie mogę ich zmusić ale poprosić zawsze. Do dnia dzisiejszego nie wykazali dobrej chęci zejść i się przekonać- wiadomo, nie usłyszysz to Ciebie nie dotyczy i można spać spokojnie. Po przeprowadzeniu śledztwa w spółdzielni

ustaliłem, że właścicielem nieruchomości jest starszy Pan (na pewno nie żadna osoba, która podczas wizyty otworzyła mi drzwi), która zgłosiła, opócz siebie, jeszcze dwóch mieszkańców. Podczas ostatniej rozmowy, troskliwy tatuś dziecka wspomniał, że spłaca kredyt w CHF (co to ma do rzeczy???) a lokal nad nami nie ma załozonej KW (spółdzielcze własnościowe prawo do lokalu) więc nie ma możliwości, żeby kredyt dotyczył tej nieruchomości. Nie ma KW, nie ma hipoteki. Wynik prosty- cos nie poszło ze spłatą i dzieci (obecnie rodzice) wrócili na stare śmieci i się zaczęło... Łączna liczba zgłoszonych to 3, przebywa 5. Ale w sumie to rodzina więc nie skarżenie się do właściciela nie da raczej większego efektu (oczywiście nie wykluczam). Poszło też na razie do skrzynki jedno pismo na zasadzie "listu miłosnego", jak poradził mi adwokat, jak nam źle i niedobrze i bardzo prosimy o spokój (tak, byłem w kancelarii po poradę, znajomy znajomego więc mnie nie zbył bo ciężki temat), bo nie widział szans na wygraną walkę, na złożenie pozwu oczywiście. Poradził jeszcze mediację sądową oraz pozasądową ale na razie z tym czekam- skoro niechą teraz gadać to teoretycznie mediacje nie mają sensu. Zobaczymy. Wspomniane pismo dostarczone w ostatnią niedzielę więc na razie nie mielismy do końca okazji się przekonać czy odniosło skutek- wracamy po 20-tej więc dziecko już pewnie śpi (dzięki Bogu-nie jak u niektórych z Was) Nie muszę wspominać, że po wczesniejszych interwencjach osobistych również rodzice, prawdopobnie urażeni, trochę chyba dokładają "trzy grosze" bo wcześniej ich prawie słychać nie było, mimo że sąsiad pod 2 metry podchodzi. Teraz już słychać bo kapcie zgubił

Pod KW raczej bym tego nie podciągnał bo to chodzenie dziecka, mimo żew butach ortopedycznych- poza tym nie mam serca wzywac policji bo to dziecko (wiem, wzywamy do rodziców jako opiekunów ale wiadomo o co chodzi). Co do 144 w związku z 222 KC to nie jest korzystanie z mieszkania ponad przeciętną miarę (ja bym się kłócił ale to się rozpatruje obiektywnie, podczas badania z udziałem biegłego jak dojdzie do sprawy sądowej,gdzie obecni są również pozwani a nie wyobrażam sobie przeprowadzania dowodu, gdzie dziecko na zawołanie miałoby biegać, a jak nie to dawanie ogłoszenia do gazety, że poszukuję dziewczynki, lat 3 w butach ortopedycznych do przeprowadzenia dowodu

). Dobra osobiste? Chyba nie muszę się nawet rozpisywać. Walczyć w sądzie nie chcę, dogadać się nie mogę. W spółdzieli powiedzieli żeby składać skargę jak przeszkadza, co z tego że dziecko (nawet dostałem prywatny numer telefonu do zarządcy budynku, który się pofatyguje żeby posłuchać najpierw u nas tego posłuchać.
I mam dylemat- nie mam jak niektórzy z Was ale weekend jest nie do zniesienia. Argumenty typu "daj parę lat to nie będzie musiała nosić" nie interesują mnie bo z tego co wiem to nawet dorośli czasem noszą więc nikt tego nie wie; podobnie "to blok, tak już jest"- byłem, mieszkałem, nie byłeś/byłaś u mnie to się nie wypowiadaj

Staramy się wracać późno do mieszkania w tygodniu ale, jak pewnie większość z Was wystarczy czasem głośniejszy stuk i już sie zastanawiam czy to nie był sygnał do startu.. A to dopiero początek mojego użerania się.
Mój plan obecnie to- pismo ZPO do właściciela z żądaniem a nie proszeniem (starsza osoba, 66 lat- bez obrazy jak ktoś w tym wieku jest na forum

może poskutkuje. Jak nie- spółdzielnia (wiem, jestem optymistą- jeszcze). A potem nic:/ Czytałem posty odnośnie postępowaniaz uwagi na 51 KW i przebiegu z efektem takim, jakby ono się nie odbyło bo wynik, niestety, taki sam
Może jakies pomysły, poza donosem o liczbie osób nieadekwatnej niż zgłoszonej do spółdzielni

i wojną barbarzyńską? Wiem, że temat był już prawdopodobnie wyczerpany (ustawodawstwo jak było martwe w kwestii jego egzekwowania tak nadal jest w takich przypadkach) ale cżłowiek zmuszony to człowiek pomysłowy

. Walenie w ścianki działowe (raz się zdarzyło w rekawicy boskerskiej i spowodowało, że huk był tak wielki, że juz odpuszczam- sąsiedzi nas w ogóle nie słyszą, że mieszkamy więc niech dla ich zdrowia i komfortu tak zostanie).